10. demiurg

Nokturn był jednym z tych miejsc, które rzadko zasypiały, a nawet jeśli się to zdarzało – ciężko było o pewność, że za chwilę zza zakrętu nie wyjdzie ktoś, kto szuka kłopotów, a takich osobników (częstokroć rozochoconych wcześniej Ognistą) było całkiem sporo. W końcu wiadomo, że jak się czegoś szuka, to prędzej czy później się to znajdzie na Nokturnie.
Verner bywał tu już o różnych porach, ale tym razem czuł się wyjątkowo nieswojo – może dlatego, że wcześniej wykształcił w sobie przeświadczenie, że jest częścią społeczności związanej z tym miejscem, a teraz, kiedy pracował dla Greengrassa, sytuacja wyglądała nieco inaczej. Oczywiście możliwe, że po prostu mnożył problemy. Nie powinien się zachowywać, jakby czuł się nieswojo, nigdy nie wiadomo, kto spośród kręcącego się tutaj ogółu potrafi wyczuwać strach.
To Borgin zajmował się zamykaniem sklepu na noc. Zajmował się tym od kilkudziesięciu lat, więc czuł się o wiele bardziej kompetentny niż któryś z Burke’ów. Verner nie był nawet pewny, czy młodszy z nich poznał już formułę zaklęcia, którego używał Borgin. Sam Verner również jej nie znał, ale zdawał sobie sprawę, że czekanie na lepszą okazję nie ma sensu. Nie będzie lepszej okazji. Nie dopóki Borgin żyje, a zabijanie go… Verner wolał nie wyobrażać sobie, w jak trudnej sytuacji musiałby się znaleźć, żeby to zrobić.
Teraz jednak, kiedy stał przed tylnymi drzwiami do sklepu, w obskurnej, śmierdzącej alejce, w której ustawiano kosze ze śmieciami albo – czego nikt nie mówił głośno, ale wszyscy o tym wiedzieli – handlowało się naprawdę nielegalnymi substancjami, takimi, których nikt nawet nie chciał mieć pod ladą w sklepie, mógł sobie wyobrazić stopień desperacji, który popchnąłby go do zabicia Borgina albo chociaż wydobycia informacji o potrzebnej inkantacji siłą. Znajdował się w naprawdę nieprzyjemnym miejscu, jednym z tych, o których najczęściej się nawet nie mówi. Tutaj zapuszczali się tylko ci, którzy musieli. Tutaj też okoliczne koty przychodziły na najbardziej ryzykowną kolację, jaką mogły sobie wymarzyć; niektóre wychodziły z żołądkami pełnymi nieco nieświeżej wątroby tuńczyka, inne nie wychodziły w ogóle i lądowały w wielkich koszach na śmieci, które właściciele sklepów mniej lub bardziej regularnie opróżniali.
Starając się jak najmniej oddychać, rozlał przygotowany wcześniej eliksir tuż przed progiem drzwi, a następnie posypał sproszkowaną szałwią i lawendą. Miał nadzieję, że ich zapach zakryje zapach eliksirów, który zbyt łatwo mógłby zostać rozpoznany. Normalnie na tym etapie nawiązałby już bliższy kontakt z drzwiami, ale zbyt długo znał Borgina, by porywać się na coś takiego. Rozstawił parę run i zaczął mamrotać dawno nieużywane inkantacje, o których myślał, że okażą się wystarczające. Przez chwilę czuł się jak artysta; jak ktoś, kto tworzy coś tego, kto dekonstruuje stary ład po to, by zrobić miejsce czemuś nowemu i piękniejszemu. Potem przypomniał sobie jednak, że robi to po to, by Greengrass załatwił dla niego uzdrowiciela, i wszelkie myśli o sztuce uleciały z jego głowy.
Usłyszał za plecami jakiś szmer i niemal przerwał recytowanie odpowiedniej inkantacji, ale nie mógłby zacząć jej od nowa, więc kontynuował, jednocześnie próbując usłyszeć jakiś ruch za plecami. Kiedy w pole jego widzenia wszedł rudy kot, niemal odetchnął z ulgą. Dokończył inkantację w spokoju, a potem, dość niepewnie, ruszył w kierunku drzwi. Zastukał w klamkę różdżką (dwukrotnie, dla pewności) i wstrzymał oddech, kiedy się otwierały.
Nawet nie skrzypnęły.
Verner uśmiechnął się do siebie, a potem odwrócił się, żeby popatrzeć na kota, ale było już za późno – obok Vernerowych nóg strzeliła jakaś pomarańczowa strzała i znikła w nieoświetlonym sklepie.
– Cholera – mruknął Verner. Wyglądało na to, że musiał znaleźć nie tylko przedmioty, których zażyczył sobie Greengrass, lecz także bezdomnego kota, który może narobić hałasu.
Kiedy wszedł do pomieszczenia, sprawdził, czy nie leży gdzieś ręka Glorii, którą chętnie by użył, ale niestety, wyglądało na to, że już się sprzedała. Bał się świecić różdżką w części dostępnej dla klientów, więc zaczął od przeszukania magazynu, czasami tylko słysząc tupot kocich łapek. Zwierzak najwyraźniej znajdował się w nowym otoczeniu i musiał zaznajomić się z każdym kątem. Verner miał tylko nadzieję, że Borgin pamiętał o tym, by zamknąć drzwi łączące zaplecze z główną częścią sklepu. Kot, zdaniem Vernera, nie mógł narobić większych szkód na zapleczu, ale dźwięk tłuczonego szkła przekonał go, że się mylił.
Wyszedł z magazynu i rozejrzał się po pomieszczeniu. Nie widział kota, ale za to ciężko byłoby przeoczyć zbity wazon. Był to jeden z tych porcelanowych koszmarków, które przypominały Borginowi o jego zmarłej żonie.
– Przynajmniej to nie coś z listy Greengrassa – mruknął do siebie Verner, a potem zwrócił się do kota: – Siedź tu albo pogadamy inaczej.
Kot syknął, ale nie ruszył się z miejsca.
Verner pchnął drzwi prowadzące do głównej części sklepu, kiedy rozległa się syrena. Była naprawdę głośna – tak głośna, że nie miał wątpliwości, że w ciągu najbliższych pięciu sekund zjawią się tu wszyscy, którzy znajdują się na Nokturnie i Pokątnej, a kto wie, czy i nie sam Borgin albo jeden z Burke’ów. Verner złapał parę przedmiotów, które stały dostatecznie blisko miejsca, w którym się znajdował, a potem chwycił leżący na ziemi worek i się zdeportował.
Wylądował w znajomo wyglądającym lasku pod Londynem, dość błotnistym, ale jednocześnie bezpiecznym. Wziął parę głębokich oddechów, choć było to zupełnie niepotrzebne – nie zmęczył się niczym, a strach dodawał mu przecież sił. Nie pozostawało mu nic innego jak przejść przez zagajnik, żeby uniemożliwić ewentualnej pogoni podjęcie śladu aportacyjnego.
Odwiedził jeszcze mugolskie miasteczko oddalone o parędziesiąt ładnych kilometrów od Londynu, ale musiał się w nim zatrzymać na dłużej i coś zjeść. Liczył na to, że załatwi tę sprawę bez większych problemów i nie zmęczy się aż tak. Cholerny Borgin, pieczętować drugie drzwi innym zaklęciem. Verner powinien był o tym pomyśleć, powinien był przewidzieć, bo w końcu stary wiele razy powtarzał, jak ważny jest dla niego sklep i jak wiele czasu poświęca na zapewnienie mu odpowiedniej ochrony.
Teraz jednak było już za późno na myślenie o tym, co trzeba było zrobić. Musiał stawić się na spotkanie z Greengrassem, który będzie chciał dostać wszystkie przedmioty z listy. Verner nie był pewien, ilu brakowało – może ze trzech czy czterech – ale spodziewał się, że to, co udało mu się wrzucić do worka, nie rekompensowało tego braku. Nie wiedział, czy było to wystarczające, by Greengrass sprowadził uzdrowiciela, czy też Verner ryzykował życie tylko po to, by jego pracodawca wyglądał dobrze w oczach innych.
Kiedy aportował się w umówionym miejscu, Greengrassa nie było. Na pobliskiej ławce siedział natomiast Nott, który wstał na jego widok i podszedł na tyle blisko, by Verner wyraźnie usłyszał wycedzone przez zęby:
– Co to, kurwa, miało być? Cały Nokturn postawiłeś na nogi.
– Wypadek przy pracy – mruknął Verner.
– To gra o zbyt wysoką stawkę, żeby pozwalać sobie na wypadki.
– Ale to wina… – zaczął, ale zdał sobie sprawę, jak koszmarnie by zabrzmiał, gdyby próbował zwalić całą odpowiedzialność na bezdomnego kota. – Tak wyszło – zakończył kulawo.
– Masz wszystko, co Rasmus kazał ci zdobyć? – zapytał Nott, najwyraźniej tracąc zainteresowanie powodami Vernerowego spóźnienia.
– Znaczącą większość.
– Większość? Chcesz, żeby ten uzdrowiciel uzdrowił ci większość dzieciaka? Nie taka była umowa, cwaniaczku. – Nott wykrzywił się, jakby w każdej chwili mógł rzucić się na Vernera nie tylko z różdżką, lecz także z pięściami czy zębami.
– Oceń sam – warknął Verener. Był niemal pewien, że to, co udało mu się zgromadzić, będzie wystarczające.
Nott zajrzał do worka i przez dłuższą chwilę wyciągał z niego różne rzeczy, potem je chował i wyciągał inne, za każdym razem uważnie przyglądając się temu, co wyciągnął. Kiedy zakończył oględziny, wyszczerzył się do Vernera, choć w tym uśmiechu nie było ani krzty wesołości.
– No, wygląda na to, że może jednak uratujesz dzieciaka – powiedział.
Verner tylko skinął głową. Miał taką nadzieję, ale zdawał sobie też sprawę, że w ciągu najbliższych kilku godzin – czy możne nawet dni, w końcu nikt mu nie obiecywał, że cała ta sprawa skończy się w jedną noc – Nott nie spuści go ani na chwilę z oka i o wszystkim zamelduje Greengrassowi. Sposób, w jaki wywiąże się z powierzonego mu zadania, oznacza być albo nie być dla Lettie; nie było to, wbrew pozorom, myślą szczególnie motywującą. Verner czuł się raczej spętany tą świadomością, ograniczony przez nią i wręcz przyduszony, jakby czekał go najważniejszy test w życiu. To nie była motywacja, to było przerażenie i poczucie odpowiedzialności, którego wcześniej nie znał.
– Zabierz to ze sobą – powiedział Nott, oddając Vernerowi worek. – Jutro masz się tu stawić z tym wszystkim o osiemnastej. Zaczniemy naszą delegację.
– Nie mógłbym załatwić tego szybciej? – zapytał Verner, zawiązując worek.
– Myślisz, że ktokolwiek cię wpuści za próg, jeśli mnie tam nie będzie?
Nott nie wyglądał na lwa salonowego i Verner wątpił, czy ktoś rzeczywiście wpuściłby go do swojego domu z czystej sympatii czy w nadziei, że jego barwny charakter dostarczy gospodarzowi rozrywki. Nie, Nott nie był ani interesujący, ani zabawny; musiał zatem coś znaczyć w hierarchii i Verner nie był na tyle głupi, by pytać o szczegóły. Pokiwał tylko głową.
– Zatem o osiemnastej – potwierdził i się zdeportował.
Przez kolejne trzy dni odwiedził wiele domów, których gospodarze przyjmowali Notta z pewną rezygnacją i zerkali na Vernera z pewnym zaciekawieniem, jakby nie mogąc pojąć, co robi w towarzystwie Notta. Potem zawsze zaczynała się dyskusja na temat pogody, potem sytuacji politycznej, a potem Nott kopał Vernera w nogę, by ten wyjął podarek dla gospodarza i wygłosił parę okrągłych zdań dotyczących intencji Greengrassa. W pierwszych kilku domach Verner nie był pewien, co ma mówić, ale kiedy wchodzili do ostatniego – i zarazem największego z nich – domu Malfoyów, czuł się już pewnie w swojej roli posła. Ani razu nie zadeklarował otwarcie, że Greengrass popiera dążenia Voldemorta, ale nie pozostawił wątpliwości, że zapatruje się on z pewną sympatią na wizję świata, jaką starają się realizować śmierciożercy. Nott był jednak zadowolony – nie powiedział tego, ale nie dał Vernerowi w żaden sposób odczuć, że zrobił coś złego. A Verner miał pewność, że gdyby jego poselstwo okazało się nieudane, usłyszałby o tym natychmiast.
Kiedy więc Greengrass wezwał go do siebie, Verner spodziewał się, że od razu przejdą do tematu uzdrowiciela, ewentualnie wcześniej wymienią się kilkoma miłymi, okrągłymi zdaniami, które nic nie znaczą. Zdziwił się, kiedy Greengrass się nie uśmiechał; miał przecież wszelkie powody, by się uśmiechać. Wszystko przebiegało po jego myśli, prawda?
– Siadaj, przyjacielu – powiedział mechanicznie, zapominając przywołać na twarz wilczego uśmiechu.
– Coś się stało? – zapytał niepewnie Verner, zajmując wskazane mu miejsce.
Znajdowali się w tym samym salonie, w którym nie tak dawno Verner poznał Lyrę Nott i w którym zawarł z Greengrassem układ dotyczący uzdrowiciela dla Lettie. Wiedział, że działał wtedy bez odpowiedniego namysłu i prawdopodobnie nie powinien był mówić Rasmusowi tyle o sobie, ale wtedy miał wrażenie, że nie istniało żadne inne wyjście z tej sytuacji. Teraz może by się zastanawiał, ale nie żałował swojej decyzji.
– Spisałeś się całkiem nieźle, Vernerze. – Uśmiech wykwitł na twarzy Greengrassa w ciągu ułamka sekundy. – Constantine mówił, że zrobiłeś niezłe wrażenie na żonie Avery’ego.
Verner skinął głową, niepewny, co powinien powiedzieć. Pamiętał, że jedna z żon robiła w jego kierunku maślane oczy, ale nie był pewien nazwiska. Nie był też zainteresowany nią jako kobietą, więc cały incydent puścił w niepamięć. Fakt, że Greengrass o nim wspominał, mógł świadczyć jednak o tym, że miało to pewne znaczenie.
– Powinniśmy pomówić o uzdrowicielu, prawda? – kontynuował Rasmus. – Na kiedy ci jest potrzebny, przyjacielu?
– Jak najszybciej – odparł Verner.
Greengrass zmrużył oczy i wyjrzał za okno, jakby rozważał najlepszą odpowiedź.
– Jutro – powiedział w końcu. – Nikanor Hobbes jest mi winien przysługę, przyślę go do ciebie. Nie masz planów na popołudnie, prawda, przyjacielu?
– Nie, oczywiście, ja… Dziękuję, naprawdę.
Rasmus wykonał dłonią gest, jakby chciał powiedzieć, że to dla niego drobnostka.
– Zasłużyłeś na moją pomoc, Vernerze – odpowiedział, wstając z miejsca, co było sygnałem, że jego gość może odejść.
Verner również wstał, nieco zdziwiony, że musiał stawić się osobiście tylko po to, by usłyszeć tych kilku słów. Wiedział jednak, że ludzie bogaci – a bogaci pracodawcy zwłaszcza – mieli swoje dziwactwa i nie miał zamiaru kwestionować decyzji Greengrassa.
– Jestem naprawdę wdzięczny – powtórzył, idąc w stronę drzwi.
Nie zdążył ich jednak otworzyć; zaklęcie obezwładniające zupełnie go zaskoczyło. Spetryfikowany wylądował na dywanie, przerażony własną niemocą i kompletnie nierozumiejący, co się stało. Rasmus powoli ruszył w jego stronę, aż w końcu znalazł się w jego polu widzenia. Nie przestawał się uśmiechać.
– Wiem, że jesteś wdzięczny – powiedział. – Wyświadczam ci właśnie jedną z największych przysług, chociaż spierdoliłeś sprawę, Vernerze. Nie jesteś tym, za kogo cię miałem, kiedy się spotkaliśmy. Burke zapewniał mnie, że jesteś najlepszy, ale dałeś się nabrać na zaklęcie tego starego osła. Zdajesz sobie z tego sprawę, tak?
Verner chciał coś powiedzieć, wytłumaczyć albo przeprosić – choć za co miałby przepraszać, to jego życie cały czas leżało na szali – ale petryfikacja była za silna. Mógł tylko bezwolnie czekać na dalszą część wypowiedzi Greengrassa, który się jednak nie spieszył. Wodził końcem różdżki po Vernerowym policzku, jakby zastanawiał się, co może na nim namalować. Fakt, że nie przestawał się uśmiechać, był wręcz przerażający.
– Udało ci się jednak zrealizować moją prośbę, nawet jeśli zwróciłeś na siebie niepotrzebnie uwagę. Dlatego właśnie dostaniesz swojego uzdrowiciela, chociaż prawdopodobnie powinieneś raz jeszcze rozmówić się z Constantine’em, a chyba pamiętasz, jak ci się ta pierwsza rozmowa nie podobała. Skoro jednak jesteśmy przyjaciółmi… – zawiesił głos, przyglądając się Vernerowi uważnie spod zmrużonych powiek. – Myślisz, że jesteś artystą w swoim rzemiośle, prawda? – zapytał po chwili, a jego głos był zdecydowanie chłodniejszy. – Myślisz, że jesteś nadczłowiekiem, kimś niezastąpionym i silnym, mądrzejszym i lepszym od pozostałych, prawda? Może nie cały czas, ale widzę, że miewasz takie myśli. Widać je na twojej twarzy i w sposobie, w jaki chodzisz. Widać, że czujesz się lepszy, wybitny, nawet jeśli starannie to ukrywasz. Jesteś nikim, Vernerze; zwykłą szumowiną, którą wyciągnąłem z Nokturnu. Nie powinieneś o tym zapominać, jeśli nie chcesz tam wrócić, a możesz mieć pewność, że po włamaniu do sklepu nie masz tam czego szukać. Stworzyłem ci nowe warunki życia, Vernerze, jeśli jeden z nas ma siłę sprawczą, to nie jesteś to ty. Twoje życie zależy ode mnie. Zrozumiałeś?
Verner nie odpowiedział. Nie był pewien, czy mógłby, nawet gdyby nie zaklęcie petryfikujące. Greengrass nadal patrzył na niego uważnie.
– Mógłbym teraz złamać ci nos, zawsze chciałem złamać komuś nos – powiedział nagle, a na jego usta wrócił uśmiech. – Wiem jednak, że nie byłoby tak zabawne, jak mi się to teraz wydaje. Poza tym, odwracałoby to uwagę od tego, co powiedziałem, a chciałbym, żebyś o tym pomyślał, Vernerze. Myśl o tym, kiedy Nikanor uratuje twoją córkę; myśl o tym, kiedy będziesz mu dziękował czy kiedy będziesz na nią patrzył; myśl o tym nawet wtedy, kiedy będziesz się rano budził ze świadomością, że nie jesteś na dnie. Myśl, ile zawdzięczasz naszej przyjaźni.
Uśmiech Greengrassa był jeszcze bardziej maniacki niż zwykle, a jego wzrok przeniósł się gdzieś za głowę Vernera. Stało się jasne, że teraz, kiedy już powiedział wszystko, co chciał powiedzieć, stracił całe zainteresowanie swoim gościem; stracił je do tego stopnia, że kiedy rozległy się na schodach kroki, wyszedł z pomieszczenia, zostawiając Vernera na dywanie.
– Nie, Daphne, nigdzie nie wyjdziesz w tym stroju – powiedział do kogoś, z jego głos był zupełnie inny, jakby należał do innej osoby, która nie miała w sobie nic z szaleńca, ale mogła spędzać rodzinne wieczory przy kominku, narzekając na tę dzisiejszą młodzież.
Rasmus nie wracał dłuższy czas, aż w końcu jego zaklęcie przestało działać. Verner nie miał wątpliwości, że powinien to wykorzystać i jak najszybciej uciec – nawet jeśli była to ucieczka pozorna. Szybko się zdeportował, ale kiedy znalazł się w swoim mieszkaniu, zdał sobie sprawę, że nie ma ochoty tam siedzieć. Czułby się jak marionetka Greengrassa, odłożona na półkę i czekająca tylko na to, by znów zaczął szarpać za jej sznurki. Nie chciał na to pozwolić, musiał odzyskać kontrolę przynajmniej nad częścią swojego życia.
Z ponurą determinacją ruszył w kierunku mieszkania Ruth.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s