05. dobro

Verner długo przyglądał się swojej ograniczonej garderobie. Starał się znaleźć coś, co nadawałoby się do założenia i jednocześnie nie sugerowałoby osobie, która go spotka, że ma on jakiekolwiek kontakty z Nokturnem. Początkowo odrzucił wszystko, co było brudne lub używane, ale nie dość brudne, by to prać, później też wszystko, co było dziurawe lub co o bycie dziurawym podejrzewał; sprawiło to, że znalazł się w dość dramatycznej sytuacji – odkrył bowiem, że jest posiadaczem zaledwie dwóch par skarpetek. A kiedy odrzucił też wszystko, co było czarne, został z jedną parą szarych skarpetek. Podejrzewał, że one również były kiedyś czarne, ale się sprały. Jednak dzięki tej selekcji znalazł oliwkowe spodnie, o których już dawno zapomniał, i parę koszul, z których dwie wymagały natychmiastowego spalenia i zakopania w niepoświęconej ziemi (jedna była prezentem od matki, drugą kupił, kiedy szli z Fredem na jakąś hawajską imprezę). Ostatecznie jednak udało mu się wyselekcjonować ubrania, w których mógł wyglądać na porządnego obywatela. Gdzieś z tyłu głowy pobrzmiewały mu słowa matki, która mówiła, że oliwkowy i jaskrawoczerwony nie współgrają ze sobą, ale uznał, że nie powinien ufać komuś, kto dał mu na gwiazdkę koszulę w renifery.
Przejrzał się w lustrze, po czym spróbował przyczesać włosy mokrym grzebieniem, ale niewiele to dało – sprawiło tylko, że wyglądał, jakby matka szykowała go na jedno z tych koszmarnych spotkań z dalszą rodziną, na które musiał zakładać spodnie z szelkami. Wzdrygnął się na samą myśl i z powrotem rozczochrał włosy. Trudno, nie musi wyglądać idealnie, powinno mu to zostać wybaczone, jeśli przyniesie prezent.
Teoretycznie poprzedniego dnia powinien był iść na spotkanie z Burke’em; powinien był myśleć nad argumentami, które przekonałyby Torstena, by go nie zwalniał, albo nad groźbami, które mógłby wypowiedzieć, kiedy stałoby się jasne, że młody Burke nie będzie współpracował. Nic z tego. Verner podjął decyzję, że nie stawi się na tym spotkaniu, a w późniejszym terminie porozmawia z Borginem – wydawało się, że stary go lubi, przynajmniej na tyle, na ile był w stanie kogokolwiek lubić.
Zamiast więc martwić się o swoją pracę (o ile to jeszcze była jego praca; miał wrażenie, że Greengrass i Nott oczekują współpracy na wyłączność, a Verner nie był najlepszy w jakichkolwiek związkach na wyłączność), spędził parę ładnych godzin w parku, w którym poprzednio spotkał Holly, niepewny, jakie są w ogóle szanse na to, że się zjawi, ale jednocześnie w pełni świadomy, że nie istniał żaden inny ślad, od którego mógłby zacząć jej szukać. Poszczęściło mu się. Po kilku godzinach rzucania petów na ziemię, przydeptywania ich butem, a następnie walce z myślami, która prędzej czy później skutkowała wyrzuceniem ich do kosza – zwątpił. Nie było jej nigdzie; ba, ani jej, ani Lettie, ani nawet tego mugola, z którym Holly się związała. Verner kręcił się w okolicy parku do wieczora, aż w końcu zwątpił, wrócił do mieszkania i dopił Ognistą.
Następnego dnia jednak znów był w parku i tym razem zobaczył ją. Szła w pośpiechu, a godzina wskazywała na to, że być może wracała z pracy. Verner nie zastanawiał się długo, ruszył za nią i, zachowując bezpieczną odległość, dotarł aż do kamienicy, w której Holly mieszkała. Widział pojawiającą się na progu Lettie i uznał, że powinien jednak zebrać się na odwagę i przyjść z wizytą.
To właśnie doprowadziło do tego, że w sobotnie przedpołudnie przetrząsał własną szafę, zamiast iść do Ruth, zjeść jakąś wymyślną kolacyjkę, którą zamówi, ewentualnie wcześniej gdzieś z nią wyjść, a potem na parę godzin zapomnieć o świecie. Nie tym razem. Jeśli wszystko pójdzie po jego myśli, powinien do wieczora posiedzieć u Holly, może nawet dostać domowy obiad – coś, czego nie jadł od paru ładnych lat.
Przed wyjściem zajrzał jeszcze do plecaka, wybrał parę świecidełek i schował je do kieszeni, wcześniej urywając karteczki z ceną. Wiedział, że powinien je zapakować, ale nie bardzo wiedział w co – w mieszkaniu nie miał papieru do pakowania prezentów, a poza tym coś mu mówiło, że pakowanie bransoletki w papier nie jest najlepszym pomysłem. Ewentualna kokarda ze wstążki byłaby większa od samego prezentu. Nie, biżuterię powinno się dawać w takich pudełeczkach, których jednak jubiler mu nie dał. Trudno, nie będzie przecież wracał po pudełeczka.
Zerknął na zegarek, który wskazywał, że niedawno minęło południe, sprawdził, czy wziął wszystko, a następnie wyszedł, zamykając drzwi różdżką. Przez chwilę zastanawiał się, czy powinien ją ze sobą zabierać (w końcu szedł do domu pełnego mugoli), ale uznał, że zostawienie jej w mieszkaniu wiązałoby się ze zbyt dużym ryzykiem. Przeszło mu przez myśl, że powinien porozmawiać z Holly o tym, że Lettie prawdopodobnie odziedziczyła po nim magiczną moc, ale uznał, że rozmowa ta może poczekać. Jeśli w ogóle zostanie wpuszczony za próg, nie powinien przyznawać się od razu, że jest czarodziejem. Holly pewnie uznałaby, że jest pijany, zanim jeszcze zdążyłby całą rzecz dokładnie wyjaśnić.
Spacer był dość długi, a Verner szedł noga za nogą, początkowo dlatego, że starał się przygotować na to, co może go spotkać, gdy dotrze na miejsce, później dlatego, że wyobrażenia te nie były zbyt optymistyczne i chciał możliwie wydłużyć czas dzielący go od tej niezbyt przyjemnej sceny, jaka niewątpliwie rozegra się przy drzwiach. Szedł ponad godzinę, czasami wodząc wzrokiem po sklepowych wystawach i zastanawiając się, czy nie powinien kupić czegoś, co mógłby wręczyć Holly, zanim przejdzie do rzeczy i da jej te świecidełka. W którymś momencie kupił mugolską whisky, ale nie uszedł nawet pięćdziesięciu metrów, kiedy odkręcił ją i pociągnął porządny łyk – ot tak, na odwagę. Później przeklął pod nosem, zmniejszył butelkę zaklęciem i schował do kieszeni, mając nadzieję, że nie wypadnie z niej u Holly.
W końcu, tuż przed czternastą, zjawił się pod drzwiami domu Holly. Wyciągnął z kieszeni butelkę, zastanawiając się, czy jeszcze jeden łyk byłby usprawiedliwiony, ale później uznał, że to zły pomysł. Nie wykluczał, że kiedy wyciągnie z drugiej kieszeni całe to złoto, Holly rzuci mu się na szyję. Nie powinna wtedy wyczuwać whisky. Nie, ta wizyta powinna być idealna, jeśli ma nie być jednorazowa. A Verner nie chciał, żeby była jednorazowa.
Zapukał mocno i zdecydowanie, choć czuł się raczej niepewnie i jego myśli coraz silniej krążyły koło zawartości obu kieszeni. Naprawdę to dobry pomysł, żeby tu przychodzić? Nie zdążył jednak odpowiedzieć, bo drzwi się otworzyły.
– Mamoooo! – krzyknęła Lettie. – Jakiś pan! Myślałam, że tatuś wrócił!
Verner zacisnął nieco szczękę, żeby nie powiedzieć dziewczynce, jak bardzo się myli. Tatuś właśnie wrócił.
Z głębi domu dało się słyszeć kroki i po chwili w holu pojawiła się Holly z młodszym dzieckiem na rękach. Miała rozczochrane włosy i najwyraźniej nie spodziewała się gości, bo niespecjalnie przypominała tę elegancką młodą kobietę, którą Verner widział poprzedniego dnia w parku. Miała na sobie jakieś krótkie, dżinsowe spodnie i powyciągany, zielony T-shirt. Wyglądała w tym momencie jak uosobienie jakiejś bogini domowego ogniska, której Verner jednak nie potrafił nazwać, a o której istnieniu wiedział tylko dlatego, że kiedyś Fred po pijaku opowiadał mu o wierzeniach różnych kultur.
– Cześć – powiedział. Chciał wyciągnąć rękę na powitanie, ale Holly stała za daleko.
– Verner? Co tu robisz? Myślałam, że już ci mówiłam… – zaczęła ostro, ale spojrzała na Lettie, która z uwagą przysłuchiwała się rozmowie, i westchnęła cicho. – Wejdź, ale nie mam wiele czasu. Lettie, zaprowadź naszego gościa do salonu, muszę przewinąć Susie.
Holly posłała Vernerowi spojrzenie, które miało oznaczać, że ma się zachowywać, a on w odpowiedzi zasalutował. Lettie zaczęła się śmiać, po czym również zasalutowała matce, a następnie złapała Vernera za rękę i pociągnęła w kierunku pomieszczenia, które prawdopodobnie było salonem. Holly weszła po schodach, na chwilę znikając z ich pola widzenia.
– Skąd pan zna mamusię? – zapytała Lettie, kiedy już wskazała Vernerowi fotel i poinformowała go, że później dostanie kawę albo herbatę, ale powinie wybrać herbatę, bo kawa śmierdzi.
– Jesteśmy starymi przyjaciółmi – odpowiedział.
Lettie, która do tej pory siedziała na sofie sąsiadującej z fotelem, zeskoczyła na dywan.
– Naprawdę? A jest pan w albumie? Bo nigdy pana nie widziałam, a w albumie są wszyscy, mamusia mówi, że to ważne, żeby o nikim nie zapominać.
Otworzyła jakąś szafkę i wyciągnęła z niej sporych rozmiarów album ze zdjęciami. Verner był pewien, że jego zdjęcia tam nie będzie, ale nie miał pojęcia, jak wytłumaczyć to dziewczynce. Ostatecznie wziął z jej rąk album i zaczął przewracać strony, udając, że szuka siebie na starych fotografiach, które w większości przedstawiały ludzi, których nigdy wcześniej nie widział.
– Musi pan tu być – upierała się Lettie.
– Może Holly zgubiła nasze zdjęcia – rzucił, kiedy przekartkował już połowę albumu i nadal nie znalazł swojej podobizny.
Lettie była urażona tą sugestią.
– Mamusia niczego nie gubi!
Verner pokiwał głową niezobowiązująco. Nie chciał wypowiadać się na ten temat. Nie chciał też dalej kartkować albumu. Nie był pewien, czy w ogóle chce tu siedzieć. Przebywanie z Lettie było dość trudne, bo dziewczynka cały czas mówiła albo tańczyła, nieustannie zabiegając o jego uwagę. Trudno było jej nie polubić i Verner bał się, że w którymś momencie polubi ją za bardzo, by móc zniknąć z jej życia.
W końcu jednak Holly zjawiła się w pokoju. Położyła Susie na dywanie, tuż obok kilkunastu sporych, drewnianych klocków. Verner zauważył, że się przebrała i uczesała. Miał ochotę się skrzywić – nie podobało mu się, że czuła się tak nieswojo w jego towarzystwie, że nie chciała, by widział ją w stroju domowym, choć w przeszłości… Tyle, że teraz byli w zupełnie innej sytuacji, która nie miała nic wspólnego z przeszłością. Verner spojrzał na Lettie i Susie, które ustawiały wieżę z klocków, i zaczął się zastanawiać, czy Holly przyprowadziła je tu tylko po to, by mieć na nie oko, czy też bała się zostać z nim sama.
– Ładny album – powiedział, bo nie wiedział, jak inaczej zacząć rozmowę.
Holly to zignorowała, jakby nie była pewna, czy to prawdziwy komplement, czy szyderstwo kogoś, kto dobrze wiedział, że nie znajdzie tam swojej podobizny, choć – jako ważna część jej przeszłości – powinien się tam znaleźć.
– Chcesz kawę albo herbatę? – zapytała.
– Herbatę. Już się dowiedziałem, że kawa śmierdzi.
– Tak, Lettie nie przepada za jej zapachem… Zaraz wrócę.
Znów zniknęła, a Verner zaczął się zastanawiać, czy uda im się przeprowadzić jakąkolwiek rozmowę, czy też Holly będzie co chwilę wychodzić pod byle pretekstem. Przez kilka sekund patrzył na Lettie i Susie, szukając między nimi różnic, które potwierdzałyby, że Lettie jest jego, że przyczynił się do jej stworzenia, ale nie potrafił żadnych wyłowić. Owszem, dziewczynki różniły się między sobą choćby kolorem włosów, ale nic to nie znaczyło. Musiał myśleć o niechęci Lettie do kawy jako o naczelnym dowodzie ojcostwa.
Zaczął dalej kartkować album, bo nie wiedział, co innego mógłby robić. Nie mógł dalej patrzeć na dziewczynki, bo w jego umyśle pojawiały się coraz bardziej niebezpieczne myśli. Oto, co mnie omija. Mogły obie być moje. Mogłem widzieć to wszystko na co dzień, dzień w dzień, rok po roku, widzieć wszystko, wiedzieć wszystko. Verner zdawał sobie sprawę, że życie nie byłoby łatwe, gdyby został z Holly i Lettie, ale w tej chwili chciał myśleć, że tak, byłoby proste i idealne, zawierałoby jeszcze kosmatego psa (czyżby ten cholerny mugol nie lubił psów?) i rodzinne niedziele w parku, które na pewno byłyby lepsze od budzenia się z bolącą głową w łóżku Ruth i szukaniu wymówek, żeby się ulotnić, zanim przyjdzie jej do głowy gotować obiad. Holly potrafiła gotować, ba, gotowała lepiej niż jego matka czy matka Freda, a podobno matki zawsze najlepiej gotują. Trochę go to wszystko przeraziło; nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wcześniej myślał o tym, co jego matka nazywała ustatkowaniem się.
– Proszę – powiedziała Holly, stawiając przed jego nosem herbatę, a nieco dalej cukiernicę.
Zauważył, że sobie przyniosła tylko szklankę wody, ale postanowił tego nie komentować. Może coś się zmieniło i polubiła picie czystej wody, kto wie. W końcu nie widzieli się jakieś pięć lat.
– Po co przyszedłeś? Myślałam, że wszystko wyjaśniliśmy sobie w parku – powiedziała cicho i spokojnie, żeby nie zaniepokoić dziewczynek, choć obie musiały to słyszeć.
Verner zdał sobie sprawę, że Holly traktowała je jako swego rodzaju zabezpieczenie – jakby liczyła, że ich obecność powstrzyma go przed mówieniem zbyt okrutnych rzeczy. Może czuła się wobec niego nie w porządku. Bez sensu, pomyślał Verner. Przecież sam kazałem jej wtedy podjąć decyzję. Podjęła ją i nie jest mi nic winna.
– Sporo myślałem – odpowiedział. – Moglibyśmy, no wiesz, spróbować zachowywać się jak cywilizowani ludzi. Fajnie by było, gdyby…
– Cywilizowani ludzie, Vernerze? – zdziwiła się. – Po co ta cała szopka? Ten strój, zjawianie się tutaj w sobotnie popołudnie, po co ci to wszystko?
Verner zerknął na Lettie i Susie, które dalej bawiły się klockami, ale niewątpliwie uważnie przysłuchiwały się tej rozmowie. Wolałby, żeby były w innym pokoju.
– Żadna szopka, po prostu chciałem pogadać. Nic więcej, nic złego. Dlaczego zawsze podejrzewasz mnie o najgorsze?
– Dałeś mi wystarczająco dużo powodów – odpowiedziała, wbijając wzrok w swoją szklankę wody.
Verner posłodził herbatę i zamieszał, głośno dzwoniąc łyżeczką o szkło, jakby w nadziei, że cała jego frustracja dzięki temu gdzieś uleci. Lettie odwróciła się od zabawy i posłała mu spojrzenie, które, gdyby nie było tak urocze, mógłby uznać za ganiące. Było dokładną kopią spojrzenia Holly, które posyłała mu przez długie lata i do którego już się przyzwyczaił, ale którego teraz mu brakowało. Holly patrzyła bowiem dalej na swoją szklankę, całkiem obojętna na to, jak on się zachowuje.
– W porządku – powiedział, przestając mieszać herbatę i unosząc ręce w geście poddania się. – Mam swoje na sumieniu, ale to było dawno i…
– I się zmieniłeś? – dokończyła, uśmiechając się krzywo.
– Tak – odpowiedział, choć wiedział, że o żadnej widocznej przemianie nie może być mowy.
– To dobrze, Vernerze – stwierdziła obojętnie.
– Nie o to chodzi, chciałem po prostu, no wiesz, odwiedzić was.
W salonie zapadła na chwilę cisza. Verner zdał sobie sprawę, że szanse na to, że Holly rzuci mu się na szyję, które wcześniej oscylowały w okolicy zera, teraz zaczęły wchodzić na skalę ujemną. Sięgnął więc do kieszeni i wyciągnął bransoletki i inne przedmioty, które ukradł jubilerowi. Położył je przed Holly.
– Co to jest? – zapytała wojowniczo.
– To dla ciebie. I dla Lettie – odpowiedział całkiem z siebie zadowolony.
– Nie chcę tego!
Tymczasem Lettie usłyszała, że w rozmowie padło jej imię, i podeszła do nich, z ciekawością spoglądając na złoto leżące na stole. Wyglądała na zafascynowaną przedmiotami i Verner uśmiechnął się lekko. Przynajmniej jedna z obdarowanych wydawała się zadowolona. Zanim jednak mogła sięgnąć po cokolwiek, Holly zgarnęła wszystko i wcisnęła w ręce Vernera.
– Zabieraj to – warknęła.
– Holly, ale ja…
– Nie, zabierz to z powrotem. Nie potrzebujemy tego.
– Holly, daj mi coś wyjaśnić!
Holly wyglądała teraz jak lwica, gotowa stoczyć walkę, byle tylko obronić swoje młode. Verner nie rozumiał, czemu tak nagle jej nastrój uległ zmianie; oczywiście, już wcześniej mu nie ufała, ale nie okazywała złości tak otwarcie. Teraz zastanawiał się, czy nie oberwie czymś w głowę.
– Lettie, zabierz Susie do swojego pokoju, muszę porozmawiać z naszym gościem o jego… prezencie – powiedziała, na chwilę tylko przenosząc wzrok z Vernera na swoją córkę, która nadal patrzyła uważnie na złoto.
Lettie pokiwała jednak głową, uśmiechnęła się do Vernera, a potem poczekała, aż Susie wstanie i niezdarnie ruszy w kierunku wyjścia z salonu. Holly uważnie na nie patrzyła, a Verner uważnie patrzył na Holly.
– Co ty sobie wyobrażasz? – warknęła Holly, kiedy była pewna, że dziewczynki jej nie usłyszą. – Nie potrzebujemy twojego złota. Nawet nie chcę wiedzieć, skąd je masz!
– Chciałem wam tylko pomóc, w końcu jestem…
– Nie, Vernerze – powstrzymała go. – Nie kończ. Nie wiem, co wymyśliłeś i w co chcesz nas wplątać, ale wiedz, że się na to nie zgodzę. Nie mam czasu na twoje gry, nie potrzebuję tego, co przyniosłeś, w ogóle nie jesteś nam potrzebny, więc nie próbuj się wkupywać w nasze łaski i…
– Ej, czekaj – przerwał jej Verner, teraz już porządnie zirytowany. – Chcesz tego czy nie, jestem jej ojcem i mam prawo coś dla niej przynieść!
– Nie jesteś! Straciłeś prawo, żeby tak o sobie myśleć, kiedy dałeś mi tamto ultimatum!
Verner podrapał się w głowę. To wszystko było trudniejsze, niż mu się wydawało. Jasne, przewidywał i takie scenariusze, ale prędzej czy później Holly mu wybaczała. W końcu Holly mu zawsze prawie wszystko wybaczała, nawet mimo tego jakże silnego kręgosłupa moralnego.
– W porządku, nie jestem – zgodził się dla spokoju. – Ale i tak chcę coś dla was zrobić, no wiesz, za to, że zachowałem się… nie najlepiej. Wtedy. No wiesz. Cholera, Holly, nie umiem robić takich rzeczy, przepraszać i w ogóle.
Holly patrzyła na niego z pewnym niedowierzaniem, choć kiedyś, pięć czy sześć lat temu pewnie by się uśmiechnęła. Była wtedy młoda i głupia. Oboje byli.
– Po co to robisz? – zapytała.
– Mówiłem, że chciałem…
– Nie – przerwała mu. – Dlaczego chciałeś? Tylko nie mów nic o wyrzutach sumienia.
Wzruszył ramionami. Nie umiał rozmawiać o uczuciach czy o motywacji, nie umiał tłumaczyć swojego postępowania, zawsze wolał działać, ale Holly nie mogła przyjąć jego prezentu bez całej tej otoczki, na które składały się dyskusja i dogłębna analiza każdej jego myśli. Irytowało go to kiedyś i nie przestało irytować teraz, kiedy towarzyszyły temu lodowate spojrzenie i złość.
– Nie mam nikogo innego – burknął.
– Coś się stało twojej mamie? Nie wiedziałam, zawsze… – zaczęła z troską Holly.
– Nie, nie, matka ma się dobrze, siedzi na tej swojej wsi i hoduje marchewki czy inne cholerstwo – odpowiedział szybko Verner. – Chodziło mi o kogoś innego, dla kogo mógłbym coś zrobić.
– Mogłeś to przekazać jakiejś fundacji – fuknęła, jakby nagle zapomniawszy o trosce.
– Nie chcę fundacji, chcę człowieka, który by o mnie pamiętał, gdyby wszystko poszło w cholerę! – krzyknął w końcu, patrząc na nią ze złością dorównującą tej, z którą ona patrzyła na niego. Brali właśnie udział w konkursie na najbardziej skuteczne sztyletowanie się wzrokiem, w dyscyplinie olimpijskiej polegającej na jak najgłębszym zranieniu przeciwnika bez ruszania się z fotela.
– Nadal nie wiem, co to ma z nami wspólnego – odpowiedziała.
– Słuchaj, nie muszę być dla niej nikim, w porządku? Mogę być wkurzającym kuzynem, mogę być twoim kumplem ze szkoły, pewnie nie zasługuję na więcej, ale chciałem zrobić coś dobrego, czemu to utrudniasz?
Prawda była taka, że Verner czuł się nieco obrażony. Wiedział, że Holly nie przyjmie go ciepło, ale jednocześnie sądził, że jeśli porozmawiają, to będzie w stanie przekonać ją, by dała mu szansę. Może nie liczył, że zastąpi nim tego mugola, z którym bawiła się w szczęśliwą rodzinę, ale powinna mu przynajmniej pozwolić poznać Lettie. Nie zabrać, nigdy zabrać, ale poznać. Przecież właśnie jej płacił za to, żeby mu pozwoliła, dlatego musiała być tak irytująco moralna?
Holly westchnęła i po raz pierwszy w jej oczach pojawiły się łzy. Być może zużyła już wszystkie pokłady wściekłości, jakimi dysponowała.
– Był czas, kiedy miałam nadzieję, że się zjawisz, wiesz? – powiedziała cicho, ale jej głos był dziwnie pusty i głębszy zarazem, jakby wyrzucała z siebie coś, co od dawna leżało jej na duszy. – Szczególnie na początku. Wyobrażałam sobie, że mnie znajdziesz i powiesz, że żałujesz, że możemy być rodziną. Później zrozumiałam, że tego nie zrobisz, bo tacy jak ty nie mogą mieć rodzin, nie potrafią. Postanowiłam, że będę całą rodziną, jakiej Lettie może potrzebować, ale potem miałam szczęście spotkać Charliego… Nie chcę, żebyś to psuł, Vernerze, proszę.
– Psuł? Przecież najwyraźniej nic nie znaczę, nie ma mnie w albumie – odpowiedział, uśmiechając się krzywo. Wiedział, że powinien przemyśleć tę odpowiedź, ale instynktownie wyczuł kapitulację Holly i chciał zyskać przewagę w dyskusji, zadać mocniejszy cios.
Holly nic nie powiedziała, ale otworzyła album na ostatniej stronie. Wyciągnęła zdjęcie przedstawiające małe dziecko – pewnie Lettie – przytulające kota, za którym znajdowały się dwa inne. Na obydwu znajdował się Verner. Na pierwszym obejmował Holly w pasie, uśmiechając się nonszalancko, na drugim patrzył gdzieś poza obiektyw, jakby szukał odpowiedzi na sekrety życia. Owszem, to nie było wiele, ale wystarczająco, by Verner poczuł się podle.
– Ja… Aha – powiedział, patrząc przez chwilę na zdjęcia, a potem na Holly, której twarz nie wyrażała żadnych emocji. – Cholera.
– Zabierz to wszystko i idź już – poprosiła, wskazując brodą złoto, nadal leżące na stole.
– Ale dlaczego? Przyda wam się, takie coś zawsze się przyda – odpowiedział dość głupio, bo nagle stracił rezon i sam już nie był pewien, o co toczy się ta walka i po czyjej stronie znajduje się racja.
– Nie chcę ci nic zawdzięczać – oświadczyła Holly, patrząc na niego możliwie stanowczo, choć w jej oczach nadal zbierały się łzy.
– Możesz to schować, dać Lettie kiedyś w przyszłości – zaproponował. – Jeśli jej o mnie powiesz, to świetnie, będzie miała pamiątkę, jeśli nie… trudno, i tak niech sobie to weźmie.
Holly zaczerpnęła powietrze, jakby bała się, że zaraz go zabraknie. Na chwilę zamknęła oczy, ale nie zatrzymało to łez.
– Nie, Vernerze, to nie będzie możliwe – powiedziała łamiącym się głosem.
– Wiem, że masz do mnie żal, ale niech Lettie sama…
– Nie – powtórzyła, po czym znalazła odwagę, żeby spojrzeć mu w oczy. – Lettie jest chora. Prawdopodobnie nie będę miała okazji, żeby jej to dać. Lekarze dają jej jeszcze góra rok. Dlatego nie chcę, żebyś cokolwiek psuł, pozwól jej… pozwól jej odejść w spokoju.
Verner patrzył na nią z niedowierzaniem. Holly rozpłakała się na dobre, ale szybko znalazła chusteczkę i spróbowała doprowadzić się do porządku. Nie patrzyła na niego, a on milczał, bo w głowie kłębiło mu się zbyt wiele myśli, by mógł zdecydować, która jest najważniejsza i powinna zostać wypowiedziana jako pierwsza.
– Powinieneś już chyba iść – powiedziała w końcu Holly, kiedy minęło kilka minut, a on nadal nie znalazł słów, które chciałby wypowiedzieć.
Verner skinął głową i wstał, ale nie pozwolił sobie wcisnąć złota, które Holly chciała mu oddać.
– Sprzedaj to i kup jej coś – powiedział w końcu, choć nie był do końca pewny, czy posługuje się swoim własnym głosem; brzmiał on zbyt obco.
Holly pokręciła głową i wcisnęła całą tę biżuterię w dłoń Vernera, którą on wyciągnął, żeby się pożegnać.
– Nie przychodź tu więcej – poprosiła.
Verner spojrzał na nią, jakby zastanawiał się, czy nie przychylić się do jej prośby. O ile to by było łatwiejsze – zapomnieć o całej tej sprawie, zapomnieć, że w ogóle je poznał, że istnieją. Wrócić do mieszkania, dopić whisky, może zajrzeć do Ruth, może do Freda, potem iść na Nokturn i błagać Borgina, żeby go przyjął… W jego życiu nie było miejsca dla Holly i Lettie, tak samo, jak w ich życiu nie było miejsca dla niego. Powinni rozejść się, każde w swoją stronę i nigdy, przenigdy o sobie już nie myśleć. Tak byłoby najlepiej dla każdego z nich, oszczędziliby sobie bólu i kłopotów. Problem w tym, że – i Verner tak naprawdę zrozumiał to po raz pierwszy – życie nie polegało wyłącznie na robieniu tego, co łatwe, i rezygnowaniu z tego, co przynosi ból.
– Nie licz na to – odpowiedział, zmuszając swoją twarz, by zadziałała. Z trudem wyszczerzył zęby w uśmiechu, który był sztuczny, ale wystarczający, by przekonać Holly, że nie żartuje.
A potem schylił się i położył biżuterię na podłodze w holu, nieco ją przy okazji rozrzucając, by Holly nie mogła zebrać jej jednym ruchem dłoni. Wiedział, że zachowuje się szczeniacko, ale wyszedł, zanim zdążyła go zatrzymać.
Nie wiedział, kiedy wróci – musiał najpierw uporządkować myśli – ale nie miał wątpliwości, że wróci. Jeżeli do tej pory myślał, że jego życie było zbieraniną dość przypadkowych i niewiele znaczących wydarzeń, o tyle poznanie Lettie przekonało go, że może być inaczej; przekonało go, jak wiele stracił. W porządku, nie znał jej dobrze, ale nie chciał stracić okazji, żeby ją poznać. Był jej coś winien i miał zamiar spłacić ten dług. Miał zamiar zrobić coś dobrego i możliwie bezinteresownego.

Advertisements
05. dobro

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s