11. zanik dobra

Nikanor Hobbes był niskim, wychudłym mężczyzną o wyjątkowo lisiej twarzy. Unikał odpowiedzi na niemal wszystkie pytania, które zadawał mu Verner, ale przyznał, że ulżyło mu, że spłata długu wobec Rasmusa Greengrassa będzie wymagała od niego stosunkowo mało wysiłku. „Wyleczyć jednego dzieciaka…! Mój fartowny dzień”, powiedział. Kilkakrotnie zresztą, co sprawiło, że Verner nabrał w stosunku do niego podejrzeń. Co takiego zrobił dla tego człowieka Greengrass? Ilu jeszcze miał na każde skinienie palca? Czy on, Verner, też należał do tej grupy?
Nie było jednak czasu na dalsze rozważania, bo oto obaj czarodzieje stanęli przed najtrudniejszą częścią ich misji – przekonaniem Holly, że Hobbes jest kimś, komu może powierzyć zdrowie swojej córki.
– Nie lubicie się z tą kobitką, nie? – zauważył Hobbes.
– Nie, niespecjalnie – mruknął Verner, który specjalnie trochę się ociągał. Nie był pewien, co powinien powiedzieć Holly.
– Ale chyba nie walnie nas żadną klątwą?
– Nie, to mugolka – wyjaśnił Verner, nadal zatopiony w myślach.
– Stary, a jesteś pewien, że ta mała jest twoja? Mugolkom nie można ufać. – Hobbes zrobił minę mającą sugerować, że dogłębnie poznał w życiu wiele mugolek i nie miał złudzeń, że którakolwiek z nich była uczciwą i wierną osobą.
– Tak – uciął Verner.
– Jeśli chcesz, to mogę wrócić po eliksir, który…
– Nie, po prostu ją wylecz.
– Żeś się wrażliwy zrobił. Niewygodny temat, co? Też miałem taką babę, Rebecca się nazywała. Widzieliśmy się parę razy, nic poważnego, aż później przychodzi do mnie do domu i zaczyna mówić, że brzuch jej zrobiłem. Jak się moja stara dowiedziała, to jej dała do wiwatu, musieliśmy się tłumaczyć przed amnezjatorami. – Uśmiechnął się krzywo, jakby nie był pewien, czy wydarzenie uznać za miłe wspomnienie, czy nie. – Oczywiście później mi też parę kości pogruchotała, żebym się nie włóczył za młódkami, ale wiadomo, jakie są baby.
Verner pokiwał głową. Nikanor zdawał się całkiem lubić brzmienie swojego głosu, bo o ile nie pytano go o kwestie zawodowe, czuł się w obowiązku podtrzymywać tę nieco jednostronną konwersację.
– Tyle razy się sparzyłem, ale i tak je lubię – kontynuował. – Człowiek myśli, że wszystko już w życiu widział i może już zacząć się starzeć, ale zaraz zakręci jakaś tyłkiem i już ubywa ze dwadzieścia lat. A piękne jak obrazki! Myślałby kto, że gdyby nie te zaklęcia i te wszystkie mugolskie sztuczki, to… A zresztą, pewnie też swoje o babach wiesz, nie?
– Tak, swoje wiem – zapewnił Verner obojętnym tonem.
Starał się ocenić, czy Hobbes może być prawdziwym uzdrowicielem, czy też Greengrass podesłał mu jakiegoś oszołoma, który prędzej zaszkodzi niż pomoże. Oczywiście Verner niewiele wiedział o uzdrowicielach – widział ich raptem parę razy w życiu, kiedy był jeszcze dzieckiem. Wydawali mu się wtedy niezwykle mądrzy i jacyś tacy… jaśniejsi niż pozostali ludzie. Nie potrafił tego wyjaśnić. Może to jakieś sztuczki w Mungu, coś, co miało onieśmielać pacjentów i sprawiać, że łatwiej się podporządkują. Choć nie miał wątpliwości, że i bez tego by się podporządkowali – nadal pamiętał ludzi z poczekalni: czarownicę z dwumetrowym klonem zamiast ręki (dwójka jej dzieci manewrowała drzewem, kiedy wychodzili z kominka), czarodzieja z dziurą w brzuchu, przez którą można było swobodnie patrzeć (zatamował krwawienie, ale był tak kredowobiały, jakby tylko resztkami sił trzymał się życia), czarownicę bez nogi, która zostawiła po sobie niewielką kałużę krwi, której nikt nie sprzątał przez dobre pół godziny, czy w końcu jego własną matkę, która…
Ale uzdrowiciele się starali. Ciężko pracowali, zajmowali się każdym, kto potrzebował ich pomocy, marszczyli mądrze czoła i mamrotali trudne formułki, pachnieli miętą i esparcetą. Vernerowi wydawało się wtedy, że muszą być o wiele potężniejsi od zwykłych czarodziejów; że nie ma takiej choroby czy takiej tragedii, z którą nie mogliby się zmierzyć; że byli grupą, do której on sam nigdy nie dołączy, bo zwyczajnie nie posiądzie wystarczającej wiedzy.
Nikanor Hobbes tak nie wyglądał. Pachniał tytoniem i naftaliną, brakowało mu kilku zębów i większej części włosów, a te, które pozostały, miały barwę tak nijaką, że Verner nie miał pewności, jak mógłby ją określić.
Nikanor Hobbes wyglądał jak ktoś wyciągnięty wprost z jednej ze spelunek na Nokturnie, gdzie od rana popijał Ognistą i patrzył łakomym wzrokiem na dziewczęta, jeśli jakieś popełniły błąd i znalazły się w zasięgu jego wzroku.
Nikanor Hobbes nie wspominał ani słowem o Mungu, nie odpowiadał na pytania o pracę i puszczał mimo uszu wszelkie próby nawiązania rozmowy na ten temat. Zabierał głos tylko w kwestiach niezwiązanych z leczeniem, a sposób, w jaki się wysławiał, sugerował, że mężczyzna nie przeczytał w życiu więcej niż jednej książki.
Oczywistym wydawało się zatem, że Verner nie był przekonany o wiedzy uzdrowiciela.
A jednak znaleźli się pod drzwiami domu Holly. Verner nie mógł odwlekać tego dłużej. Zapukał.
Nikt nie otworzył drzwi. Ba, nikt nawet do nich nie podszedł. Dom był cichy, jakby nie było w nim nikogo.
Verner zapukał drugi raz, ale nie przyniosło to rezultatów.
– Coś mi się widzi, że ich nie ma – rzucił Hobbes.
– Jaki dziś dzień tygodnia?
– Poniedziałek, a co?
– Na pewno nie niedziela? – upewnił się Verner.
Hobbes posłał mu spojrzenie, jakby zaczął się zastanawiać, czy zadanie zlecone mu przez Greengrassa nie okaże się trudniejsze, niż do tej pory przypuszczał, a jeśli tak, to będzie to wyłączna wina Vernera i jego niewątpliwych problemów ze sobą.
– Na pewno, no chyba mam kalendarz – mruknął.
– Szlag.
Hobbes uśmiechnął się krzywo. Może miał nadzieję, że uda mu się uniknąć robienia czegokolwiek, jeśli wróci do Greengrassa i powie, że ten cały Verner jest kretynem, który nie może dostarczyć dzieciaka w umówione miejsce w umówionej porze.
– To co, idziemy stąd? – zapytał z nadzieją.
– Nie, chwila, muszę pomyśleć…
Zapadła cisza w czasie której Nikanor Hobbes rozglądał się po niewielkim ogródku, a Verner marszczył brwi i obracał w głowie zdania, które wcześniej planował powiedzieć Holly. Myślał o nich od poprzedniego wieczora i był prawie pewien, że zabrzmią dobrze. Może zabrzmiałyby nawet lepiej, gdyby je napisał? Czy mógłby napisać do niej list, a potem przysłać Hobbesa? Pewnie by go nie wpuściła, uznawszy, że to jakiś szarlatan. Pewnie nie byłaby daleka od prawdy, ale nie o to Vernerowi chodziło. Nawet jeśli Hobbes został wyciągnięty z jakiejś meliny na Nokturnie – mógł pomóc Lettie, a czy nie o to chodziło? Greengrass przecież nie przysyłałby mu kogoś, kto nie zna się na rzeczy.
– Wrócimy tu później – zarządził Verner.
– No chwila, myślisz, że ja nie mam nic do roboty? – zaoponował Hobbes. – Dla twojej informacji mam w cholerę i trochę roboty, która się sama nie zrobi!
– Dostaniesz Ognistą za to opóźnienie.
Hobbes wyszczerzył resztki uzębienia.
– Trzeba tak było od razu, stary, to wcale nie będzie aż taka niedogodność – zapewnił.
Jakoś tak wyszło, że odwiedzili jakiś mugolski bar, a później, kiedy Verner zdał sobie sprawę, że nie powinien pozwalać Hobbesowi na tak beztroskie spożywanie alkoholu, pod byle pretekstem zaprowadził go do mieszkania Freda. Wymyślił jedną z tych wymówek, których wszyscy używają, a które prawie nigdy nie są prawdziwe, więc Hobbes patrzył na niego bykiem. Spojrzenie to nie rozpogodziło się, kiedy okazało się, że gospodarza nie ma w domu, a Verner musi otwierać drzwi zaklęciem.
– Żeby mi to nie było nic nielegalnego – mruknął Hobbes, kiedy wchodzili do środka. – Moja baba zawsze mówi, że nie ma nic gorszego niż wpakować się w coś nielegalnego, na czym się nawet nie da zarobić.
– To mieszkanie mojego kumpla – zapewnił Verner.
Wiedział, że prościej byłoby zabrać uzdrowiciela do własnego mieszkania, ale wiedział też, że znajdowało się tam parę butelek Ognistej, którymi Hobbes mógłby się zainteresować. Prawdopodobieństwo znalezienia takowych u Freda było praktycznie zerowe. Problem stanowiła jednak nieobecność Freda i jego reakcja na Hobbesa opierającego nogi na stole i… czy to była serweta wyszywana przez prababcię Freda? Verner wzruszył ramionami. Ostatecznie nie było to nic, czego nie mogłoby wyczyścić dobre zaklęcie, a Fred na pewno znał stosowne.
– I co teraz? – zapytał Hobbes, kiedy zorientował się, że nie zostanie mu podana szklaneczka czegoś rozgrzewającego.
– Musimy chwilę poczekać.
– Chwilę, taa… Wiesz, stary, ja to tak sobie myślę, że lepiej by było jutro tam iść.
Verner spojrzał na zegar stojący na jednej z półek. Zmarnował już tyle czasu, że nie miał zamiaru teraz rezygnować, a następnego dnia przechodzić przez to samo.
– Nie, już niedługo. Poczekamy jeszcze godzinę i wrócimy do domu Holly.
Hobbes wzruszył ramionami i poprawił się w fotelu.
– Masz karty? Moglibyśmy pograć.
– Poszukam – obiecał Verner i zaczął przeglądać jedną z szuflad. Wątpił, by Fred miał jakąś talię, ale wolał zająć czymś ręce.
W końcu Hobbes przysnął w fotelu, a Verner krążył po kuchni. Teoretycznie czekał, aż zagotuje się woda, jednak w praktyce zapomniał włączyć czajnika. W takim też stanie znalazł go Fred, który miał wyjątkowo głupią minę, kiedy wszedł do swojego mieszkania.
– Co się tu dzieje? – zapytał tonem, którego nie powstydziłaby się żadna matka.
Verner spojrzał na niego niepewnie, jakby spodziewał się, że zaraz dostanie burę. Potem jednak się zreflektował i wzruszył ramionami.
– Holly i Lettie nie było w domu – wyjaśnił.
Fred zamrugał; nie wiedział, co jego przyjaciel robił przez ostatnie dni, więc obecność Hobbesa czy konieczność skontaktowania się z Holly były dla niego abstrakcyjnymi pomysłami.
– Uważasz, że spotkanie się z nimi to dobry pomysł? – zapytał ostrożnie.
– Mam uzdrowiciela dla Lettie – odparł z dumą Verner.
– Ten ochlapus, który śpi w moim fotelu? Przy okazji – dodał i pokręcił głową – to moja najlepsza serweta, Vernerze. Gdyby nie to, że byś mi oddał, to właśnie powinienem cię walnąć w pysk.
– To uzdrowiciel – warknął Verner, teraz już poirytowany. – I wsadź sobie tę swoją serwetę w…
Uzdrowiciel? – powtórzył Fred, ignorując śmiałą anatomicznie sugestię dotyczącą serwety. – Jesteś tego pewien?
W tym właśnie tkwił problem, że Verner od samego rana, odkąd tylko Nikanora Hobbesa zobaczył po raz pierwszy, zastanawiał się właśnie nad tą kwestią. Czy ktoś taki mógł być uzdrowicielem? Właściwie – czemu nie, przecież nie trzeba było przechodzić żadnych testów osobowości, trzeba było tylko wykazać się wiedzą. Tyle że Hobbes robił wszystko, żeby żadnej wiedzy nie zaprezentować. Tyle że Greengrass za niego ręczył. I o ile poprzedniego dnia, kiedy z ponurą miną wszedł do mieszkania Ruth i próbował po raz kolejny pozbyć się złego humoru przy użyciu – tak właśnie, użyciu – dziewczyny, chciał przekonać samego siebie, że Greengrass i jego wybujałe ego są w błędzie, o tyle teraz musiał przyznać, że przemowa Rasmusa nie była w pełni nieprawdziwa. Verner był dla Greengrassa narzędziem, ale wygodnym narzędziem, o które trzeba dbać. A dbanie zakładało też dostarczenie mu prawdziwego uzdrowiciela – co do tego nie miał wątpliwości.
– Tak.
Fred uniósł dłonie w geście oznaczającym, że się poddaje.
– Skoro tak, to zabierz swoją siłę fachową z mojego salonu, załatwcie, co macie załatwić, odstaw go do tej speluny, w której go znalazłeś, a potem wracaj tutaj.
Verner uniósł pytająco brew.
– Powinieneś mi to wszystko wyjaśnić, bo wyglądasz, jakby przydała ci się rada kogoś, kto nie siedzi po uszy w bagnie.
– Przyjdę – zapewnił, po czym wyszedł z kuchni.
Fred miał rację, Verner miał na głowie zbyt dużo zmartwień, by nie podzielić się nimi z kimś, komu mógł zaufać. Nie może powiedzieć wszystkiego, to jasne, ale Greengrass mógł w każdej chwili stać się problemem, z którym Verner mógłby nie poradzić sobie samodzielnie. Rozmowa z Fredem mogła go natomiast ukierunkować. Tak, była świetnym pomysłem. Zanim jednak będzie mógł wypić herbatę, opowiedzieć o wszystkim i posłuchać, jak nieodwracalnie uszkodził serwetę, na której Hobbes oparł nogi, czekała go rozmowa z Holly.
Tym razem drzwi otworzyły się niemal od razu, gdy skończył pukać po raz pierwszy. Stanęła w nich sama Holly, za co Verner był wdzięczny Merlinowi i wszystkim jego kochankom – nie miał pojęcia, co mógłby powiedzieć temu mugolowi, gdyby to on otworzył drzwi. Holly jednak nie była w nastroju do rozmów. Wyszła przed drzwi i zamknęła je, jakby chciała dać do zrozumienia, że ani Verner, ani Hobbes nie wejdą do jej domu.
– Co tu robisz? – zapytała, siląc się na spokój.
– Przyprowadziłem lekarza. Dla Lettie – wyjaśnił Verner równie spokojnym tonem.
Holly zerknęła na Hobbesa sceptycznie.
– W jakiej gałęzi medycyny się pan specjalizuje, doktorze? – zapytała, choć w jej tonie pobrzmiewała niebezpieczna nutka, która mogła w jednej przerodzić się w coś strasznego, coś pełnego krzyków i machania rękoma.
Hobbes wyglądał na zbitego z tropu. Najwyraźniej nie miał pojęcia, o co został zapytany. Verner wiedział, że musi przejąć inicjatywę, jeśli mają choćby zbliżyć się do Lettie.
– Mówiłem, że sprowadzę specjalistę – przypomniał.
Uwaga Holly na chwilę przeniosła się na niego. Kobieta szturchnęła go palcem w klatkę piersiową.
– A ja mówiłam, że nie powinieneś się angażować. Nie mam czasu na uspokajanie twoich wyrzutów sumienia i nie chcę fałszywej nadziei. Nie chcę też, żebyś tu przychodził, ale najwyraźniej nic sobie nie robisz z moich życzeń! – fuknęła.
– Holly, nie chodzi o ciebie, ale o Lettie… – zaczął Verner. Zauważył, że Hobbes przyglądał się temu z rozbawieniem.
– Nie, Vernerze, nie masz prawa zjawiać się tutaj i żądać, żebym pozwoliła ci mącić Lettie w głowie.
– Ale to może być dla niej szansa.
Hobbes przestał się uśmiechać i zaczął przeszukiwać kieszenie. Verner miał nadzieję, że szukał czegoś użytecznego, bo naprawdę nie chciał rzucać oszałamiacza i tym samym robić Ministerstwu taki prezent. Nie miał wątpliwości, że gdyby zgarnęli go za użycie czarów w domu mugoli, to beknąłby także za parę włamań.
– Byliśmy u wszystkich najlepszych lekarzy. Wszystkich. Pana… przepraszam, jak pana godność?… W każdym razie pana nie było na tej liście, ba, nigdy wcześniej pana nie widziałam, a wydaje mi się, że…
– Przepraszam – przerwał Hobbes. – Ma pani jakiegoś owada na karku, zaraz go zdejmę.
Przyłożył dwa palce do karku Holly, a ta natychmiast zamknęła oczy i osunęła się na ziemię. Verner rozejrzał się z obawą, ale wyglądało na to, że nikt nie obserwował całej tej sceny.
– Co to było? – zapytał.
– Eliksir – odpowiedział Hobbes. – Nie mów, żeś chciał ją przegadać. Mówiłem, ja znam baby. Nie ma mowy, nie weszlibyśmy do tego domu. A teraz – uśmiechnął się paskudnie – droga wolna.
Verner westchnął. Nie bardzo podobały mu się te metody, ale przynajmniej Ministerstwo o niczym nie wiedziało, a oni mogli dotrzeć do Lettie. No i wyglądało na to, że Hobbes jednak coś wie o magii leczniczej, a przynajmniej o eliksirach. Starał się nie zastanawiać, do czego Hobbes zwykle ich używał lub komu je sprzedawał.
Hobbes wszedł do domu pierwszy, gotowy zaaplikować eliksir mężowi Holly, gdyby próbował ich powstrzymać. Verner wszedł jako drugi, wpychając ze sobą bezwładne ciało Holly, które położył w przedpokoju. Hobbes zapewniał, że omdlenie jest niegroźne dla życia i potrwa jakieś pół godziny. Wystarczająco dużo czasu, żeby przyjrzeć się Lettie i uciec.
Męża Holly nie było w domu, co sprawiło, że Verner zaniepokoił się nieco. Nie wiedział, w jakich godzinach mugole pracują, ale podejrzewał, że facet mógł niedługo wrócić do domu. Nie byłoby to najkorzystniejsze, gdyby w progu potknął się o swoją omdlałą żonę, chociaż z drugiej strony – pewnie zajęłoby go to na parę chwil, być może wystarczająco długo, by Hobbes i jego pozbawił świadomości.
– Może powinniśmy przenieść ją do salonu? – zapytał Verner.
– Chcesz tracić czas, żeby jej wygodnie było, a potem porywać dzieciaka? – warknął Hobbes. – Myślałem, że to ma być czysta robota.
Verner zacisnął usta i nic więcej nie powiedział. Nie mrugnął nawet okiem, kiedy Hobbes potraktował swoim eliksirem młodszą córkę Holly. W końcu to było nieważne, chodziło o to, by znaleźć Lettie i jej pomóc. Wszystkie przeszkody należało usunąć – przynajmniej czasowo.
Kiedy znaleźli Lettie, okazało się, że spała w swoim pokoju. Była rumiana w jakiś niezdrowy sposób i Verner aż się wzdrygnął na myśl, że przyszli za późno. Miał ją uratować, miał choć jedną rzecz zrobić dobrze w całym swoim życiu.
– Co z nią? – zapytał Hobbesa.
Uzdrowiciel spojrzał na niego ze zdziwieniem.
– Ma gorączkę – stwierdził obojętnie. Najwyraźniej gorączka nie była tak interesująca jak możliwość zwalenia kilku osób z nóg.
– Ale to nie jest nic… poważnego? – upewnił się Verner.
– Co ty, baba jesteś? – mruknął uzdrowiciel. – Wyjdzie z tego.
Verner ponownie zamilkł i pozwolił Hobbesowi zbadać Lettie w spokoju. Uzdrowiciel ją także pozbawił przytomności – żeby się nie rzucała, wiesz, jak to jest – a potem zaczął uważnie przyglądać się jej twarzy, by w końcu wyciągnąć jakąś fiolkę z zielonym płynem i wrzucić do niej włosy dziewczynki. W tym momencie Verner stracił niemal całe zainteresowanie i zaczął rozglądać się po pokoju – znajdowali się w niewielkim pomieszczeniu pomalowanym na żółto. Przy jednej ścianie znajdowało się kilka szafek i niewielkie, czerwone biurko, na którym leżały kredki i kartka z kilkoma bohomazami. Przy drugiej – łóżko i szafka, na której siedziały lalki i pluszaki. Pod znajdującym się na trzeciej ze ścian oknem stał sporych rozmiarów kwiatek, którego Verner nigdy wcześniej nie widział. Nie interesował się jednak florą na tyle, by przyglądać się bliżej roślinie. Cały pokój wydawał mu się nagle zbyt jasny i wesoły, by mógł mieszkać w nim ktoś, kto niebawem umrze. Żółte zasłony, białe firanki w kwiatki, na ścianach parę zdjęć rodzinnych i parę rysunków – nic z tego nie pasowało do wypracowanego w jego głowie scenariusza śmierci.
– Chyba wiem już wszystko – powiedział w końcu Hobbes, wyrywając Vernera z zamyślenia.
– Co jej jest? – zapytał.
Hobbes posłał mu jedno z tych spojrzeń, które oznaczały „mógłbym ci powiedzieć, ale nie sądzę, żebyś zrozumiał”. Verner jednak nadal wpatrywał się w niego pytająco.
– Eliksir na bazie włosów jednorożca i sproszkowanego zęba trytona jej pomoże – powiedział w końcu.
– Ale co jej jest? – powtórzył Verner.
Hobbes milczał. Verner nabrał podejrzeń, że uzdrowiciel nie ma pojęcia i właśnie próbuje podać mu jakieś placebo.
– Nie wiesz? – syknął do Hobbesa.
– Jest uszkodzona – powiedział w końcu uzdrowiciel, wzruszając ramionami, jakby chciał dać do zrozumienia, że planował uchronić Vernera przed tą straszną prawdą, ale skoro Verner chciał ją koniecznie poznać, to on, Hobbes, nie będzie mu bronił. – Coś żeś spartolił, stary, i trzeba ją naprawić. Ale nie martw się, zdarza się. Widzisz, mówią tacy i inni, że nie ma nic prostszego niż robienie dzieci, a tu jeden z drugim mają problemy.
– Ale pomożesz jej? – upewnił się Verner, puszczając mimo uszu docinki uzdrowiciela. Coś podobnego mówił mu wcześniej Fred, więc prawdopodobnie Hobbes miał rację.
– Na jutro będę miał eliksir. Tylko i wyłącznie dlatego, że Greengrass kazał – podkreślił. – Dla ciebie bym go nie miał.
– Rozumiem… Coś jeszcze?
Hobbes wzruszył ramionami i wyszedł z pokoju. Verner jeszcze raz zerknął na omdlałą Lettie i po raz pierwszy poczuł, że to może się udać. Nawet jeśli ani on, ani Hobbes nie grali fair, to może jednak wygrają. Uśmiechnął się. Jutro wrócą i podadzą Lettie eliksir, a potem będzie zdrowa. Może nawet jeszcze kiedyś ją odwiedzi.
Tak, kiedyś ją odwiedzi i porozmawiają. Może nawet kiedyś, kiedy Lettie będzie już starsza, powie jej prawdę, a ona go zrozumie i zaakceptuje.
To znaczy o ile będzie nadal żył, bo – o ile wszystko pójdzie dobrze – wyglądało na to, że to on odejdzie z tego świata jako pierwszy. I to było w porządku, nie przeszkadzała mu ta myśl. Jeśli ją uratują, to wszystko będzie dobrze, a Verner zostawi po sobie na tym świecie coś pięknego.
Wyszedł z pokoju i dołączył do Hobbesa, który stał w przedpokoju.
– Dzięki – wymamrotał.
– Wszystko dla Greengrassa – odpowiedział Hobbes.
Wyszli z domu i, niezatrzymywani przez nikogo, zniknęli gdzieś wśród morza przechodniów.

Advertisements
11. zanik dobra

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s