07. poszukiwanie prawdy

Rano Verner czuł się bardziej jak ludzka istota; jak znajoma, niespecjalnie dobra, ale nieskomplikowana ludzka istota, która nie chciała mieszać się w cudze życie i w ogóle niewiele potrzebowała do życia. Jak ludzka istota, którą lekko ćmiła głowa i która czuła się całkiem zadowolona, bo jej dłoń zaciskała się na dość ponętnej piersi leżącej obok niego Ruth.
Uniósł lekko głowę i rozejrzał się wokół. Zegarek wskazywał, że dochodziło południe, więc z powrotem położył się na łóżku. Greengrass powiedział, że mieszkańcy domu, który miał dziś odwiedzić, wyjdą dopiero wieczorem, więc przed szesnastą nie ma po co wstawać. Przez myśl przemknęło mu, że być może powinien był odmówić, ale szybko odepchnął od siebie ten pomysł. Nie ufał Greengrassowi, ale jednocześnie wierzył, że gdyby nie był mu potrzebny, to Rasmus by do niego nie przychodził. Nie wiedział jednak, ile czasu minie, nim ten stan rzeczy ulegnie zmienia i Greengrass znajdzie sobie innego chłopca na posyłki.
– Śniadanie? – zapytała sennie Ruth.
– Za wcześnie, leż jeszcze – mruknął Verner, który nie miał ochoty na jej kawę czy jajecznicę. Nie miał też ochoty na tosty czy cokolwiek innego, co mogłaby mu podać.
– Która godzina? – nie ustępowała.
– Ósma. Śpij – odpowiedział.
Ruth jednak była najwyraźniej na tyle rozbudzona, by podnieść rozczochraną głowę i popatrzeć na zegarek. Posłała mu poirytowane spojrzenie, kiedy stało się jasne, że ją okłamał. Verner wzruszył ramionami – nie pierwszy i nie ostatni raz – po czym położył rękę na jej karku i przyciągnął ją do siebie, całując lekko. Ruth się nie wyrywała, co świadczyło o tym, że w rzeczywistości nie była tak zła, za jaką chciała uchodzić. Pogłębiła pocałunek i po paru chwilach stało się jasne, że przez najbliższy kwadrans żadne z nich nie wstanie i nie będzie choćby myślało o śniadaniu.
Vernerowi udało się później zapaść w krótką drzemkę, ale Ruth najwyraźniej zdecydowała, że ma dość snu i pilnie potrzebuje prysznica. Kiedy jednak stało się jasne, że zaczęła przygotowywać śniadanie, Verner pojął, że nie ma wyboru. Najciszej, jak tylko mógł, założył ubrania, w których przyszedł poprzedniego wieczoru, zabrał swoje papierosy i upewniając się, że drzwi do kuchni są zamknięte, wyszedł z mieszkania. Dawno już czegoś takiego nie robił i przemknęło mu nawet przez myśl, że Ruth zasłużyła na coś lepszego, ale przypomniał sobie, że poprzedniej nocy dał jej trochę biżuterii, więc powinna jakoś przeżyć jego nieobecność na śniadaniu.
Pod klatką schodową zapalił papierosa i ruszył w stronę przystanku autobusowego. Dzień był pochmurny, ale nie zanosiło się na to, by w najbliższym czasie miało padać. Verner pomyślał, że idealnie by się złożyło, gdyby deszcz spadł późnym wieczorem, zacierając tym samym wszystkie jego ślady. Nie mógł jednak wpływać na zjawiska atmosferyczne, podobnie jak nie mógł wpływać na inne sprawy – między innymi na stan zdrowia Lettie, który znów zagościł w jego myślach. Jasne, postanowił nie mieszać się do jej życia, ale było to łatwe postanowienie, kiedy tkwiło się w czyimś łóżku i myślało nie mózgiem, ale innymi częściami ciała. Teraz zaczął się zastanawiać, czy zwykła ludzka przyzwoitość, której do tej pory nie okazywał za wiele, nie wymagała od niego, żeby się dowiedział, co właściwie się działo.
Zaklął i, zdeptawszy peta, ruszył na inny przystanek, z którego mógłby dojechać do Freda. Fred mieszkał w idealnie nijakim budynku na nijakiej ulicy w nijakiej dzielnicy. Był z tego dumny, bo tylko to – jak twierdził – pozawalało mu wtopić się w tłum mugoli. Verner za każdym razem prychał, więc Fred posyłał mu spojrzenie pełne politowania i tłumaczył, że kiedy Verner przestanie bawić się w te swoje kradzieże, to zrozumie, że Fred realizuje o wiele lepszy sposób na życie. Dywagacje tego rodzaju kończyły się oczywiście, gdy tylko w butelce zabrakło whisky albo gdy któryś wyciągnął różdżkę, gotowy walnąć drugiego jakimś bardziej zabawnym niż szkodliwym zaklęciem. Szanse na to, że dojdą do porozumienia, były dość nikłe.
Verner jednak nie musiał dochodzić do żadnego porozumienia z Fredem. Kiedy zastukał do jego drzwi, był zdeterminowany i wiedział, że nie da się wyprosić, póki nie zmusi przyjaciela, żeby się zgodził.
– To druga wizyta w ciągu tego tygodnia – zauważył Fred, otwierając drzwi. – Nie mów, że umierasz.
– Ja nie – odpowiedział Verner, wchodząc do salonu. Usiadł na skórzanej kanapie i zarzucił nogi na niski stolik do kawy.
– Buty – syknął Fred.
– Wiesz, Freddie, zachowujesz się gorzej niż baba. – Verner posłał mu karcące spojrzenie. – Naprawdę powinieneś sobie jakąś znaleźć, może wtedy nie chodziłbyś po domu w niedzielę w fartuchu z falbankami.
Fred wzruszył ramionami.
– Prezent od matki – wyjaśnił. – O co chodzi?
Verner spojrzał na niego poważnie i machnął brodą w kierunku fotela. Fred usiadł, ale wcześniej wymamrotał coś pod nosem o zakichanych kumplach, którzy mają problem z jego fartuchem, a obiad to na pewno zjedliby z ochotą.
– Jesteś mi potrzebny.
Spojrzenie Freda przez moment zdradzało jego zaskoczenie, ale potem wybuchnął śmiechem.
– Myślałem, że od tego masz Ruth – odpowiedział zbywająco.
– Nie o to mi chodzi – warknął Verner.
– Wiem, ale nie mam zamiaru pomagać ci w tym, o co ci chodzi.
– Nawet nie wiesz…
– Wiem, że mi się to nie spodoba – stwierdził Fred. – Słuchaj, udało mi się wyrwać z tego wszystkiego, mam porządną pracę. Nie potrzebujesz mnie.
– Nie chodzi o nic nielegalnego – zapewnił Verner. – Chodzi o Holly.
– Porwania nielegalne, jeśli to masz na myśli.
– Nie, masz się włamać do jej domu i dowiedzieć się, na co choruje Lettie.
– Stary, a nie przyszło ci do głowy, żeby zapytać? – zdziwił się Fred, drapiąc się po czole. Miał naprawdę głupią minę, jakby był przekonany, że jego przyjaciel oszalał do reszty.
– Obiecałem, że tam nie wrócę – wyjaśnił spokojnie Verner.
– W takim razie po co ci ta wiedza?
Verner nie odpowiedział. Patrzył na Freda chłodno i milczał z uporem.
– W porządku, nie mów mi – westchnął Fred. – Ale jeśli za tydzień wpadniesz do mnie pożyczyć ten fartuch, bo będziesz smażyć naleśniki na rodzinne śniadanie, to nie licz…
– Zamknij się, nie będzie żadnych rodzinnych śniadanek. Chcę tylko wiedzieć, co jest małej. Zapłacę ci.
Fred przez chwilę patrzył na niego, jakby liczył, że w oczach, w kącikach ust lub w ułożeniu rąk znajdzie odpowiedź, ale nic z tego. Verner wyglądał tak samo jak zwykle. Fredowi przyszło do głowy, że być może szukanie odpowiedzi w mowie ciała w ogóle było nietrafionym pomysłem, ale nie mógł oprzeć się wrażeniu, że za tym głodem wiedzy czaiło się coś jeszcze, o czym Verner nie mówił.
– Jesteś pewien? – zapytał w końcu. – Nie powinieneś się przywiązywać, jeśli wiesz, że mała umrze.
To sprawiło, że na twarzy Vernera pojawiło się w końcu coś, co zdradzało jego emocje. Zmarszczył brwi i wysunął nieco brodę, jakby chciał, żeby jego słowa zabrzmiały wyzywająco:
– I uważasz, że to twoja sprawa, bo…? – Po chwili milczenia dodał: – Nie zrozum mnie źle, Freddie, jesteś moim kumplem, ale nie będę ci nic tłumaczył. Chcę wiedzieć i tyle. Pomożesz mi czy nie?
– Pomogę – odpowiedział w końcu Fred. – Ale wiedz, że mi się to nie podoba.
Verner skinął głową, po czym wyjaśnił, czego dokładniej oczekuje. Kiedy wychodził z mieszkania jakieś pół godziny i jedno mugolskie piwo później, był w lepszym nastroju. Odczuwał już przyjemne podniecenie, którego ogarniało go zawsze tuż przed tym, jak miał wyruszyć do jakiegoś obcego domu i zabrać coś cennego. Tym razem nie był to jednak późny Renoir, ale Verner był przekonany, że kolekcja gospodarzy domu, który odwiedzi, będzie znacznie większa i, być może, uda mu się zabrać coś więcej niż – Merlinie! – komplet talerzy dla pani Greengrass. I wazę, pamiętaj o wazie, kobiety zawsze chcą wazę i chrzanioną sosjerkę; jakby bez tego świat miał się im zawalić, pomyślał. Nie planował dzielić się tymi myślami z Greengrassem. Jakoś nie mógł sobie wyobrazić ich dwóch ucinających sobie przyjacielską pogawędkę w jednym z tych mugolskich klubów z alkoholem i striptizem, które tak przerażały Freda. Greengrass mógł sobie mówić, co chciał, o ich przyjaźni, ale Verner dobrze wiedział, że oberwie Avadą, gdy tylko przestanie być potrzebny – i żadna przyjaźń go przed tym nie uchroni.
Wrócił do swojego mieszkania i zjadł kanapkę z jakimś podejrzanym produktem, który kiedyś był chyba twarożkiem. Każdy kęs starannie przeżuwał, chociaż myślami był gdzie indziej. Przez chwilę zastanawiał się, czy Fred dotrzyma słowa; nie miał powodów, by w niego wątpić, ale być może jakaś część jego samego nie chciała wiedzieć. Teraz jednak było za późno, żeby wszystko zatrzymać. Poza tym ta część, która wolałaby nie wiedzieć, nie była częścią dominującą. Większość Vernerowego mózgu musiała wiedzieć.
Przełknął ostatni kęs i przez myśl przeszło mu, że Holly na pewno ugotowała dla swojej rodziny coś smacznego. Żałował, że nie wprosił się na niedzielny obiadek, ale miał świadomość, że byłoby to przekroczenie pewnej granicy, której przekraczać nie chciał. Dlatego właśnie musiał zadowolić się tą twarożkopodobną substancją.
Wyciągnął z kieszeni listę, którą dał mu Greengrass. Tym razem nie patrzył jednak na wyszczególnione punkt po punkcie obiekty, które miał zabrać, ale na wskazówki dotyczące lokalizacji domu. W końcu stało się jednak jasne, że nie wyciśnie z karteczki żadnych informacji, których nie miał już wyrytych w pamięci. Schował ją i sprawdził, czy różdżka nadal tkwi w wewnętrznej kieszeni. Była tam, a w kieszeni obok, również wewnętrznej – worek, który już dawno dali mu Borgin i Burke. Verner nie miał zamiaru go oddawać. W jednej z kieszeni zewnętrznych wylądowały fiolki z najpotrzebniejszymi eliksirami (usypiającym, imitujący niezwykle gęstą mgłę, powodującym zrastanie się kości oraz wielosokowym, który miał już swoje lata i Verner podejrzewał, że nie zadziała, ale nie przeszkadzało mu to nosić płynu ze sobą; traktował go bardziej jak talizman szczęścia niż ostatnią deskę ratunku, którym – zdaniem Borgina – płyn miał być). W drugiej, kiedy zegar wskazywał stosowną porę, schował owinięte w plastikową reklamówkę pęto kiełbasy.
– Jakiś cholerny pchlarz znów dostanie mój obiad – mruknął do siebie. Miał cichą nadzieję, że tym razem nie trafi na żadnego psa i wróci do domu nie tylko z tym, po co Greengrass go wysłał, lecz także z kiełbasą.
Jego sytuacja nie byłaby tak dramatyczna, gdyby pamiętał o zrobieniu zakupów. W końcu w którejś z szuflad musiało leżeć jeszcze parę funtów i parę galeonów. No i spora ilość złota, która chciała trafić w dobre ręce. Musi się tym zająć w poniedziałek. Teraz jednak czekało na niego zadanie.
Verner aportował się w jakimś zagajniku. Nazywanie tego zbiorowiska drzew lasem byłoby grubą przesadą. Nadawało się jednak nieźle na punkt aportacyjny i Verner musiał przyznać, że Greengrass – który wspomniany zagajnik wskazał – póki co mógłby startować w konkursie na pracodawcę roku. Burke nie zawsze pamiętał o zostawieniu dokładnych instrukcji, przez co Verner czasami lądował na bagnach lub w czyimś ogródku, lub zmuszał Vernera, by odwiedził miejsce przyszłej kradzieży z wyprzedzeniem i sam sobie takie miejsce znalazł, przy okazji narażając się na to, że zostanie rozpoznany. Nigdy nie został, ale nadal pamiętał, jak uważnie przyglądała mu się pewna staruszka, z której koszem na śmieci zderzył się w czasie badania terenu i na którą wpadł później, kiedy wracał z łupami. Co takie stare wiedźmy robiły w środku nocy na ulicy? Wolał się nie zastanawiać.
Wyszedł z zagajnika i wyciągnął z kieszeni spodni paczkę papierosów. Uznał, że musi przyjrzeć się domowi, a człowiek z papierosem zawsze wzbudza mniejsze podejrzenia niż człowiek bez niego; w końcu nic lepiej niż papieros nie mówi „czekam na kogoś i jeśli się spóźni, urwę mu łeb”.
Dom znajdował się trzy przecznice dalej, więc Verner powoli ruszył w jego stronę, zaciągając się mocno. Nie spieszył się. Miał dużo czasu, nie wykluczał nawet, że zobaczy wychodzących z domu właścicieli. Może udałoby mu się podsłuchać, dokąd się wybierają i kiedy planują wrócić, chociaż nie były to informacje konieczne. Nie zamierzał czekać na ich powrót.
Szybko okazało się, że i w tej kwestii informacje Greengrassa były dobre – dom był pusty. Verner zagwizdał, a kiedy to nie zwabiło żadnego psa, zaczął uderzać różdżką o pręty płotu. Psa nadal nie było. Verner uniósł brwi. Wyglądało na to, że wróci do domu z kolacją. Starał się jednak nie wybiegać myślami naprzód i skupić się na tym, co go czekało. Zaczął od rzucenie zaklęcia, które unieszkodliwiło system zabezpieczeń, a później obszedł płot dookoła, a kiedy znalazł miejsce, w którym przejście przez niego byłoby najłatwiejsze, zgasił peta i przeszedł na drugą stronę ogrodzenia. Kiedy wylądował na trawniku, zaciskał rękę na kieszeni, w której miał kiełbasę, a drugą na różdżce. Pies nadal się nie zjawił i prawdopodobnie oznaczało to, że już się nie zjawi.
Drzwi nie stanowiły prawdziwej przeszkody i wkrótce Verner stał w środku. Nie było jeszcze ciemno, ale i tak żałował, że nie kupił Ręki Glorii, kiedy miał okazję. Uznał jednak, że cena jest zbyt wygórowana, a Borgin to stary oszust. Nie żeby wątpił, że Ręka działa, ale… Koncentracja! Nie powinien myśleć o pierdołach, ale skupić się na obrazie, papierach wartościowych i, oczywiście, serwisie obiadowym. Verner musiał przyznać, że Greengrassowie musieli być naprawdę specyficznym małżeństwem – jedno zainteresowane mugolskimi dokumentami, drugie porcelaną. Nie chciało się wierzyć, że któraś z tych rzeczy może być na tyle wartościowa, by wysyłać po nią Vernera, ale w końcu co on tam wiedział; płacili, to najważniejsze.
Salon, o którym wspominał Greengrass, był całkiem przestronny. Jego właściciele najwyraźniej przywiązywali dużą wagę do wystroju, bo poduszki na kanapie miały doskonale dobrane odcienie kolorów użytych na obrazach, których gama kolorystyczna również była dość jednolita, nawet jeśli same obrazy utrzymano w odmiennych stylach. Verner pokręcił głową. Wyglądało mu to na salon jakiegoś nowobogackiego, którego żona ma za dużo czasu. Nie był tu jednak po to, by konsultować wystrój, więc zdjął obraz, o który chodziło Greengrassowi i schował go ostrożnie do worka, po czym ruszył na poszukiwanie papierów wartościowych. Musiał wyłamać zamek w szufladzie biurka (uznał, że woli nie ryzykować kolejnego zaklęcia; poza tym nie da się ukryć, że kradzież miała miejsce, więc po co się patyczkować), ale w końcu je znalazł i umieścił obok obrazu. Po chwili namysłu zszedł do salonu i dorzucił jeszcze jeden obraz, znacznie gustowniejszy. Problemem pozostawał jednak serwis obiadowy. Verner odnalazł go całkiem szybko i, skrzywiwszy się na widok zdobiących go różowo-srebrnych kwiatów, stanął przed problemem, z którym do tej pory nie musiał się mierzyć. Nie miał pojęcia, jak mógł chować to wszystko do worka i jednocześnie tego nie potłuc. Jasne, mógłby to naprawić zaklęciem, ale coś mu mówiło, że Greengrass nie bez powodu podkreślał, że porcelana nie może być nawet wyszczerbiona – i powodem tym nie była nieznajomość zaklęcia sklejającego.
W końcu, nie widząc lepszego wyjścia, Verner wylądował w sypialni pani domu i zaczął opróżniać jej szafę. Zachciało się bździągwie porcelany, pomyślał, nie precyzując, czy miał na myśli gospodynię, czy panią Greengrass. Prawdopodobnie obie. Faktem jednak było, że nie podobało mu się, że musiał owijać każdy talerz czy inny przedmiot w fikuśne bluzeczki i dziwaczne spódnice. Miał nadzieję, że to powstrzyma je przed stłuczeniem. Kiedy kończył z wazą (owijał ją w szlafrok), usłyszał coś, co sprawiło, że wzdłuż kręgosłupa przebiegł mu dreszcz. Był to niewątpliwie dźwięk klucza w zamku. Za chwilę właściciele domu wejdą do środka i zobaczą dwa puste miejsca na ścianach w salonie, a potem zaczną zaglądać do innych pokoi i schowków… Verner przełknął ślinę, zmuszając się do działania. Włożył wazę najdelikatniej, jak mógł, po czym zmniejszył worek. Nie mógł sobie przypomnieć, czy Greengrass mówił coś na temat gospodarzy – są mugolami czy czarodziejami?
Nieważne, uznał Verner, chowając worek do kieszeni przy zachowaniu możliwej ostrożności. Nie było to łatwe, bo jednocześnie próbował znaleźć kryjówkę. Słyszał głosy w sieni i wiedział, że zaraz, za moment wejdą do środka. Otworzył drzwi do łazienki i wszedł tam, zamykając je za sobą możliwie cicho. Miał nadzieję, że to jednak mugole – nie miał wątpliwości, że każdy czarodziej rozpoznałby trzask towarzyszący deportacji, a później mógłby złapać ślad. Było jednak za późno, żeby szukać alternatywnej drogi ucieczki.
Verner się deportował, lądując w tym samym zagajniku, w którym wcześniej się aportował. Zacisnął rękę na worku znajdującym się w kieszeni, jakby tak kurczowy uścisk miał sprawić, że zawartość się nie zniszczy. Przeszedł paręnaście metrów i znów się deportował, tym razem lądując w okolicy Dziurawego Kotła. Nie podobało mu się, że musiał znaleźć się tak blisko miejsca, w którym mógł wpaść na jakiegoś magopolicjanta, ale nie miał wyboru – to jedyne tak zatłoczone miejsce, do którego mógł się udać. Wiedział, że aportują się tam dziesiątki osób i nie miał wątpliwości, że jego ślad szybko się zatrze.
Odetchnął z ulgą i ruszył w kierunku przystanku. Chciał złapać jakikolwiek autobus, byle tylko znaleźć się jak najdalej od Kotła. Przez jakiś czas jechał to jednym, to drugim autobusem, zmieniając linie, by w końcu dotrzeć do domu. Jakaś część jego mózgu – prawdopodobnie ta sama, która nie chciała wiedzieć, na co choruje Lettie – spodziewała się, że zastanie tam jednego z tych wiecznie zadowolonych z siebie, wąsatych magopolicjantów, ale nie było tam nikogo. Nawet Greengrassa, który już wcześniej wchodził do mieszkania Vernera bez zaproszenia.
Verner wyjął worek z kieszeni, przywrócił mu naturalne rozmiary i wyjął wszystkie łupy. Nie było to najmądrzejsze, ale chciał mieć jakieś zajęcie, póki w jego żyłach kursowała adrenalina; nawet tak głupie jak odwijanie porcelany z cudzych ubrań.
W końcu jednak opadł na fotel i wypuścił powoli powietrze. Wyjął z kieszeni kiełbasę i odgryzł kawałek. Mechaniczne ruchy szczęki działały uspokajająco, choć podejrzewał, że jeszcze bardziej uspokoiłoby go znajome palenie w przełyku.
Greengrass go wystawił. Dał mu zadanie godne Kopciuszka, ale nie zapewnił dostatecznie dużo czasu. Czy to miał być test? Chciał zobaczyć, jak Verner poradzi sobie w takiej sytuacji? Chciał sprawdzić, jak szybko Verner potrafi działać? Chciał zobaczyć, jak Verner ucieka przed magopolicją? Nie miał pojęcia. Nie rozumiał wielu spraw związanych z tym wieczorem, ale wiedział jedno: niewiele brakowało, by został przyłapany, choć działał możliwie szybko. I nie wiedział, co mógł zrobić, by drugi raz nie dopuścić do takiej sytuacji.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s