09. cena prawdy

Freda już nie było, kiedy Verner wrócił do swojego mieszkania. Znalazł tylko opakowania po hamburgerach na podłodze i szklankę po herbacie w zlewie. Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, że powinien pozmywać, ale nie był w nastroju. Wolałby rzucić tą szklanką o ścianę – ot tak, żeby się rozładować. Każdy czasami czuł potrzebę zrobić coś równie głupiego. Nie rzucił, bo dobrze wiedział, że to ani niczego nie rozwiąże, ani nie uchroni go przed sprzątaniem. Ograniczył się więc do posłania szklance poirytowanego spojrzenia, po czym zabrał się za zbieranie wszystkich fantów, które poprzedniej nocy przyniósł do mieszkania. W którymś momencie zaczął się im przyglądać, więc teraz musiały trafić z powrotem do worka. Przez chwilę się zastanawiał, czy nie powinien zapakować ich w coś innego, żeby zachować istnienie worka w tajemnicy – kto wie, co następnym razem każe mu ukraść Greengrass – ale uznał, że gra nie jest tego warta. W końcu podobnych worków musiało istnieć więcej; w przeciwnym razie Burke nie dałby mu go za darmo albo chociaż zjawiłby się tutaj i zażądał zwrotu.
Verner zerknął tęsknie na butelkę po whiskey, ale uznał, że jeśli ma się skupić na rozmowie z Greengrassem, to powinien zostawić tego typu przyjemności na później. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zajrzeć do Ruth, ale nie był pewien, jak zareagowałaby na niespodziewane odwiedziny. Już któryś raz się nad tym zastanawiał, ale nadal nie miał odwagi sprawdzać. Miał teraz wystarczająco dużo na głowie, więc Ruth musiała zejść na dalszy plan.
Wiedział, że Greengrass mieszkał pod Londynem, ale nie był pewien, czego się spodziewać. Pewnie sporych rozmiarów rezydencji, skrzętnie strzeżonej przed mugolami. Kiedy jednak stało się jasne, że posiadłość Greengrassa nijak nie przypominała luksusowych rezydencji, które Verner czasami odwiedzał w celach, nazwijmy to, zawodowych, poczuł nutkę zawodu. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że to całkiem sprytne posunięcie ze strony Rasmusa. Im mniej się rzucasz w oczy, tym większe szanse, że nikt się tobą nie zainteresuje.
Szkoda by było, gdyby ktoś mu buchnął tę cholerną wazę, pomyślał Verner, pukając do drzwi.
Nie był pewien, czy powinien stać przed głównym wejściem, ale chciał się przyjrzeć mosiężnym okuciom drzwi; nie wiedział też, czy w domu istnieje w ogóle wejście od kuchni, ale podejrzewał, że tak. Chociaż kto wie. Wyglądało na to, że sama budowa ma dobre sto pięćdziesiąt lat, może więcej, ale konserwowanie przy użyciu magii sprawiło, że nie dało się jednoznacznie ustalić jej wieku. Verner jednak dość długo przyglądał się oknom, parapetom i skośnemu dachowi z wieżyczką zbyt małą, by ktoś mógł w niej mieszkać. Może Greengrassowie pozwalali w niej spać skrzatom? Mogli też trzymać w niej antyki i dzieła sztuki, ale to miałoby jeszcze mniej sensu, zważywszy na to, jak niewiele by się ich tam zmieściło.
Rozważania Vernera przerwało ciche skrzypnięcie otwieranych drzwi. Zarejestrował tylko, jak ciężkie musiały być i przez chwilę współczuł skrzatowi ubranemu w coś, co kiedyś prawdopodobnie było fragmentem zasłony w kwiaty. Potem jednak stworzonko przemówiło piskliwym głosem, który wwiercał się w czaszkę, i całe Vernerowe współczucie minęło.
– Witam w rezydencji szanownych państwa Greengrass, sir!
– Pan domu jest? – zapytał Verner, który miał nadzieję, że jak najszybciej uda mu się przejść do rzeczy albo przynajmniej porozmawiać z kimś o mniej irytującym głosie.
– Pan jest w tej chwili zajęty, ale zapraszam do salonu, sir!
Skrzat przesunął się nieco, żeby Verner mógł bez przeszkód wejść do długiego i wąskiego holu. Całość utrzymana była w ciepłych brązach, a na jednej ze ścian wisiał obraz Hockneya, którego widok sprawił, że Verner uniósł brwi. Spodziewał się Reynoldsa albo czegoś bardziej znanego i kontynentalnego – Moneta, Cézanne’a, Klimta albo kogoś innego, kogo z lubością wieszały sobie w domach te wszystkie arystokratyczne bubki, które uważały, że dzięki temu stają się koneserami sztuki. Niewykluczone jednak, że coś takiego znajdzie się w salonie, do którego skrzat właśnie go prowadził, uniemożliwiając dłuższe przyglądanie się wystrojowi holu.
Salon mieścił się stosunkowo blisko drzwi wejściowych i szybko stało się jasne, że był to pokój, w którym podejmowano gości – nie pokój rodzinny czy biblioteka, ale pomieszczenie pełne mebli, którymi właściciele chcieli się pochwalić, a także… czy to Degas wisiał między tymi koszmarnymi świecznikami?
Verner zupełnie zignorował skrzata i podszedł do obrazu, żeby mu się lepiej przyjrzeć. Zauważył też, że na przeciwległej ścianie wisiał jeden z ładniejszych pejzaży Sisleya, więc kiedy już nasycił wzrok Degasem, ruszył w tamtą stronę, zapominając o tym, że arystokraci, którzy wieszają na ścianach francuskich impresjonistów, mają tendencję do ustawiania przeróżnych mebli na drodze do tychże arcydzieł. Nieszczęsnym obiektem, który wyrósł na drodze, okazało się krzesło w stylu wiktoriańskim – miało te wszystkie niezbędne rzeźbione elementy i lekko wygięte nóżki, a butelkowo zielony materiał obicia wyglądał tak zachęcająco, że Verner nie mógł złościć się na mebel, że w tak oczywisty sposób go zaatakował. Postanowił przyjrzeć się Sisleyowi później, a póki co rozejrzeć się po pomieszczeniu – kto wie, jakie jeszcze style Greengrass postanowił połączyć?
Krzeseł było sześć, chociaż pozostałych pięć stało przy dębowym stole, tylko to jedno zostało przez kogoś wysunięte i utrudniało przejście. Niewątpliwie nie byłoby tak, gdyby nie fakt, że ktoś – Rasmus lub jego żona – koniecznie chciał na możliwie najmniejszej przestrzeni zaprezentować jak najwięcej skarbów rodzinnych, których było tak wiele, że nawet jakieś pięćdziesiąt metrów kwadratowych nie wystarczało. Verner zaczął się zastanawiać, jak dużo musiała być reszta pomieszczeń, skoro budynek z zewnątrz nie wyglądał szczególnie reprezentacyjnie. Gdyby jednak salon rodzinny i jadalnia znajdowały się z tyłu domu, podobnie jak kuchnia, a biblioteka i sypialnie na piętrze, może dałoby się to wszystko jakoś pomieścić. Chociaż miał pewne wątpliwości, czy pozostałe pokoje były tak przestronne jak ten. Greengrassowie nie mogli się przecież równać z Blackami czy Malfoyami, którzy w swoich rezydencjach naprawdę mieli się czym poszczycić – nawet jeśli były to stare gobeliny lub stadka pawi leniwie przechadzających się po trawnikach. Arystokraci mają prawo do dziwactw; aspirujący arystokraci muszą wpisywać się w trend i mieć przynajmniej jedno pomieszczenia sugerujące, że poziom ich życia jest znacznie wyższy niż w rzeczywistości. Przynajmniej to powtarzał Vernerowi starszy Burke, który utrzymywał, że to życiowa prawda, którą wpoił mu ojciec. Verner póki co nie znalazł argumentów obalających tę tezę, więc był skłonny przyznać Burke’om rację.
Dalszy rekonesans przerwało mu dość głośne kasłanie, które nijak nie brzmiało naturalnie. Verner spojrzał w kierunku źródła dźwięku i poczuł się nagle wyjątkowo głupio. W fotelu obitym ciemnofioletowym materiałem siedziała poważnie wyglądająca kobieta, która uważnie mu się przyglądała. Po chwili przechyliła lekko głowę, co rozwiało aurę powagi, ale niespecjalnie poprawiło nastrój Vernera, który zastanawiał się, czy ma do czynienia z żoną Greengrassa, a jeśli tak, to czy powinien zapewnić ją o tym, że porcelana jest cała, czy też może poczekać, aż zjawi się sam Greengrass. Zdecydował się na to drugie, mając nadzieję, że pojawi się on jak najszybciej. Uważne spojrzenie kobiety sprawiało, że zaczął się zastanawiać, w jak bardzo złym stanie jest jego ubranie. Nie miał odwagi patrzeć w dół, ale coś mu mówiło, że założył wczorajszą koszulę. Albo i przedwczorajszą, nie miał pewności.
– Dzień dobry – zaryzykował, mając nadzieję, że rozmowa odciągnie ją od tak dokładnego przyglądania się jego osobie.
Skinęła mu głową i Verner przez chwilę miał nadzieję, że na tym ich rozmowa się skończy, bo kobieta zerknęła w stronę księgi, którą trzymała na kolanach, ale po chwili jej wzrok znów skupił się na nim.
– Jesteś znajomym Rasmusa? – zapytała, najwyraźniej uznawszy, że ze względu na strój Verner nie zasługuje na to, by zwracać się do niego per pan.
– Ta-ak – odpowiedział. – Jestem Verner.
– Lyra Nott – odparła z wyższością, podkreślając nieco nazwisko. Prawdopodobnie dlatego, że Verner nie wymienił swojego. A może po prostu, z przyczyn całkowicie dla Vernera niezrozumiałych, była dumna z powodu przynależności do rodziny Nottów.
Verner przestąpił z nogi na nogę, po czym uznał, że może lepiej będzie, jeśli usiądzie. Nie był pewien, jaki był protokół postępowania z obcymi kobietami, które najwyraźniej go nie lubiły, ale z którymi musiał siedzieć w jednym pokoju. Nie bywał w salonach. Nie rozmawiał z takimi kobietami. Nie miał pojęcia, dlaczego od paru minut był sztyletowany wzrokiem. Wątpił jednak, by zainteresował kobietę dyskusją o porcelanie pani Greengrass. Przez myśl przeszło mu, że może lepszym tematem byłyby obrazy wiszące w salonie, w końcu jako arystokratka pewnie miała jako takie pojęcie o sztuce, ale zanim zdołał ułożyć jakieś zdanie, które byłoby stosownym zagajeniem, Lyra Nott się odezwała:
– Rasmus niedługo się zjawi, on i Constantine muszą omówić pewną ważną sprawę – stwierdziła, podkreślając wagę tejże sprawy.
Verner nie był pewien, co powinien odpowiedzieć, ale zdał sobie sprawę, że to by było na tyle, jeśli chodzi o rozmowę na temat ulubionych barw Degasa. Postanowił improwizować i wzbić się na wyżyny swoich konwersacyjnych zdolności:
– Och? – mruknął.
– Tak, staramy się zaaranżować małżeństwo – oświadczyła, całkiem z siebie zadowolona, i przełożyła księgę na stolik. Verner zerknął na okładkę, ale wielkie, złote litery głosiły, że było to dzieło poświęcone historii rodów. Nic, co by go interesowało w tym momencie.
– To… interesujące – zaryzykował, ale w jego głosie pobrzmiewało pytanie.
– Oczywiście, nasz Theodore jest jeszcze za młody – kontynuowała Lyra Nott – ale Rasmus powinien wziąć pod uwagę, że on i Daphne znają się już kilka lat, a nawet są w tym samym domu w Hogwarcie. – Zakończyła tak, żeby było jasne, że istnieje tylko jeden słuszny dom.
Verner pokiwał głową, współczując w duchu dzieciakowi. Albo obojgu, domyślał się, że Daphne – o której wnioskował, że była córką Greengrassa – też nie ma lekkiego życia.
– To ważne, żeby małżonkowie znali się wcześniej, nie sądzisz? Te wszystkie małżeństwa aranżowane w tajemnicy kończą się później tylko łzami i skandalami – ciągnęła, a z jej tonu jednak jasno wynikało, że nie ma nic przeciwko skandalom. Verner nie odpowiedział, a kiedy stało się jasne, że cały ciężar konwersacji spoczywa na Lyrze, zapytała: – Masz dzieci, Vernerze?
– Ja? N… – zaczął, ale potem przypomniał sobie, dlaczego spotkanie z Greengrassem było tak ważne, i postanowił potrenować. Odchrząknął nieznacznie. – Mam. Córkę – powiedział, jakby nadal przyzwyczajał się do tej myśli.
– Z córkami jest łatwiej – odpowiedziała, po czym utkwiła wzrok w przeciwległej ścianie.
Verner próbował sobie przypomnieć jakieś informacje na temat Nottów, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Nie wiedział, czy mieli jakąś córkę, czy też Lyra powiedziała to tylko ot tak, żeby podtrzymać konwersację. Której teraz nie podtrzymywała, tylko patrzyła na Vernera uważnie, jakby chciała zajrzeć w głąb jego czaszki. Nie było to szczególnie miłe, więc Verner przełknął ślinę i zaczął jej opowiadać o Lettie – żeby się wprawić. W końcu za parę minut będzie musiał to samo opowiedzieć Greengrassowi. Starał się nie wdawać w szczegóły, ale Lyra milczała na tyle długo i wymownie, że historia Vernera rozwijała się i zyskiwała nawet wątki poboczne, choć początkowo chciał powiedzieć „Nazywa się Lettie i ma jakieś pięć lat”.
Kiedy skończył, Lyra Nott patrzyła na niego już nie chłodno czy nawet przenikliwie. Uniosła kąciki ust w czymś, co miało przypominać uśmiech, po czym wstała i poklepała Vernera po głowie.
– Przyciągasz same dramaty – powiedziała do niego o wiele weselej, niż mógłby się spodziewać. Po chwili namysłu dodała: – Albo je tworzysz.
Verner spojrzał na nią ze zdziwieniem. Przecież on niczego nie tworzył, co ta dziwna kobieta sobie wymyśliła?
– Ale ja wcale… – zaoponował, ale nie udało mu się dokończyć, bo Lyra Nott klasnęła w dłonie, po czym wróciła na swój fotel.
– Jeden Niemiec napisał kiedyś taką książkę – zaczęła z pewnym namysłem – o człowieku, który był tak zapatrzony w siebie, że tworzył problemy tam, gdzie ich nie było. Pewnie było wiele takich książek, ale ta jedna mogłaby ci się spodobać.
Verner popatrzył na nią, jakby chciał zakwestionować jej poczytalność, ale w tym momencie do salonu weszli Nott i Greengrass. Twarze obu były pozbawione jakiegokolwiek wyrazu, więc ani Verner (który i tak nie był specjalnie zainteresowany), ani pani Nott (która co prawda była zainteresowana, ale teraz bardziej zajmowało ją śledzenie wzrokiem lotu jakiegoś owada) nie mogli domyślić się, jak przebiegały rozmowy na temat ewentualnego połączenia rodów.
– Dobrze cię widzieć, Vernerze – powiedział Greengrass, posyłając mu szeroki uśmiech. Przy okazji rozejrzał się, jakby spodziewał się, że Verner schował za kanapą worek z ukradzionymi dzień wcześniej przedmiotami.
Verner skinął głową, zerkając jeszcze raz na Lyrę Nott, która nadal była bardziej zainteresowana owadem i przeniosła wzrok na męża dopiero, kiedy Constantine przemówił (wcześniej skinąwszy Vernerowi, w końcu byli najlepszymi kumplami, jeśli wierzyć Greengrassowi; wiadomo, że nic nie zbliża dwóch czarodziejów bardziej niż mugolski łomot, który jeden spuszcza drugiemu).
– Constantine na pewno chciałby z nami pogadać w przyjacielskim gronie – ciągnął Greengrass – ale niestety muszą razem z Lyrą… poznaliście się z Lyrą, prawda? Co za głupie pytanie, nie siedzielibyście tutaj bez przedstawienia się… w każdym razie muszą wyjść.
Nott rzucił mu spojrzenie, które prawdopodobnie miało sugerować, że dobrze byłoby, gdyby Greengrass nie zdradzał swojemu nowemu najlepszemu przyjacielowi żadnych innych szczegółów. Rasmus się wyszczerzył, jakby cała sytuacja sprawiała mu wiele radości.
– Do następnego razu – powiedział Nott.
– Do zobaczenia Rasmusie, Verterze – powiedziała Lyra, o wiele bardziej entuzjastyczna niż jej mąż.
Chwilę później zabrała książkę, którą wcześniej odłożyła na stół, i ruszyła w stronę drzwi. Nott skinął głową i wyszedł za nią, zostawiając w salonie Greengrassa i nieco skołowanego Vernera.
– Nazwała cię Verterem, musiała cię polubić – zauważył Rasmus, śmiejąc się głośno.
– Polubić? – zdziwił się Verner, jakby zdarzyło mu się to po raz pierwszy w życiu.
– Znalazła dla ciebie bohatera. – Greengrass przestał się śmiać i wzruszył ramionami. – Nie musisz doceniać literatury. Jak poszła wizyta u moich znajomych?
Verner przez chwilę nadal był skołowany rozmową z Lyrą, ale zmiana tematu mu pomogła. Wyjął z kieszeni worek i pokazał go Greengrassowi, który początkowo nie wyglądał na zachwyconego, ale kiedy pierwsze przedmioty zaczęły wyłaniać się z niepozornego skrawka materiału, na twarzy Rasmusa wykwitł szeroki uśmiech.
– Dobry chłopak, poradziłeś sobie! – pochwalił, jakby na chwilę zapomniał, że Verner ma więcej niż osiem lat.
Przez chwilę w ciszy oglądał każdy przedmiot z osobna, najwięcej uwagi poświęcając koszmarnej porcelanie. Kiedy zauważył spojrzenie Vernera, wyjaśnił:
– Żonie na tym naprawdę zależało.
Verner nie odpowiedział. Czuł, że przychodzenie tutaj nie było najmądrzejszym, co w życiu zrobił. Mógł poczekać, aż Greengrass sam go odwiedzi, nawet jeśli umówili się, że Verner dostarczy skradzione przedmioty. Nie przewidział jednak, że wizyta w domu Greengrassów zmieni się w jakieś upiorne przedstawienie, które zaczynała właśnie przypominać. Chociaż może nie właśnie, już od chwili wejścia do salonu miał złe przeczucia. Nie miał jednak innego wyjścia, musiał teraz czekać, aż Rasmus – nadal zajęty porcelaną – pozwoli mu wyjść.
– Rozumiem, przyjacielu, że nie było żadnych przeszkód? – zapytał w końcu, przyglądając się Vernerowi z uwagą podobną tej, jaką kobra obdarza mysz, którą ma zamiar złapać.
– Żadnych – zapewnił Verner, dzielnie znosząc to spojrzenie.
– Świetnie! – Rasmus znów posłał mu szeroki uśmiech. – Jestem pewien, że inne zlecenia, które mam, pójdą ci tak samo sprawnie. Oczywiście zgromadzenie wszystkich informacji zajmie mi chwilę – dodał, kiedy zobaczył, że obietnica kolejnych zleceń wywołała na twarzy Vernera przebłysk radości, który szybko znikł pod maską obojętności.
Verner zacisnął szczękę. Miał nadzieję, że Greengrass od razu poda mu kolejny adres i wskaże kolejny cel, że nie będzie musiał opowiadać mu o Holly i Lettie, choć przecież nie tak dawno się do tego przygotowywał – w końcu za odpowiednią ilość złota mógłby kupić uzdrowiciela, nie musiał liczyć na pomoc Rasmua. Zwłaszcza, że jego szeroki uśmiech miał w sobie coś na tyle wilczego, że Verner nie chciał mówić mu więcej, niż było to konieczne. Greengrass nie był Lyrą Nott z jej nieco szalonym spojrzeniem; był kimś, kto wiedział, w jaką grę grają i to on wyznaczał w tym momencie zasady.
– Potrzebuję trochę złota – powiedział w końcu Verner. – Jak najszybciej. Nie znalazłoby się żadne zlecenie?
– Ależ oczywiście, przyjacielu, skąd ta nagła potrzeba? – zapytał jowialnie Rasmus.
– Moja córka jest chora – odpowiedział Verner możliwie obojętnie, a kiedy zdał sobie sprawę, że być może zabrzmiało to zbyt obojętnie, dodał: – Bardzo.
Greengrass przybrał zatroskany wyraz twarzy.
– Nie mówiłeś, że masz dzieci. Co z nią?
Verner poczuł się wręcz skrępowany, ale uznał, że skoro poruszył temat, to powinien kontynuować, nie zrażając się zachęcającym uśmiechem i czujnym spojrzeniem Rasmusa, który wyglądał, jakby chciał mu pomóc, ale przecież wystawił go, naraził na kłopoty i prawdopodobnie planował wciągnąć w kolejne. Verner opowiedział możliwie miało o całej sytuacji, ale Greengrass dopytał o to i o owo, więc obraz, który powstał w jego głowie, był stosunkowo kompletny. Kiedy Verner skończył mówić, Rasmus utrzymywał zatroskany wyraz twarzy.
– Nie wyobrażam sobie, żeby którejś z moich córek przytrafiło się coś takiego. I matka nie pozwala zabrać jej do uzdrowiciela? Mugole! – Pokręcił głową. – Oczywiście, że ci pomogę, przyjacielu. Ojcowie muszą się wspierać.
Nie sprawiło to jednak, że z ramion Vernera zniknął niewidzialny ciężar. Jeśli to możliwe, czuł się jeszcze gorzej niż przed rozmową. Nie miał wątpliwości, że Greengrass mu pomoże, ale wolał w tym momencie nie zastanawiać się nad ceną. Nie był pewien, czy powinien ją płacić; owszem, chciał pomóc Holly i uratować Lettie, ale jeszcze bardziej chciał uratować siebie i w tym właśnie momencie tego chciał najbardziej. Teraz jednak było już za późno. Zaraz padnie obietnica, padnie cena i Verner będzie mógł przestać myśleć, bo ktoś rozwiąże jego problem – prawdopodobnie dodając mu innych problemów.
– Załatwię ci najlepszego specjalistę z Munga – obiecał Greengrass. – Umówię was, kiedy tylko dopełnisz swoją część umowy.
– Co mam zrobić?
– Och, nic trudnego. – Uśmiech Greengrassa wrócił na miejsce. – Będziesz musiał odwiedzić swoich byłych pracodawców i zabrać parę drobiazgów, które nie powinny były do nich trafić. Wiesz, że czasy stają się coraz ciekawsze, prawda, przyjacielu? Wielu czarodziejów będzie musiało dokonać wyboru, ale myślę, że o twój wybór nie musimy się martwić, prawda, Vernerze?
Verner skinął głową. W końcu nikt nie pytał go o opinię, Greengrass chciał się jedynie upewnić, że jego słowa są dla Vernera jasne. I były. Po Nokturnie od czerwca chodziły przeróżne wieści, wszystkie koncentrujące się na tym, że Czarny Pan powrócił. Wielu w to nie wierzyło, ale Borgin powtarzał, że to tylko kwestia czasu, a kiedy wieść gruchnęła po raz pierwszy, stary autentycznie nie mógł powstrzymać uśmiechu, który bardziej przypominał grymas bólu niż oznakę wesołości. Podejrzewał, że obroty wzrosną, ale najwyraźniej coś poszło nie tak, skoro Greengrass chciał działać za plecami Borgina.
– To wszystko? – upewnił się Verner.
– To pierwsza część twojego zadania – poprawił go Rasmus. – Kiedy już zbierzesz wszystko to, o co cię poproszę, zaniesiesz to kilku osobom, zachowując się przy tym z najwyższą uprzejmością. Wiem, że mogę na ciebie liczyć, przyjacielu. Będziesz doskonałym posłańcem.
– Rozumiem – mruknął Verner.
– Oczywiście przekażesz im wszystkim moje pozdrowienia i poinformujesz, że dostarczasz… nazwiemy to dowodami lojalności. Co o tym myślisz, przyjacielu? – zapytał Greengrass, ale kontynuował, zanim Verner mógł odpowiedzieć: – Wszyscy powinni być zadowoleni, a ty dostaniesz swojego uzdrowiciela. Myślę, że to sprawiedliwy układ.
– Tak, jasne – odpowiedział Verner, który mógłby polemizować z tym stwierdzeniem, ale nie sądził, by dało to jakiś efekt. Greengrass mógłby przez to wycofać się z danego słowa i nie kontaktować się z żadnym uzdrowicielem.
– Wiedziałem, że się dogadamy – stwierdził radośnie Rasmus.
Verner nie podzielał jego radości. Zdawał sobie sprawę, że właśnie nie tylko stał się całkowicie zależny od Greengrassa, lecz także oddał swój los w ręce jednej z opcji politycznych – i to tej, która wcale nie miała poparcia większości społeczeństwa. Szanse na to, że wyjdzie z całej tej sytuacji obronną ręką, zaczynały sięgać zera i nawet myśl, że uratuje życie Lettie, nie poprawiała jego nastroju. W końcu teraz Rasmus wiedział o jej istnieniu i mógł ją wykorzystać, żeby wywrzeć na Vernerze nacisk. Nie żeby musiał. W dużej mierze stał się panem Vernerowego losu i pozostawało tylko mieć nadzieję, że Greengrass był na tyle dobrym graczem, by obaj przetrwali zawieruchę, w centrum której niewątpliwie się znajdą, nawet jeśli obaj nie mrugnęliby nawet okiem, gdyby mieli zdradzić tego drugiego.
Wszystko to sprawiało, że Verner tęsknił za Burke’ami – nawet jeśli jeden z nich był opryskliwy, a drugi gburowaty – oraz za Borginem. Nie sądził, że czas, kiedy dla nich pracował, będzie mu się kiedykolwiek wydawało równie beztroski i wspaniały.

Advertisements
09. cena prawdy

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s