08. prawda

W nocy Verner poświęcił sporo czasu na myślenie o tym, czego może chcieć od niego Greengrass. Może to wszystko było niefortunnym zbiegiem okoliczności, może facet sam był przejęty, bo nie udało mu się zatrzymać tych mugoli – to musieli być mugole, musieli – na dłużej. Może słonie latały po niebie w strojach baletnic. Około trzeciej w nocy doszedł do wniosku, że Greengrass chciał mu pokazać, że nie będzie się z nim cackał. Chciał, żeby Verner się bał nie tyle jego osoby, co raczej nieuchronnie nadciągającej katastrofy. Verner mógł to zrozumieć, choć ani trochę mu się to nie podobało. Nie mógł nawet mieć do siebie pretensji, bo nie pracował dla niego na własne życzenie. Z drugiej strony – nie sprzeciwił się i nie próbował walczyć, a teraz, nocą, wydawało się to całkiem logicznym rozwiązaniem. Greengrass nie wyglądał na takiego, który się często bił. Gdyby tylko w pobliżu nie było Notta i gdyby wytrącić mu różdżkę, i gdyby…
Verner prychnął, choć wiedział, że nie usłyszy odpowiedzi. Takie myślenie nie prowadziło do niczego dobrego. Z drugiej strony – to nie tak, że mógł bez problemu zakręcić jakiś zawór, który pozwalał tym myślom zalewać jego mózg, i iść spać. Dlatego właśnie leżał przez dłuższy czas i patrzył w sufit. Czuł się źle, jakby jakikolwiek ruch mógł wywołać mdłości, a tylko patrzenie w sufit gwarantowało, że świat nie przekręci się o sto osiemdziesiąt stopni.
– Starzejesz się – mruknął do siebie, pocierając twarz otwartą dłonią.
Świat się nie przekręcił.
Nikt też nie zaprzeczył, więc myśli Vernera popłynęły wartkim nurtem w kierunku rozważań o zmianie przeszłości, nieuchronnego potoku gdyby i jeśli, w którym łatwo było się utopić. Przez chwilę zastanawiał się, czy czułby się tak źle, gdyby Greengrass i Nott nigdy nie zjawili się w jego mieszkaniu; potem jednak poszedł o krok dalej i zaczął się zastanawiać, jak wyglądałoby życie, gdyby nie spotkał Borgina i Burke’a. Początkowo wyobrażenie było nieostre, wyblakłe i niedoskonałe, potem jednak układał poszczególne, drobne elementy, obracając je uprzednio w myślach, jakby były puzzlami. Wyobrażał sobie porządną pracę, duży dom i piękną żonę bez twarzy – żadnej twarzy, nie próbuj nawet – szykująca mu obiad z uśmiechem na ustach, których nie było. Widział talerz pełen jedzenia, widział schnące za oknem pranie, widział jakieś kwitnące paskudztwo na parapecie i tylko pilnował się, żeby nie zobaczyć jej twarzy.
Nie chodziło nawet o to, że Holly, której twarz bał się zobaczyć, była miłością jego życia i niedoścignionym ideałem. Nie była i oboje o tym świetnie wiedzieli – spełniała po prostu pewne warunki, które Verner uważał za ważne przy wybieraniu kobiety na dłużej niż parę tygodni. Umiała gotować i sprzątać – samo to sprawiało, że wyprzedzała konkurentki obdarzone większym biustem, choć oczywiście nie oznacza to, że nie miała się czym pochwalić. Ale Holly po prostu była wygodna w sposób, w jaki Ruth i inne jej poprzedniczki nigdy wygodne nie były. Tyle. Nie wyobrażał sobie, że wspólnie się zestarzeją, ba, nie wyobrażał sobie nawet, że będą mieli dziecko.
W wyobrażaniu Vernera, jak na wezwanie, pojawiło się dziecko w wieku Lettie, ale kiedy otworzyło usta – wydobył się z nich ogłuszający pisk, nieco przypominający dźwięk wydawany przez szyszmorę. Verner natychmiast otworzył oczy i jeszcze raz przejechał dłonią po twarzy, jakby odpędzając od siebie resztki wyobrażenia. Takie marzenia mogły być przyjemne przez parę minut, ale kiedy już się rozpływały i kiedy zaczynał sobie wyobrażać, jak bardzo by się dusił w takich relacjach, jak bardzo ograniczałyby one jego swobodę i jak bardzo zmuszałyby go do zmian – nie miał ochoty do nich wracać. Marzenia były dobre w środku nocy, ale tylko wtedy, gdy pozostawały marzeniami.
Nie był pewien, kiedy właściwie usnął, ale obudziło go coś, co wylądowało na jego brzuchu. Od razu poderwał się do pozycji siedzącej i skrzywił się, widząc Freda, który stał pod przeciwległą ścianą i rozglądał się po pomieszczeniu z miną zdradzającą, co myślał o zdolnościach dekoratorskich Vernera.
– Co to jest? – zapytał Verner, patrząc na zawiniątko, które wylądowało mu na brzuchu.
– Trzy hamburgery – odpowiedział Fred. – Nie miałem pojęcia, czy będziesz miał tu coś do jedzenia.
Verner wzruszył ramionami i zaczął odwijać pierwszą kanapkę z papieru.
– Masz tu kawę? – zapytał Fred.
– A jak ci się wydaje? – mruknął Verner, przeżuwając pokaźny kęs.
– Herbatę?
– Powinna jeszcze być. – Po chwili skończył pierwszego hamburgera i postanowił skupić się na sprawach ważniejszych: – Co tu robisz, Freddie?
– Chciałeś się dowiedzieć, co jest małej – odpowiedział, jednocześnie krytycznie przyglądając się zawartości szafki.
– No to po co to zawracanie głowy hamburgrami, Freddie? Mów.
Verner wstał i podszedł do niego, jakby liczył, że zmniejszenie dystansu sprawi, że informacja szybciej dotrze do jego uszu. Reklamówkę z hamburgerami nadal trzymał w ręku, ale nie zabierał się za drugą kanapkę.
– Nie wolisz najpierw czegoś zjeść?
– Nie jesteś moją cholerną matką! Mów!
Fred westchnął i usiadł na krześle, obrzuciwszy je nieufnym spojrzeniem. Prawdopodobnie nie podobały mu się podejrzanie wyglądające plamy, które pozostawiło na nim różnego rodzaju jedzenie. Verner czasami myślał o tym, że powinien przypomnieć sobie, jak brzmiało zaklęcie czyszczące, ale teraz jego głowę zaprzątały całkiem inne myśli.
– Wiesz, co to są geny? – zapytał Fred, a kiedy Verner pokręcił głową, kontynuował: – No dobra, ja też nie bardzo. Ale chodzi o to, że jak jest dziecko, to ono dostaje coś od matki i od ojca. Te, no, geny – dodał, kiedy zauważył głupią minę Vernera. Odpowiedziało mu powolne kiwanie głową. – I wiesz, one odpowiadają za mnóstwo rzeczy, cholera, mugole są naprawdę łebscy, że to odkryli.
– Ale co to ma wspólnego z małą? – zapytał Verner, na dobre porzuciwszy już hamburgera.
– W jej przypadku coś poszło nie tak właśnie z tymi genami – powiedział Fred, zabierając z rąk przyjaciela reklamówkę i wgryzając się w jedną kanapkę.
– Jak to poszło nie tak? Nie żryj, kiedy mówisz!
Fred wzruszył ramionami i przełknął kęs hamburgera.
– Nie wiem, było napisane, że genetyczna wada serca. Przykro mi, stary, ale to nie wyglądało dobrze.
Verner przez chwilę milczał, utkwiwszy spojrzenie w podłodze, potem w ścianie, a w końcu w kolanie Freda. Nie bardzo wiedział, co ma powiedzieć, ale zdawał sobie sprawę, że coś powinien. Wszystko w nim rwało się, żeby wstać i wyjść, żeby znaleźć Holly i zmusić ją do udzielenia mu wyjaśnień, ale jednocześnie czuł, że wszystkie jego kończyny są zbyt ciężkie, żeby mógł się ruszyć.
– Czyli… co? – zapytał w końcu.
– Nie wiem, powinieneś pogadać z jej matką – odpowiedział Fred. – Nie znalazłem o wiele więcej, a to, co było w teczce, którą przeglądałem, nie dało się zrozumieć. Jak chcesz, to sam się do niej włam i sprawdź, musisz iść na piętro i…
– Nie mam zamiaru się do niej włamywać – warknął Verner.
Najwyraźniej podjął decyzję, bo wstał i, ubrawszy się w to, co poprzedniego dnia w pośpiechu z siebie zrzucił, ruszył w kierunku drzwi. Po chwili zatrzymał się, sprawdził, czy ma różdżkę w kieszeni, a potem wrócił po ostatniego hamburgera i rzuciwszy jakieś zdawkowe pożegnanie, wyszedł.
Jakieś dwa papierosy później znalazł się pod drzwiami domu Holly. Im więcej czasu mijało od momentu rozmowy z Fredem, tym bardziej się zastanawiał, czy powinien tak po prostu zjawiać się na progu i żądać wyjaśnień. Zastanawiał się też, czy nie powinien wychylić jednego na odwagę, ale na to było już za późno. Podniósł rękę i zapukał.
Przez chwilę panowała cisza i już, już miał sobie iść, uznawszy, że cała rodzina wyszła na jeszcze jeden spacerek – albo może do pracy, to była niedziela czy poniedziałek?, przemknęło Vernerowi przez myśl, bo ostatnich kilka dni zbiło się w jego pamięci w jeden, niezwykle długi i wyczerpujący dzień. Zanim jednak zdołał przekonać samego siebie, że powinien odejść i wrócić później, drzwi się otworzyły. Tym razem nie stała za nimi Lettie ani nawet Holly. Nie, stał za nimi ten mugol, za którego Holly wyszła.
– Jest Holly? – zapytał Verner, czując przypływ niechęci w stosunku do niego.
– Wyszła na zakupy – odpowiedział, marszcząc lekko czoło, jakby próbował sobie przypomnieć, w jakich okolicznościach widział Vernera w przeszłości.
Verner jednak pokiwał tylko głową i, nie czekając, aż mugol powie coś więcej, ruszył w stronę parku, w którym ostatnio spędzał zdecydowanie za dużo czasu. Kiedy tam dotarł, uznał, że nie ma żadnej gwarancji, że Holly będzie szła tamtędy, i wrócił na jej ulicę, ale stanął w bezpiecznej odległości od domu; w końcu nie chciał się rzucać w oczy mugolowi. Zapalił papierosa i zaczął przestępować z nogi na nogę, choć wiedział, że w żaden sposób nie sprawi to, że Holly szybciej wróci. Verner nie był jednak szczególnie cierpliwym człowiekiem i zdecydowanie wolał działanie niż czekanie.
W końcu ją zauważył. Szła z naprzeciwka, niosąc trzy wypełnione po brzegi torby z logo jakiegoś supermarketu. Nie było z nią dzieci, co Verner uznał za sprzyjającą okoliczność.
– Cześć – powiedział, zastępując jej drogę.
Holly zatrzymała się i podniosła wzrok. Z jej miny można było wnioskować, że nie cieszyło jej to spotkanie.
– Czego jeszcze chcesz?
– Na co mała jest chora? – zapytał szybko, zanim jej chłodna reakcja go zniechęciła. Rozmowy z nią nie należały do jego ulubionych zajęć, szczególnie teraz, kiedy robiła wszystko, żeby nie udzielić mu żadnych informacji.
– Naprawdę cię to interesuje? – westchnęła, stawiając torby na chodniku. – Mówiłam już, że nie chcę, żebyś wchodził w jej życie. Dla jej dobra i dla twojego własnego.
– Nie obchodzi cię moje dobro – warknął.
– Po prostu… zostaw to ludziom, którzy dojrzali do tego, by zajmować się czymś… – Machnęła rękoma, jakby stała się zakreślić koło, ale w połowie zrezygnowała i tylko nimi potrząsnęła. – Czymś poważnym – dokończyła.
Verner przez chwilę świdrował ją wzrokiem. Nie uważał tego za normalne; Holly była od niego dwa lata młodsza, ale nagle okazało się, że znajdowała się w zupełnie innym miejscu niż on – była żoną i matką, miała obowiązki, o których nawet nie chciał myśleć, zupełnie inne cele i nadzieje. Nie łączyło ich już nic poza Lettie i właśnie ze względu na nią Verner przełknął tę obelgę. Został uznany – słusznie bądź niesłusznie – za niedojrzałego i niepoważnego, ale nie miał zamiaru kłócić się z nią o to, jak go postrzega.
– Nadal mam prawo wiedzieć – zaryzykował. Nie znał się na mugolskim prawie, ale domyślał się, że to był celny strzał, bo Holly wzniosła oczy ku niebu i zrobiła głęboki wdech.
– Dlaczego? – zapytała cicho.
Kiedy tak stał i czekał, próbował się przygotować na tego rodzaju pytanie, ale nigdy nie był najlepszy w dobieraniu słów tak, by wydawało się, że znaczą o wiele więcej, niż znaczyły w rzeczywistości. Nie opracował skomplikowanych wyznań, nie zaplanował niezwykle trafnego monologu, który zmiękczyłby serce Holly.
– Chcę wiedzieć – powiedział w końcu, wzruszając lekko ramionami. – Może mógłbym pomóc.
– Nie sądzę – odpowiedziała chłodno. – Vernerze, doceniam, że się starasz, ale nie możesz nic zrobić.
Verner przez chwilę milczał. Nie do końca rozumiał to, co powiedział mu Fred, a Holly nie oferowała żadnych nowych informacji. W końcu zdecydował się na zmianę podejścia.
– Ta druga też to ma?
– Susie? Nie, nie, tylko Lettie.
– Czyli to moja wina, tak? – upewnił się Verner, patrząc gdzieś ponad ramieniem Holly.
Nie czuł się szczególnie winny, bo nie wiedział, na czym dokładniej jego ewentualne przewinienie mogłoby polegać, ale nie chciał też patrzeć na nią w tym momencie. W końcu skoro ta druga była zdrowa, to wydawało się jasne, że to on w jakiś sposób zawinił. Dał jej złe geny czy o czym tam innym Fred mówił. A teraz okazywało się, że mała jest wybrakowana czy w inny sposób niedorobiona. Przeniósł spojrzenie na Holly, żeby powstrzymać się przed dalszym podążaniem tym tokiem myślowym.
– To nie jest niczyja wina – odparła, a jej głos brzmiał tak, jakby wypowiadała tę kwestię po raz setny.
Przez chwilę milczeli, po czym Holly zerknęła na zegarek, chwyciła za torby z zakupami i chciała wyminąć Vernera, ale ten jej na to nie pozwolił.
– Naprawdę nie mogę nic zrobić? – zapytał, chwytając ją za nadgarstek.
Holly wyszarpnęła rękę, co nie było łatwe ze względu na ilość zakupów, które mogły się przy okazji wysypać.
– Naprawdę uważasz, że gdybyś mógł zrobić cokolwiek, żeby jej pomóc, to nie poruszyłabym każdego kamienia w Londynie, żeby cię znaleźć?! – krzyknęła, najwyraźniej mocno już poirytowana.
Verner nie chciał jej mówić, że gdyby nie chciał zostać znaleziony, to przetrząśnięcie całego miasta nic by jej nie dało; istniały w końcu pewnego jego części, do których mugole tacy jak Holly nie mieli dostępu. Uniósł więc brwi i czekał, aż powie coś więcej. Przez długi czas Holly milczała, skrupulatnie unikając jego spojrzenia, ale w końcu zdecydowała się przerwać ciszę – być może dlatego, że zdawała sobie sprawę, że żadne z nich nie odejdzie, póki nie skończą tej dyskusji.
– Nie wiem, ile wiesz na temat genetyki… – zaczęła.
– Załóżmy, że nie wiem nic – wtrącił szybko Verner. – Wytłumacz mi.
Holly westchnęła i, ponownie postawiwszy torby na chodniku, w możliwym skrócie wyjaśniła całą sprawę. Verner przytakiwał, choć nie wszystko rozumiał; nie chciał jednak zaburzać jej toku opowieści czy, nie daj Merlinie, doprowadzić do kolejnego ataku wściekłości lub do płaczu. Nie rozumiał zwłaszcza tego całego gadania o genach, a wyobrażanie sobie komórek rosnących do rozmiaru dziecka – rosnących wewnątrz Holly – sprawiało, że naprawdę żałował, że rano nie zdążył się napić. Czuł, że ta rozmowa byłaby o wiele bardziej przyswajalna, gdyby nie był w pełni trzeźwy. Albo przynajmniej gdyby nie był głodny. W którymś momencie zerknął na torby Holly i zauważył, że na samym wierzchu leżały ciasteczka. Wątpił jednak, by była aż tak zaangażowana w tłumaczenie mu zawiłości genetyki i opowiadanie o ponadpięciogodzinnym porodzie – naprawdę nie chciał o tym myśleć – by nie zauważyła, że zabrał jej ciasteczka. Zdał sobie sprawę też z tego, że powinien słuchać uważniej, ale Holly wspominała teraz karmienie Lettie piersią i choć Verner lubił piersi, to o tym też wolał nie myśleć. Przez chwilę obserwował kota, który nieopodal próbował zapolować na gołębia, a potem zdał sobie sprawę, że zupełnie nie miał pojęcia, jak rozmowa zeszła na opowieść o pielęgniarce, która piekła cynamonowe ciasteczka w czerwcu. Musiał mieć wyjątkowo dziwny wyraz twarzy, bo Holly przerwała.
– Nie masz pojęcia, o czym mówię – stwierdziła poważnie, a kiedy Verner nie odpowiedział, tylko przybrał odpowiednio skruszoną minę, westchnęła z rezygnacją. – Nie wiem, dlaczego próbuję. Nie zmienisz się. Nie interesuje cię nic i nikt poza tobą samym.
– Nie, nie – zaoponował Verner. – Cholera, słuchaj, naprawdę chcę coś zrobić.
– Posłuchaj – zaczęła Holly, a jej głos pasowałby raczej do zmęczonej czterdziestolatki. – Wróć tam, skąd przyszedłeś, do swojego idealnego albo nieidealnego życia, po prostu zapomnij o nas i spróbuj zrobić coś dla siebie. – Przerwała na chwilę i położyła mu rękę na ramieniu. – Jeśli masz wyrzuty sumienia, to możesz przestać, naprawdę… nic nie możemy zrobić, wiemy, jak to się skończy i powinieneś w ogóle zapomnieć, że nas widziałeś, to nasza sprawa i…
– Na pewno nic? – zapytał po części po to, żeby przerwać jej monolog, który niespecjalnie mu się podobał, po części po to, żeby się upewnić, czy naprawdę wykorzystała wszystkie możliwości.
Holly potwierdziła, ale wtedy w głowie Vernera zrodził się pomysł. Coś, o czym Holly na pewno nie pomyślała, bo po prostu nie mogła pomyśleć. Święty Mungo.
– Słuchaj, jest jedno miejsce, gdzie… – zaczął, ale zdał sobie sprawę, że nie może powiedzieć nic więcej. Przecież nie zabierze jej ze sobą do Munga. – Gdybym przyprowadził medyka, mógłby przebadać małą?
– Nie wierzysz, że zrobiłam wszystko, co mogłam zrobić? – krzyknęła. – Jesteśmy zadłużeni, bo odwiedzaliśmy wszystkich specjalistów, do jakich tylko udało nam się dotrzeć. Robiliśmy wszystkie możliwe badania. Nie mam pojęcia, dlaczego miałabym się zgadzać, żeby ktoś obcy badał moje dziecko tylko dlatego, że masz takie widzimisię!
– Ale gdyby istniała szansa…
– Ale nie istnieje!
W oczach Holly pojawiły się łzy i Verner żałował, że w ogóle pytał ją o zdanie. Może prostsze byłoby po prostu porwanie? Nie, to okropny pomysł. Powinien ją po prostu przekonać, nawet jeśli by oznaczało dawanie jej nadziei, której najwyraźniej nie chciała w obawie, że po raz kolejny się zawiedzie, że kolejny raz przyjdzie jej się godzić z myślą, że krótki czas, który pozostał Lettie, niemiłosiernie upływa. O ile z czymś takim można się pogodzić. Verner nie był pewien, ale podejrzewał, że nie; podejrzewał też, że w Holly włączył się jakiś system obronny, który musi wyłączyć odpowiednimi argumentami.
– Posłuchaj, to tylko jedna wizyta.
– U kogo?
– Co? – zdziwił się Verner, który nie podejrzewał, że Holly będzie zadawała jakiekolwiek pytania. Spodziewał się raczej, że uprze się i będzie torpedować każdą jego sugestię.
– Podaj mi nazwisko lekarza, o którym mówisz. Możliwe, że już u niego byliśmy.
– Um, nie pamiętam teraz – wybąkał, świadomy, że nie zyskuje właśnie punktów dla swojej sprawy. – Mógłbym ci je podać później?
– Jeśli musisz – westchnęła Holly. – Ale proszę, nie angażuj się w to aż tak. Radzimy sobie. Nie musisz dołączać do grupy osób, które będą miały złamane serce, kiedy… potem.
Otarła łzy wierzchem dłoni, a Verner nie miał pojęcia, co powinien zrobić z oczami. Nie wiedział też, co powinien powiedzieć, ale w jego głowie kiełkował już plan. Pokiwał głową, kiedy Holly zdawkowo się z nim pożegnała, najwyraźniej pewna, że to nie koniec tematu.
– Odezwę się – powiedział i wyciągnął papierosa, kiedy Holly i jej torby z zakupami dość szybko zaczęły się od niego oddalać.

Advertisements
08. prawda

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s