13. upadek demiurga

– Do szpitala? – powtórzył Verner, jakby usłyszał to słowo po raz pierwszy w życiu.
Holly go zignorowała. Podniosła stojącą na podłodze torbę i wyszła przed dom, zmuszając Vernera do cofnięcia się o dwa kroki. Jej irytacja i smutek były niemal namacalne i Verner nie wiedział, jak powinien się zachować w tej sytuacji. Czy to możliwe, że przyczynił się do takiego stanu rzeczy? Czy to… Hobbes! Hobbes coś zepsuł. Nie powinien był mu ufać, Fred miał rację.
Tymczasem Holly zamknęła drzwi i, całkowicie zignorowawszy Vernera, ruszyła w stronę przystanku autobusowego. Verner poszedł za nią.
– Jak to do szpitala? – powtórzył.
– Straciła przytomność – odpowiedziała Holly. – Musieliśmy ją zabrać, zaczęła nierównomiernie oddychać i puls jej spadł tak bardzo… Musieliśmy.
Verner przełknął ślinę. Czy to możliwe, że Hobbes podał Lettie za dużą dawkę tego, co miał jej podać? Czy Holly obudziła się za szybko i zobaczyła małą w stanie oszołomienia, w który wprawił ją Hobbes? Nie mógł wypytywać Holly o szczegóły, jeśli nie chciał dać jej do zrozumienia, że wie o tej sprawie więcej, niż powinien, ale jednocześnie miał nadzieję, że sama opowie mu wszystko, jeśli tylko dostatecznie mocno ją przyciśnie.
– I zostawiłaś ją tam samą? – zapytał, starając się w międzyczasie wymyślić sposób na uzyskanie pożądanych informacji.
– Oczywiście, że nie! – fuknęła wściekle. – Charlie jest z nią, ja wróciłam po piżamę i Pana Mruczka.
– Pana Mruczka?… – powtórzył zbity z tropu Verner, którego myśli odbiegły daleko, daleko od tematu rozmowy i który nagle zdał sobie sprawę, że nie bardzo nadąża. W myślach okładał Hobbesa po twarzy, łamał mu nos i zabierał mu cudowne lekarstwo, które mogłoby naprawić to, co zepsuło poprzednie.
– To pluszowy kotek Lettie – wyjaśniła Holly, a potem nerwowo zerknęła na zegarek. – Vernerze, naprawdę nie mam czasu.
Dotarli już do przystanku autobusowego i Holly straciła jakiekolwiek zainteresowanie jego osobą. Z uporem patrzyła to w rozkład jazdy, to na zegarek, jakby miało to przyspieszyć pojawienie się autobusu.
– Pojadę z tobą – powiedział Verner.
To sprawiło, że Holly złamała szyk wpatrywania się i posłała mu spojrzenie tak poirytowane, że Verner miał ochotę zrobić krok do tyłu, jakby w obawie, że zaraz oberwie po głowie torbą zawierającą Pana Mruczka.
– Nie – odpowiedziała krótko Holly.
– Mam prawo…
– Nie masz żadnego prawa, już o tym rozmawialiśmy – syknęła. – Nie wiem, czy cię to bawi, czy chcesz się poczuć lepiej, ale nie potrzebujemy ani twojego zainteresowania, ani twojego… złota.
Ostatnie słowo wymówiła tak cicho, że przez chwilę Verner nie był pewien, czy dobrze je usłyszał. Przemknęło mu przez myśl, że Holly domyślała się, skąd pochodziła biżuteria, którą jej podarował. Nie miał jednak czasu zastanawiać się, co z nią zrobiła.
– Ani trochę mnie to nie bawi. Chcę pomóc – zapewnił.
Holly nie odpowiedziała, ale wróciła do mierzenia wzrokiem rozkładu i zegarka. Ponownie odezwała się dopiero, kiedy oboje wsiedli już do autobusu – ona z pewną ponurą determinacją, a on z pewnym wahaniem.
– Mam nadzieję, że kupiłeś bilet.
Verner spojrzał na nią, jakby podejrzewał, że się przesłyszał. Jechali do szpitala, w którym leżało ich – ich! – dziecko, a ona mówiła o bilecie? Oczywiście, że go nie miał, kto by się przejmował takimi drobiazgami.
Najwyraźniej jednak Holly się przejmowała, bo kiedy udało jej się usiąść, przejrzała jakieś dokumenty, które miała w torebce, a potem wyciągnęła listę zakupów i zaczęła ją studiować z uwagą. Verner zmarszczył czoło. Nie wiedział, jak w takiej sytuacji powinna zachowywać się matka, ale wydawało mu się, że nie powinna czytać listy zakupów. Jasne, jego matka pewnie robiłaby coś o wiele bardziej niestosownego, ale…
– Jesteś pewna, że czytanie tej listy to dobry pomysł? – zapytał. – Znaczy… w takiej chwili?
Gdyby spojrzenia mogły zabijać, to to, które posłała mu Holly, nie tylko poderżnęłoby mu gardło, lecz także zatańczyło na jego zwłokach, a potem spaliło je w ognisku.
– Co cię obchodzi moje zachowanie? – syknęła możliwie najciszej, żeby nie wzbudzać nadmiernego zainteresowania współpasażerów.
– Ej, jesteśmy po tej samej stronie – mruknął naburmuszony. Zdawał sobie sprawę, że nie powinien był nic mówić, ale jednocześnie nie widział powodu, dla którego ona miałaby rozładowywać na nim swoją frustrację.
Holly zacisnęła usta i nic nie odpowiedziała. Nadal patrzyła na listę zakupów, ale jej oczy się nie poruszały. Najwyraźniej o czymś myślała. Verner zauważył też, że ręce trzęsą jej się coraz bardziej. Po chwili wahania położył jej dłoń na ramieniu i, kiedy spojrzała na niego zdezorientowana, spróbował się uśmiechnąć. Holly nie odwzajemniła jego uśmiechu, strząsnęła tylko jego dłoń za ramienia i wróciła do szperania w torebce. Prawdopodobnie nie szukała niczego konkretnego, a tylko chciała zająć czymś ręce. Verner, który nigdy nie był szczególnie cierpliwy, mógł zrozumieć jej chęć działania, ale nie rozumiał, czemu musiała się ona koncentrować na przeszukiwaniu torebki, która – jego zdaniem – mogłaby pomieścić bagaż czteroosobowej rodziny wyjeżdżającej na kilka dni. Wolałby, gdyby Holly nie odtrąciła jego ręki. Czułby się lepiej; ba, oboje powinni się poczuć lepiej. W końcu czy nie lepiej znosi się trudne chwile w towarzystwie innych ludzi? Nie był pewien, ale wydawało mu się, że Ruth coś takiego powiedziała, kiedy tłumaczył jej, kim jest Lettie. Nie chciał jednak myśleć o Ruth w tej chwili. Chciał złapać Holly za rękę. Nie tylko po to, żeby przestała drżeć, lecz także po to, by poczuli się lepiej.
Zanim jednak zdecydował się działać, autobus się zatrzymał, a Holly wpadła z niego jak strzała. O żadnym trzymaniu jej za rękę nie było mowy; teraz zniknęło gdzieś to zagubienie, a wróciła determinacja. Do tego Holly szła tak szybkim krokiem, że przez kilka chwil, póki jej nie dogonił, musiał prawie biec. Nie powiedział jednak ani słowa, choć patrzył na nią z pewną ciekawością, jakby chciał dowiedzieć się, co dokładnie ją motywuje do działania. Rozumiał, że sytuacja jest poważna, ale przecież sama obecność lub nieobecność Holly nie ma znaczenia. Ci wszyscy lekarze powinni coś wymyślić albo… cholera, czy powinien się deportować i poszukać Hobbesa? Jakie były szanse na to, że o tej porze był trzeźwy? Kiedy rozmawiali, wyraźnie powiedział, że idzie pić na Nokturnie i ostatni kretyn mógłby mieć jakiekolwiek złudzenia co do stanu, w jakim się teraz znajdował. Verner nie był kretynem; ba, jeszcze jakieś pół godziny temu był przekonany, że w końcu udało mu się zapanować nad własnym życiem. Jasne, nadal wiele zależało od Greengrassa, ale teraz to on, Verner, mógł być takim Greengrassem dla kogoś innego – mógł trzymać kogoś innego w garści. Nie dlatego, że tak mu było wygodnie, ale dlatego, że… W sumie nie był pewien dlaczego. Chciał pomóc Lettie i Holly, chciał, żeby miały wobec niego dług wdzięczności, o którym mógłby im powiedzieć lub nie. Chodziło raczej o to, by on sam wiedział o jego istnieniu, żeby czuł, że miał na coś realny wpływ, że zrobił coś dobrego. Coś, czego Holly zrobić nie mogła i czego zrobić nie mógł ten jej mugol. Być może z tą świadomością łatwiej chodziłoby się na robótki zlecone przez Greengrassa.
Holly zatrzymała się przed wejściem do szpitala i posłała mu poirytowane spojrzenie. Verner przybrał możliwie niewinny wyraz twarzy; nie wiedział, o co Holly może go zaraz oskarżyć, ale nie miał wątpliwości, że powie coś, co mu się nie spodoba.
Nie powiedziała. Westchnęła tylko i weszła do budynku, a Verner podążył za nią. Nigdy nie był w mugolskim szpitalu, więc, ku swojemu niezadowoleniu, musiał cały czas iść za nią jak zagubiony szczeniak. Co chwilę łapał się na tym, że zbyt długo patrzył na ściany lub na ludzi, których mijali, a potem nie był pewien, czy Holly skręciła w lewo czy w prawo. W końcu zrezygnował z rozglądania się na boki i skupił się na samej Holly. Dlaczego wcześniej nie zauważył, jak dobrze jej tyłek wygląda w tych dżinsach?
Zatrzymała się dopiero przed jakimiś drzwiami. Verner, zapatrzony w kolorowe ozdoby ścian, wpadł na nią i szybko wybąkał jakieś zdawkowe przeprosiny. Holly je zignorowała.
– Posłuchaj, nie wyrzucę cię stąd siłą, nie mam nawet czasu ani siły próbować, ale proszę… proszę, żebyś nie pogarszał sprawy, kiedy już tam wejdziemy – powiedziała cicho, a jej spojrzenie straciło dużą część wcześniejszej irytacji czy nawet determinacji. Teraz było błagalne i nieco wystraszone.
– Nie mam zamiaru niczego pogarszać – zapewnił Verner. – Chcę pomóc.
– Nie mam pojęcia, jak… – zaczęła Holly, ale potem urwała. – W porządku. Wejdź, jeśli musisz. Nie przeszkadzaj, nie odzywaj się, najlepiej stój przy drzwiach. I tak szybko ci się znudzi przebywanie z nami.
Verner skinął głową. Holly rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie, po czym otworzyła drzwi. Pomieszczenie było niewielkie, co niespecjalnie Vernera zdziwiło. Sporo miejsca zajmowało łóżko – zdecydowanie zbyt duże jak dla Lettie – i jakieś ekrany, rurki, maszyny… Cały ten mugolski sprzęt był do niej podłączony i Verner zdziwił się, jak ciężko mugole muszą się starać, żeby poradzić sobie z czymś, z czym uzdrowiciel dałby sobie radę o wiele szybciej. Potem jednak przypomniał sobie o Hobbesie i odwrócił wzrok. Jego spojrzenie trafiło na mugola, który siedział na chyba najbardziej niewygodnym krześle, jakie Verner w życiu widział, i trzymał na kolanach śpiącą siostrę Lettie – jakkolwiek się nazywała. Nie interesowała Vernera ani trochę i nie chciał rozmawiać z mugolem. Utkwił wzrok w Holly i miał nadzieję, że mugol zrobi to samo.
Holly tymczasem przyjrzała się córce, odgarnęła włosy z jej czoła, wypakowała część zawartości torby do niewielkiej szafki przy łóżku Lettie, a potem usiadła w nogach łóżka i patrzyła na Lettie z uwagą. W końcu zapytała, czy lekarz coś mówił. Mugol odpowiedział, że lekarz był wcześniej na chwilę i obiecał wrócić, ale jeszcze tego nie zrobił. Holly mruknęła coś pod nosem, a potem oznajmiła, że pójdzie go poszukać. I wyszła, zostawiając Vernera samego z nieprzytomną Lettie i mugolem.
– Chyba nie mieliśmy przyjemności – odezwał się mugol. – Jestem Charlie, mąż Holly. A pan…?
– Verner. Znajomy Holly – rzucił, po czym przeniósł wzrok na mugola. – I Lettie – dodał, starając się wychwycić błysk zrozumienia w oczach Charliego. Nie wychwycił. Albo mugol wiedział dokładnie, kim jest, albo nie zrozumiał, a Verner nie wiedział, jak dać mu to do zrozumienia w bardziej czytelny sposób, ale jednocześnie niewymagający tłumaczenia całej rzeczy. Wiedział tylko, że w tej chwili bardzo chciał, żeby mugol wiedział, że Verner ma prawo tu być.
– To miłe, że pan przyszedł w odwiedziny – powiedział sztywno mugol.
– Tak – zgodził się Verner, całkiem z siebie zadowolony. – Chciałem jakoś pomóc.
Mugol pokiwał głową.
– Wszyscy byśmy chcieli. Tak się o nią martwię.
Samozadowolenie Vernera natychmiast zmalało, kiedy przypomniał sobie, że nie bierze udziału w żadnym znaczeniu terytorium, ale że on i jego uzdrowiciel spaprali sprawę. Gdyby nie Hobbes, to Lettie mogłoby tu nie być. Jasne, nadal byłaby chora, ale przynajmniej nie byłoby tych wszystkich rurek i maszyn. To nie mogło być wygodne.
– Czy coś… jak źle jest? – zapytał.
Mugol spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem, najwyraźniej uznawszy, że skoro Verner był w szpitalu, to wiedział wszystko o stanie Lettie. Verner wiedział, że być może powinien bardziej wypytywać Holly, ale między jej wrogością i roztrzęsieniem jakoś nie mógł wyczuć odpowiedniego momentu. Zapytanie mugola było o wiele łatwiejsze.
Tyle, że Verner nie zdążył usłyszeć odpowiedzi, bo Holly wróciła razem z lekarzem. Nie rozumiał też połowy z tego, co lekarz mówił, ale Holly kiwała głową ze zmartwioną miną, więc przypuszczał, że to nic dobrego. W końcu usiadł na krześle bliźniaczo podobnym do tego, które zajmował mugol – miał rację, było koszmarnie niewygodne – zamknął oczy i próbował zignorować brzęczenie maszyn i głos lekarza. Możliwe, że na chwilę przysnął, bo kiedy otworzył oczy, lekarza już nie było, a Holly i jej mąż stali przy drzwiach. Holly trzymała wiercące się dziecko – to młodsze, Lettie dalej była podłączona do tych mugolskich urządzeń – a Charlie szukał czegoś w tej ogromnej torebce, którą Holly przyniosła ze sobą.
– Nie ma sensu, żebyście tu siedzieli całą noc. Susie jest zmęczona, powinna się położyć – powiedziała cicho Holly, głaszcząc dziecko po głowie. Susie nie była tym jednak szczególnie zachwycona, bo zaczęła wydawać z siebie jakieś dźwięki, które zdaniem Vernera brzmiały bardziej jak krzyki kota niż dziecka, ale ostatecznie co on wiedział o dzieciach.
– A co z nim? – zapytał Charlie. – Czy to ojciec Lettie?
Verner ponownie zamknął oczy i rozluźnił nieznacznie mięśnie twarzy; jeśli miał choć odrobinę szczęścia, to nikt nie zauważył, że się obudził. Chciał usłyszeć odpowiedź Holly, a podejrzewał, że gdyby wiedziała, że nie śpi, to mogłaby zachować się inaczej. Ba, mogłaby go nawet stąd wyrzucić. W końcu traktowała go tak oschle. Verner rozumiał, że sobie na to zasłużył, ale nie miał zamiaru narażać się na więcej nieprzyjemności.
– Skąd… Tak, to on – odpowiedziała Holly.
– Mówiłaś, że o niej nie wiedział. Że go nie obchodziła – stwierdził mugol. W jego głosie nie słychać było wyrzutu, po prostu stwierdzał fakt.
– Dowiedział się niedawno i nie było okazji o tym porozmawiać.
– I teraz jest tutaj. – Nadal dość obojętny ton.
Facet mógłby być dobry w pokera, pomyślał Verner i jednocześnie pożałował, że nie może zobaczyć miny Charliego.
– Chce pomóc.
– Jest lekarzem?
– Charlie, proszę… – westchnęła Holly. – Jutro już go tu nie będzie.
– Nie o to chodzi. Nie wiem, co siedzi w jego głowie. Holl, na pewno można mu ufać?
– Nie zrobi nic głupiego. Wydaje mi się, że on żałuje tego, co zrobił.
– Nic dziwnego, zrezygnował z moich kochanych dziewczyn.
Verner otworzył jedno oko i zobaczył, jak mugol całuje Holly w policzek, a potem bierze od niej marudzące dziecko i wychodzi. Holly przestawiła wolne krzesło bliżej łóżka Lettie i na nim usiadła, ignorując Vernera, który teraz otworzył i drugie oko. I się przeciągnął.
– Gdzie Charlie? – zapytał z udawanym zdziwieniem.
– W drodze do domu – odpowiedziała, nawet na niego nie patrząc.
Verner uznał, że taki kontakt mu nie odpowiada, i przesunął swoje krzesło w stronę łóżka Lettie, uważając, żeby nie potrącić żadnych kabli. Dziewczynka wyglądała na jeszcze bardziej drobną i kruchą niż wcześniej; zupełnie nie przypominała tej, która nie tak dawno strofowała go w parku.
– Cholera, to wszystko na serio… – mruknął do siebie.
Holly spojrzała na niego pytająco.
– O czym ty mówisz?
– To – zaczął i wskazał ręką na sprzęt, a potem na Lettie – się dzieje naprawdę. I naprawdę nie jest dobrze, co?
– Nie. Nie jest – odpowiedziała cicho.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu, a Verner przyglądał się Lettie. Wcześniej już zauważył położonego tuż przy jej poduszce pluszowego stwora, który przy odrobinie dobrej woli mógłby być uznany za kota. Poczuł jakiś chłód w żołądku na myśl, że dziewczynka nie może go przytulić. Wyglądała spokojnie, ale coś było nie tak. Mugole jej coś zrobili… albo oni, albo Hobbes. Coś, czego nie mogli naprawić.
Przełknął głośno ślinę. Hobbes mówił, że to jego wina. Że to przez niego Lettie jest chora. Obiecał ją wyleczyć, ale najwyraźniej nie był w stanie. I to wszystko było winą Vernera.
– Jest tu gdzieś łazienka? – zapytał, kiedy uznał, że nie jest w stanie dalej patrzeć na Lettie.
Holly wskazała mu drogę i dodała, że jeśli chce, to na parterze znajduje się automat z przekąskami. Verner podziękował i wyszedł. Nie miał wystarczająco dużo mugolskich pieniędzy, żeby kupić coś do jedzenia, ale napił się trochę – obrzydliwej zresztą – wody z łazienkowego kranu. Była chłodna, co dobrze komponowało się z tym chłodnym supłem, który cały czas czuł w żołądku. Wypił jeszcze trochę. Żałował, że nie miał ze sobą Ognistej, ale było coś niestosownego w perspektywie picia whisky, kiedy zaraz powinno się wrócić do chorego dziecka. Zamiast rozważać szybką wycieczkę do sklepu, ochlapał twarz wodą, a potem spróbował włożyć pod kran jak największą część głowy. Woda odegnała resztki snu i wypłukała z jego umysłu wszystkie myśli o Ognistej. Teraz wyglądał jak zmęczony i mokry… rodzic? Czy tak wyglądał zmartwiony ojciec? Wykrzywił wargi do własnego odbicia. Nie miał pojęcia, jak powinien wyglądać zmartwiony ojciec. Zresztą Holly mówiła, że on nie ma prawa się tak nazywać. Był zwykłym partaczem.
Wrócił do sali i bez słowa usiadł na swoim krześle. Nie wiedział, czemu tu jeszcze był. Mógł wyjść już dawno, mógł iść do Ruth, do Freda, do baru, na Nokturn, mógł sprać Hobbesa na kwaśne jabłko, mógł się upić, mógł… Ale nie. Siedział tu dalej. Nie miało to ani trochę sensu, ale siedział i czekał, aż coś się wydarzy.
– Nie musisz tu być do rana – powiedziała do niego Holly.
– Zrezygnować z nocy z tobą? – spróbował się zaśmiać, ale jego głos był dziwnie pusty.
Holly nie odpowiedziała. Myśli Vernera galopowały – czy to jego wina? Czy powinien coś zrobić? Czy jest w stanie pomóc Lettie? Czy umie ją naprawić? Czy powinien przyznać się Holly? Czy mugole byliby w stanie cokolwiek zrobić, nawet gdyby się przyznał? Czy gdyby sprowadził tu Hobbesa…? To chyba jedyne wyjście. Rano sprowadzi Hobbesa. Hobbes to naprawi.
Tyle, że do rana było daleko. Holly wyjaśniła, że szpital pozwalał rodzicom poważnie chorych dzieci zostać po godzinach, a Verner poczuł mieszankę strachu i jakiejś dumy. Przyznała, że był ojcem Lettie, ale określenie poważnie chorych brzmiało naprawdę źle. Zwłaszcza wtedy, kiedy wypowiadał je ktoś o tak smutnym i zmęczonym głosie.
– Powinnam chyba iść po lekarza – powiedziała Holly w którymś momencie.
Za oknem było nadal ciemno, więc Verner nie miał pewności, która była godzina, ale mógł iść o zakład, że północ już dawno minęła.
– Nie lepiej poczekać do rana? – zapytał. – Przecież… nic się nie dzieje.
– No właśnie. Nic się nie dzieje – powtórzyła. – Powinna już być jakaś poprawa. Jeśli… jeśli… Powinna być.
Verner spojrzał na nią, a potem szybko odwrócił wzrok, kiedy zobaczył, że Holly płacze. Nie wiedział, co powinien zrobić. W autobusie odtrąciła jego dłoń, więc nie miał pewności, czy powinien próbował dotykać jej teraz, kiedy była w jeszcze gorszym stanie psychicznym. Niepewnie wstał i podszedł do niej, ponownie opierając dłonie na jej ramionach. Tym razem Holly ich nie strąciła. Verner zaryzykował i przyciągnął ją do siebie w koszmarnie niewygodnym półprzytuleniu. Oparcie krzesła uwierało go w żebra, ale uznał, że może to zignorować.
Holly dalej płakała, a jego myśli krążyły po Nokturnie. Nie może sprowadzić tu zalanego w trupa Hobbesa, ale może gdyby skoczył po eliksir otrzeźwiający? Musiałby go kupić, ale w końcu to nie veritaserum, na pewno jest dostępne w każdym sklepie. Tylko czy szukanie Hobbesa po całym Nokturnie w środku nocy jest mądrym pomysłem? I co jeśli wcale go na Nokturnie nie ma? Czy jest sens rzucać się w oczy nowym znajomym Greengrassa i Notta? Nie wspominając nawet o wszystkich starych znajomych samego Vernera, których wolałby uniknąć. To mogłoby pomóc mu się pozbyć poczucia winy, ale tylko jeśli znalazłby Hobbesa. A co jeśli go nie znajdzie? Co jeśli będzie biegał po Nokturnie, a tu wydarzy się coś ważnego? Co jeśli Hobbesowi nie można ufać? Mówił, że ją naprawi!
– Chcesz coś z automatu? – zapytała w końcu Holly, kiedy przestała już płakać. Sięgnęła po swoją ogromną torebkę, wyjęła z niej chusteczki i głośno wyczyściła nos.
– Kawę – odpowiedział Verner nieco nieobecnym tonem, w myślach nadal przeszukując bary na Nokturnie i godząc się z myślą, że nie miało to sensu.
Holly skinęła głową.
– Zaraz wrócę – obiecała i wyszła razem ze swoją ogromną torebką.
Verner został sam i wykorzystał tę okazję, żeby przyjrzeć się maszynom, które Holly i jej mugol cały czas ignorowali. Pewnie wiedzieli, do czego służą, a jeśli ich przeznaczenie było tak oczywiste, to Verner wolał o nie nie pytać. I tak nie rozumiał, co oznacza które światełko, a co dane warknięcie czy szum. Odczuwał nawet coś zbliżonego do podziwu dla mugoli, którzy wymyślili coś takiego. Miał tylko nadzieję, że cała ta pomysłowość poradzi sobie bez magii.
Wrócił na niewygodne krzesło, wcześniej prostując sobie kręgosłup. Krótka drzemka, którą sobie uciął, wyraźnie mu się przysłużyła; był całkiem ożywiony, choć przecież nie miał nic do roboty. Nic się nie działo. Holly miała rację, coś powinno się wydarzyć. Jeśli do rana nic się nie wydarzy, to dobrze czy źle? Zaczął żałować, że w Hogwarcie więcej czasu spędzał na błoniach niż w bibliotece. Może gdyby sam został uzdrowicielem, to potrafiłby coś poradzić. Jasne, nigdy nie dałby rady zostać uzdrowicielem, był na to zbyt głupi, ale gdyby choć próbował…
Wstał, nie mogąc dłużej patrzeć na te wszystkie maszyny, i podszedł do drzwi. Holly powinna już wracać. Bez niej było tu jeszcze gorzej. Mógłby spróbować z nią porozmawiać, żeby czas im się tak nie dłużył.
Nagle jedna z maszyn wydała z siebie dźwięk, którego do tej pory nie wydawała. Brzmiał… w tamtej chwili nie brzmiał źle, w końcu coś się działo. Dopiero, kiedy usłyszał szybkie kroki na korytarzu, zdał sobie sprawę, że to nie było nic dobrego. Chwilę później do pomieszczenia weszli lekarz i pielęgniarka; mówili podniesionymi głosami i Verner niewiele z tego rozumiał, ale kiedy kazali mu się odsunąć i nie wchodzić w drogę – wyszedł na korytarz. W końcu to nie tak, że mógł im pomóc.
Korytarz był pusty, więc usłyszał echo kroków Holly jeszcze zanim ją zobaczył. Jednak nawet to ostrzeżenie nie pomogło mu wymyślić, co powinien jej powiedzieć. Zresztą niewiele musiał mówić. Kiedy zapytała, dlaczego wyszedł, powiedział tylko, że coś się stało, a Holly wpadła do sali. Nie poszedł za nią. Tylko by przeszkadzał. Jeśli dzieje się coś złego, to lepiej poradzą sobie bez niego, dość już zrobił.
Nie był pewien, jak długo stał na korytarzu. W rękach obracał plastikowy kubek z kawą, który Holly przyniosła. Połowa zawartości się rozlała, kiedy pospiesznie mu go wcisnęła w dłoń, zanim pobiegła do Lettie. Vernerowi niespecjalnie to przeszkadzało. Nie miał zamiaru pić tej kawy, a plama na spodniach na pewno nie była ostatnią. Cieszył się, że ma ten kubek, przynajmniej mógł coś zrobić z rękoma.
W końcu, kiedy za oknem pojawiały się pierwsze promienie słońca, drzwi się otworzyły i wyszli z nich lekarz i pielęgniarka, a po dłuższym czasie i zalana łzami Holly. Verner przełknął ślinę, choć przez chwilę wydawało mu się, że się udusi z powodu powstałej w gardle guli. Nie był pewien, jak ma zapytać Holly o to, co się stało, ale kiedy objęła go i zaczęła płakać w jego ramię, zdał sobie sprawę, że nie było o co pytać. Bez słowa ją objął i skupił się na próbach przełknięcia guli.
Nic z tego nie rozumiał. Przecież nic się nie działo, przecież siedzieli tu i cały czas mieli nadzieję, przecież… miał zostać bohaterem.
Gula wróciła na swoje miejsce.
Holly odsunęła się od niego i otarła łzy wierzchem dłoni, co nie miało większego znaczenia, bo dalej płakała.
– Muszę iść… zadzwonić do Charliego – powiedziała cicho.
Verner pokiwał głową.
– Mogę coś zrobić? No wiesz, dla ciebie? – zapytał równie cicho, bo bał się, że gdyby mówił głośniej, to gula by eksplodowała.
– Nie masz czarodziejskiej różdżki – odpowiedziała i ruszyła w stronę schodów.
Verner nie miał pojęcia, gdzie mogą znajdować się mugolskie aparaty telefoniczne; wiedział natomiast, że owszem – ma czarodziejską różdżkę. Kiedy przestał słyszeć kroki Holly, wszedł do pokoju, w którym niedawno leżała Lettie.
Nie wiedział, czego się spodziewał, ale nie tego, że wszystko będzie wyglądało niemal tak samo jak wcześniej. Z tą różnicą, że teraz twarz Lettie też była zakryta kołdrą czy prześcieradłem – nie był pewien. No i maszyny przestały wydawać dźwięki. Panowała cisza tak przeraźliwa, że boleśnie zdał sobie sprawę z tego, jak głośny i świszczący jest jego własny oddech, jak głośno krew szumi mu w uszach. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz zdawał sobie z tego sprawę. Możliwe, że nigdy, bo nie pamiętał, kiedy ostatni raz znajdował się w takiej ciszy.
Niepewnie podszedł do łóżka, na którym leżała Lettie… Nie, nie Lettie. To, co z Lettie zostało. Czy to jeszcze była Lettie? Nigdy się nie zastanawiał, w którym momencie człowiek przestaje być człowiekiem, a zaczyna być bezosobowymi zwłokami.
Wyciągnął różdżkę, a potem zdał sobie sprawę, że musi odkryć przynajmniej część Lettie. Nie był pewien którą, więc poprzestał na głowie. Nie wyglądała przerażająco. Ponownie nie był pewien, czego się spodziewał, ale myślał, że będą jakieś bardziej widoczne zmiany, że będzie w stanie rozpoznać, że…
Wycelował w nią różdżkę. Nie wiedział nic o uzdrawianiu, ale pamiętał, że najważniejsza przy rzucaniu zaklęcia jest determinacja. Trzeba chcieć je rzucić. A on chciał, jak bardzo chciał!
Reparo! – powiedział, celując w głowę Lettie. – Reparo! Reparo! REPARO!
Nic się nie stało. Nie poruszył się nawet jeden włos na jej głowie, co odebrało Vernerowi całą determinację i przekonanie o tym, że jest w stanie coś zrobić. Do cholery, był czarodziejem! Jeśli nie był w stanie uratować własnego dziecka, to po co mu jakakolwiek magia?!
Poczuł palący wręcz zawód – był zły na siebie, na Hobbesa, Greengrassa i Freda, na wszystkich nauczycieli w Hogwarcie. Wszyscy byli kretynami, którzy potrafili tylko robić nic nieznaczące sztuczki.
Ze złością przetarł oczy wierzchem dłoni, żeby upewnić się, że nie płacze. Nie płakał. Czuł się winny i bezsilny, ale nie płakał.
Z powrotem przykrył Lettie, choć najpierw przyjrzał jej się uważnie, jakby chciał się upewnić, że na pewno nie otworzy zaraz oczu. Nie otworzyła, więc stanie tutaj – w tej ciszy – nie miało dalszego sensu. Nie był pewien, co w tej konkretnej chwili miało jakikolwiek sens.
Holly jeszcze nie wróciła, ale na korytarzu zobaczył swój kubek z kawą. Cisnął go w stronę jednej ze ścian. Skoro nie potrafią tu leczyć, to niech chociaż posprzątają.
Przez chwilę krążył jeszcze wzdłuż okien, ale zdał sobie sprawę, że i tak nie wie, co mógłby powiedzieć Holly. Że mu przykro? Że chciałby, żeby było inaczej? Czy to nie oczywiste? Poza tym pewnie właśnie czekała na swojego mugola. Może dlatego właśnie tu nie wróciła. A może nadal z nim rozmawiała, szlochając do słuchawki. W każdym razie jego nie potrzebowała. Nikt go tu już nie potrzebował.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s