12. zanik prawdy

Salon Freda, zwykle tak zachęcający do odpoczynku, teraz wydawał się odpychający. Wszystko było nienagannie poukładane i wysprzątane, co drażniło Vernera w sposób całkowicie dla niego niezrozumiały. Cukiernica była pełna, więc nie miał nawet pretekstu, żeby uciec do kuchni przed czujnym spojrzeniem przyjaciela. Który w tej chwili nawet nie mrugał, jakby w obawie, że Verner się zdeportuje. Verner rozważał to, ale uznał, że konsekwencje stanowczo przewyższą krótkotrwałe korzyści.
– Zrobiliście… co? – powtórzył Fred.
– Nie wiem, Hobbes coś zrobił – odpowiedział Verner. Mówił cicho, jakby liczył, że to zniechęci Freda.
– I nie sprawdziłeś, czy to bezpieczne?
– Przecież to uzdrowiciel, nie?
Fred westchnął, po czym odstawił na stolik porcelanową filiżankę. Verner zauważył, że jego przyjaciel wypił tylko pół swojej herbaty, i poczuł, że sprawa jest poważna. Fred uchodził za mistrza niezobowiązującego chłeptania herbaty w chwilach, w których powinien słuchać, co się do niego mówi.
– Nie widziałem go nigdy w Mungu – powiedział w końcu.
– Greengrass mówił…
– Greengrass chciał cię spławić i świetnie o tym wiesz.
Verner się skrzywił. Nie lubił, kiedy zwracano mu uwagę. Wiedział, jasne, że wiedział, ale jednocześnie naprawdę chciał pomóc Lettie. Czy powinien się przyznać Fredowi?
– Greengrass był mi winien przysługę.
– Nie był ci nic winien, obaj to wiemy – warknął Fred, po czym ponownie sięgnął po herbatę, żeby zatrzeć ewentualne złe wrażenie, które mogły wywołać jego słowa albo ton, w którym je wypowiedział. – On cię kupił i teraz tylko pilnuje, żebyś się nie mógł wykupić.
Verner przewrócił oczami, a następnie utkwił wzrok w suficie. Żałował, że Fred odmówił nalaniu mu whisky. Żałował, że w ogóle tu przyszedł, bo jednak nie był gotowy zmierzyć się z tymi wszystkimi prawdami, które Fred rzucał w jego stronę. Żałował, że nie pomyślał wcześniej, ale przecież nigdy nie myślał wcześniej, zawsze zdawał się na szczęście i… czy jednak doszedł do tego momentu, w którym zaczynał wierzyć, że nie może ponieść porażki? Czy właśnie ją poniósł?
– Freddie, stary, Hobbes mówił…
– Nie wiesz, kim jest Hobbes – zauważył Fred, ponownie odstawiając herbatę na stół. Tym razem filiżanka była pusta. – Dlaczego im zaufałeś? Zawsze byłeś ostrożniejszy.
Nuta wyrzutu w jego głosie była tak wyraźna, że Verner poczuł dreszcz przebiegający mu po kręgosłupie. Nie byłby wcale zdziwiony, gdyby mrugnął, a na głowie Freda pojawiły się różowe papiloty, a jego twarz zmieniłaby się w twarz matki Vernera. Przerażająca perspektywa.
– Nie wiem – warknął Verner, zmęczony tą dyskusją. – Nie mam pojęcia, zrobiłem coś dla Greengrassa, czemu on nie miałby zrobić czegoś dla mnie?
– Siedzisz w tym za długo, żeby wierzyć…
– Zależy mu na mojej pomocy!
– Zależy mu na tym, żeby ktoś wykonywał jego brudną robotę – odpowiedział spokojnie Fred, patrząc uważnie na przyjaciela. – Jeśli sądzisz, że możesz mu wierzyć, to skończ z tym, zanim będzie za późno.
Zapadła cisza. Verner patrzył w sufit, najwyraźniej próbując się uspokoić. Nie szło mu to najlepiej, o czym świadczyły szybkie, płytkie wdechy. Fred patrzył na niego uważnie, jakby chciał odczytać myśli przyjaciela.
– Nie mogę, Freddie – powiedział w końcu Verner. – Nie mogę robić nic innego. Nie teraz.
– To wygodna wymówka – odpowiedział z rezygnacją Fred. – Dobrze wiesz, że po prostu nie chcesz. To jest wygodne. To daje szybkie pieniądze. Nie obchodzi cię, co się z tobą stanie, czy może uważasz, że nigdy się nie potkniesz? Oni zawsze będą potrzebować kogoś takiego jak ty, ale nie ciebie.
– Pierdolisz, Freddie – stwierdził Verner ze sztuczną pewnością siebie. Żeby ją zatuszować, wstał z fotela i wyszedł do kuchni.
– Obaj wiemy, że to nie ja pierdolę – mruknął Fred. Nie ruszył się jednak z miejsca, dając przyjacielowi kilka chwil na ochłonięcie.
Z kuchni dobiegło bulgotanie wody w czajniku, a wkrótce potem charakterystyczny świat. Fred uśmiechnął się do siebie. Kolejna filiżanka herbaty może ożywić ich rozmowę. Tyle, że Verner nie zdejmował czajnika z ognia. Fred zajrzał do kuchni, ale nie znalazł w niej przyjaciela. Musiał się zdeportować, kiedy woda gotowała się na tyle głośno, by zagłuszyć trzask. Fredowi nie pozostało nic innego, jak tylko przygotować sobie kolejną herbatę i liczyć na to, że Verner wiedział, co robi.
Tymczasem Verner aportował się w swoim mieszkaniu. Wylądował na stercie ubrań, które powinien uprać, i zaklął. Lądował na nich już czwarty raz w ciągu kilku ostatnich dni. Naprawdę powinien je gdzieś przenieść. Choć, z dwojga złego, lepiej, że na nich lądował, póki były brudne.
Miał coś, co prawdopodobnie mógłby nazwać kacem moralnym, gdyby na chwilę się zatrzymał i to przeanalizował. Wiedział jednak, że jeśli tylko usiądzie i zacznie się zastanawiać, co czuje, a potem segregować swoje uczucia, zabrnie w ślepą uliczkę. Nie mógł sobie na to pozwolić. Nie mógł też iść do Ruth, która poprzednim razem dała mu do zrozumienia, że powinien konsultować z nią swoje wizyty albo przynajmniej przynosić czekoladki. Chciała go zrozumieć, chociaż nie chciała go poznać. Chciała stworzyć poważny związek ze swoimi wyobrażeniami na jego temat. I dała temu wyraz, kiedy leżał spokojnie, zmęczony i śpiący. Początkowo nie rozumiał, o co jej chodzi – przecież dotychczasowy układ jej odpowiadał – ale im dłużej mówiła, tym bardziej oczywiste się dla niego stawało, że nie powinien zostawać na noc. Powinien uciec i w wolnej chwili zacząć szukać nowej dziewczyny, skoro stara zaczynała mieć takie pomysły.
Póki co jednak nie miał czasu się tym zajmować. Uciekł od problemu tak samo, jak uciekł przed Fredem. Nie powinien był, ale spodziewał się czegoś innego, kiedy do niego przyszedł. W końcu pomógł Lettie, razem z Hobbesem podali jej eliksir. Teraz wyzdrowieje, a Verner już nie będzie nieproszonym gościem, będzie kimś – i to kimś, kto zrobił to, czego nie mogła zrobić ani Holly, ani ten jej mugol. Kimś, a nie czymś – wygodnym narzędziem, którym posługiwał się Greengrass, ale które mógł w każdej chwili oddać komuś innemu lub zwyczajnie wyrzucić. Kiedy pracował dla Burke’ów, był kimś. Wolnym strzelcem, który wynegocjował dobrą umowę z porządnym sklepem. Fachowcem. Niemalże artystą. Teraz wszystko się rozsypało i Verner nawet nie pamiętał, kiedy ostatni raz myślał o sztuce.
Zrobił jednak coś dobrego. Zgodził się na wiele, by móc tego dokonać, ale teraz, kiedy tylko eliksir zadziała, będzie mógł iść do Holly i jej powiedzieć, ile mu zawdzięcza. Złoto mogła mu próbować oddać, ale zdrowia Lettie – nie. Początkowo był pewien, że robi to wszystko wyłącznie dla Lettie, ale kiedy zakradli się z Hobbesem, by podać małej eliksir, doszedł do wniosku, że to zbyt proste. Nadal był nią zainteresowany, ale nie aż tak jak wcześniej. Lettie była dziełem sztuki – jego dziełem sztuki – ale nie potrafił podstawić jej na należnym dziełu sztuki piedestale. Mógł na nią patrzeć, mógł odgarnąć włosy z jej czoła, mógł uratować jej życie, ale nie mógł na niej poprzestać. Potrzebował prawdziwego dzieła sztuki. Obrazu czy rzeźby, które byłyby całkowicie jego i które mogłyby trwać w czasie. Lettie była zbyt krucha, zbyt podatna na zmiany, by być najpiękniejszym dziełem, jakie stworzył. W którymś momencie samo ratowanie jej życia przestało wystarczać, a niemal równie ważne stało się udowodnienie Holly, że popełniła błąd. Albo wiele błędów, tego Verner jeszcze nie był pewien. Czy za błąd powinien liczyć tylko niepoinformowanie go o chorobie Lettie? O jej istnieniu? Samo odejście od niego? Miał nadzieję, że Fred powie coś, co pozwoli Vernerowi uporządkować myśli bez konieczności dokładnej ich analizy, ale Fred skupił się na moralnym aspekcie całej sprawy, o którym Verner w ogóle nie chciał myśleć.
Co z tego, że w opinii Freda nie powinno ratować się niczyjego życia tak złodziejskimi metodami, jeśli cel zostaje osiągnięty?
Verner spojrzał tęsknie na butelkę Ognistej, która błyskawicznie pozwoliłaby mu odzyskać dystans do tych wszystkich problemów, ale potem pokręcił głową. Nie wiedział, ile czasu potrzebował eliksir, by zacząć działać, ale podejrzewał, że kilka godzin wystarczy. Hobbes odpowiadał dość wymijająco, ale tyle Vernerowi udało się z niego wyciągnąć. Może zatem wieczorem zajrzeć do Holly i sprawdzić, jak się miewa Lettie? Jeśli eliksir zadziałał tak szybko, być może Verner nawet dostanie kolację i masę podziękowań? Nie powinien śmierdzieć Ognistą przy kolacji.
Spojrzał na stertę brudnych ubrań i zmarszczył nos. Sprzątanie było dla niego zajęciem niepotrzebnym i uciążliwym. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zaprosić Freda i jego zamiłowania do zaklęć gospodarskich, ale potem przypomniał sobie, że to oznaczałoby potok pytań. Nie mógł też niczego podrzucić Ruth, skoro rozważał znalezienie jej następczyni. Mógłby nie mieć okazji odebrać już ubranych rzeczy. Ostatecznie wrzucił więc brudne ubrania do jednej z szafek w nadziei, że kiedy do nich znów zajrzy, będą czyste. Usiadł w fotelu i przez chwilę obserwował odklejającą się tapetę w rogu, na której kołysała się pajęczyna porzucona przez pająka. Było za wcześnie, żeby iść do Holly, a powrót do Freda nie wchodził w grę z oczywistych powodów. Do tego ogólne podenerwowanie uniemożliwiało Vernerowi relaks. W końcu wstał i wyrzucił zawartość szafki na podłogę.
Reparo! – spróbował, ale ubrania wyglądały dokładnie tak samo jak wcześniej. – Chłoszczyść!
Tym razem na parze skarpetek pojawiły się mydliny. Verner z obrzydzeniem wrzucił je do kuchennego zlewu, gdzie wylądowały w jakże doborowym towarzystwie dwóch wyszczerbionych kubków, kilku talerzy i trzech łyżek, które stanowiły znaczącą część posiadanych przez Vernera sztućców. Kiedyś było ich więcej, a każda z nich miała do kompletu nóż i widelec, ale gdzieś się to wszystko pogubiło.
Chłoszczyść! – spróbował jeszcze raz, tym razem wskazując różdżką na koszulę ubrudzoną błotem.
Część błota odpadła, ale koszula nadal nie nadawała się do użytku. Verner zmiął ją w kulkę i rzucił w kierunku zlewu, ale nie trafił i koszula upadła na podłogę. Zignorował ją i rzucił kolejne zaklęcie czyszczące na inną koszulę, której stan również nieco się poprawił, ale nie na tyle, żeby można w niej było wyjść.
Westchnął. To nie miało większego sensu, a skoro i tak planował pokazać się od najlepszej strony, to z równym powodzeniem mógłby się wybrać na jakieś zakupy. Nie należało to do jego ulubionych zajęć, ale w końcu znajdował się w sytuacji kryzysowej – potrzebował zarówno czystych ubrań, jak i nowej kobiety, a wszystko to było całkiem łatwo dostępne w centrach handlowych.
Verner znalazł w jednej z kieszeni parę funtów, które powinny wystarczyć na zakup koszuli, następnie wziął szybki prysznic, założył czystą parę spodni i jakiś t-shirt, za którym nie przepadał, a następnie wyszedł z mieszkania. Czuł się o wiele lepiej niż kiedy siedział w fotelu i patrzył na tapetę. Mógł działać, a wiadomo, że działanie jest o wiele lepsze od czekania, aż coś się samo stanie. Nawet jeśli jego działanie bezpośrednio nie wiązało się z tym, na co czekał, to przynajmniej istniały szanse, że zniknie pewien niepokój, który mu towarzyszył odkąd wyszedł z domu Holly.
Dobrze wiedział, co wywoływało ten niepokój, ale nie miał pojęcia, jak sobie z nim poradzić. Wypalił dwa papierosy, ale niewiele to dało. Na chwilę udało mu się zapomnieć o tym podenerwowaniu, kiedy znalazł się w jednym z tych sklepów, w których ekspedientki starają się flirtować z klientami, żeby tylko sprzedać im coś, za co u konkurencji zapłaciliby o połowę mniej. Znalezienie takiej, która chciała umówić się z nim na kawę, było jednak o wiele prostsze niż znalezienie odpowiedniej koszuli.
– Może ta zielona, materiał jest taki przyjemny – zasugerowała Alice, niska blondynka, która piła wyłącznie latte macchiato i marzyła o studiowaniu psychologii.
– Nie lubię zielonego – mruknął Verner, który nie chciał przyznać, że nie stać go na tę konkretną koszulę.
– Mamy też szare, ale to takie ponury kolor, nie powinno się go nosić latem. Może coś z innego kroju, ale tego samego materiału? Ten kołnierzyk…
Przestał jej słuchać i przez chwilę przyglądał się uważnie jej piersiom. Były zdecydowanie najciekawszą częścią całej Alice i miał nadzieję, że niebawem uda mu się zawrzeć z nimi bliższą znajomość.
– …oczywiście nie chcę namawiać, ale jeśli moja rada może się do czegokolwiek przydać… – trajkotała dalej.
Verner znów się wyłączył. Tym razem nawet nie zatrzymywał wzroku na biuście Alice – a przynajmniej nie na długo – ale rozejrzał się po wieszakach w nadziei, że znajdzie coś, co będzie wyglądało odpowiednio i nie doprowadzi jego finansów do ruiny. W końcu właśnie musiał zacząć myśleć o jakiejś wymyślnej knajpce z fikuśnymi kawami, które kobiety uwielbiały. Chociaż może ta nie będzie chciała wlewać w niego espresso, żeby podkreślić w ten sposób jego męskość. Verner mógł być równie męski z kubkiem herbaty lub szklanką whisky.
– …to było modne w zeszłym sezonie, ale klienci nadal pytają, dlatego nie zrobiliśmy zwrotów. Namawiałabym jednak na coś z tych dwóch wieszaków…
Zerknął na wskazane wieszaki, a potem na te, które zawierały kolekcję z poprzedniego sezonu. Nie widział praktyczne żadnej różnicy, ale wiedział, że wybór czegoś z zeszłego sezonu skreśli go w oczach Alice, a na to nie mógł sobie póki co pozwolić.
– Szukam czego niezobowiązującego – powiedział w końcu. – Odwiedzam starą ciotkę.
Alice westchnęła cicho, urzeczona prorodzinną postawą Vernera, ale nie przestała namawiać go na najdroższą koszulę w całym sklepie.
– Ubogą i niedowidzącą ciotkę – dodał Verner w desperacji. – Nie chciałbym szczególnie odstawać od reszty rodziny, która też tam będzie.
Alice pokiwała głową i przez chwilę rozglądała się w zamyśleniu. Naprawdę chciała mu pomóc, a nie tylko sprzedać coś pierwszemu klientowi, który jej się trafi. Verner pogratulował sobie dobrego wyboru.
– Wiem! – wykrzyknęła w końcu Alice i ruszyła między wieszakami. Verner poszedł za nią, uważnie obserwując jej pośladki. Tak, to był zdecydowanie dobry wybór. Jeśli ta cała kawa wypali, to pewnie będzie musiał zabrać ją jeszcze do jakiegoś klubu na parę drinków, a potem…
– Może ta? – zapytała Alice, pokazując Vernerowi coś, co niewątpliwie było koszulą, ale stwierdzić to można było wyłącznie przez analogię do pozostałych koszul, jakie w życiu widział. Pomarańczowo-brązowy nadruk z zielonymi akcentami ani trochę mu się nie podobał, ale ostatecznie to nie on się znał na modzie, prawda?
– Wspaniała – zachwycił się, szybko zerkając na cenę. – Biorę ją!
Alice uśmiechnęła się do niego szeroko. Kiedy pakowała zakup do torebki, wsunęła też karteczkę ze swoim numerem telefonu. Oczywiście byli już umówieni, ale kobiety zawsze uznawały wymianę numerów telefonu za konieczną. Verner znów musiał podać numer Freda. Czasami zastanawiał się, czy do Freda dzwonił ktokolwiek poza dziewczynami Vernera.
Podziękował serdecznie i wyszedł ze sklepu, rzuciwszy jej wcześniej kilka spojrzeń, które zawsze działały na kobiety. Alice była nieco zarumieniona, więc najwyraźniej nie wyszedł z wprawy.
Okazało się, że koszula nie stawała się ani trochę mniej koszmarna, kiedy założył ją na siebie w łazience. Oderwał już wszystkie metki i nie mógł w żaden sposób jej zwrócić. Poza tym to była jedyna czysta koszula, którą dysponował i na którą było go stać, więc nie powinien wybrzydzać. Do tego wyrzucił już t-shirt, a nie miał zamiaru wyjmować go z kosza na śmieci.
Jeszcze raz przejrzał się w lustrze. Koszula przynajmniej odciągała uwagę od jego cieni pod oczami i niezdrowej bladości. Nie był pewien, kiedy zdążył tak zmizernieć, ale miał zamiar obwiniać o to Greengrassa. Aż dziw, że ta cała Alice dała się zaprosić na kawę. Może jeśli pojawi się u Holly, to dostanie jakiś porządny posiłek. Nie był pewien, czy jeden porządny posiłek może zmienić czyjąś bladość, ale miał zamiar spróbować.
Nie teleportował się do domu Holly, żeby nie narażać się na wykrycie przez mugoli. Część drogi przebył autobusem, a kiedy smród jakiegoś pijaczka stał się nie do zniesienia, wysiadł i resztę trasy przeszedł. Dzień był na tyle ładny, że spacer mu nie przeszkadzał. Zniknął gdzieś niepokój, a jego miejsce zajęło graniczące z pewnością przekonanie, że udało mu się uratować Lettie. Że zabezpieczył przyszłość swojego pierwszego dzieła sztuki. Że może jednak coś znaczy.
Tyle, że kiedy Holly otworzyła mu drzwi, nie ucieszyła się. Nie była ani trochę zadowolona. Nie rzuciła mu się na szyję, nie zaoferowała kolacji, nie zrobiła nic, co wskazywałoby, że Lettie wyzdrowiała.
– Co tu robisz? – zapytała zmęczonym głosem.
– Przyszedłem w odwiedziny – odpowiedział nieco zbity z tropu. Czy nie było to jasne?
Holly przez chwilą patrzyła na niego z niedowierzaniem, ale potem pokręciła głową.
– Nie mam siły tłumaczyć ci po raz kolejny, że nie powinieneś tu przychodzić. Po prostu zejdź mi z drogi, spieszę się.
Verner spojrzał na nią badawczo. Wyglądała jeszcze gorzej niż on, ale z pewnością nie było to spowodowane złą dietą. Nie tak powinna wyglądać matka, której dziecko właśnie ozdrowiało. Niepokój wrócił z całą siłą.
– Co się stało?
Holly przejechała dłonią po twarzy, jakby chciała zatrzeć niewidzialne łzy z obu policzków naraz albo odegnać zmęczenie. Verner przez chwilę nie był pewien, czy w ogóle mu odpowie, ale potem, tuż przed tym, jak zamknęła mu drzwi przed nosem, rzuciła cicho:
– Jest źle. Zawieźliśmy Lettie do szpitala.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s