04. poszukiwanie dobra

Jeżeli wcześniej zdarzały się chwile, w których Verner czuł się lepszy od wszystkich pospolitych złodziejaszków, kradnących portfele czy sakiewki, to po wizycie Greengrassa i Notta musiał zrewidować ten pogląd. Nie mógł czuć się lepszy, bo musiał robić to samo – kraść drobne przedmioty, żeby przetrwać. Już nie dzieła sztuki, nie obrazy czy porcelanę, nie złote kolie czy srebrną zastawę, ale właśnie portfele, bransoletki czy pierścionki. Oczywiście nie od razu po ich wizycie – najpierw musiał chwilę poleżeć. Następnego dnia rano sprawdził, że faktycznie, nie przewidziało mu się, sakiewka zniknęła. Pamiętał Notta mówiącego „A to weźmiemy za fatygę”, ale miał nadzieję, że te słowa były produktem jego wyobraźni. Nic z tego – Nott i jego wyjęta z kiepskiego filmu kwestia były prawdziwe.
Jeszcze tego samego dnia zjawił się u Burke’a, ale młodego nie było, a stary powiedział, że powinni chyba zakończyć współpracę. Nie było to stwierdzenie zbyt stanowcze, co więcej – podkreślił, że ostateczna decyzja pozostanie w rękach Torstena.
Verner kiedyś zastanawiał się, czemu wszyscy Burke’owie noszą tak dziwne imiona, ale nie zapytał. Nie chciał się spoufalać, jednak bardzo go to intrygowało. Torsten był zbyt skupiony na interesach, a do tego zdawał sobie sprawę, że trudno mu zyskać szacunek innych ze względu na dość młody wiek (Vernerowi wydawało się, że mógł być kilka lat młodszy od niego), więc zawsze traktował Vernera z wyższością, zwiększając dystans do maksimum. Sigurd, jego ojciec, wydawał się nieco rozbawiony zachowaniem syna, ale nigdy go otwarcie nie krytykował, a swój kontakt z innymi – zarówno z Vernerem, jak i z klientami – ograniczał do minimum. Nie lubił ludzi i najchętniej w ogóle zrezygnowałby z bywania w sklepie, gdyby nie to, że musiał się z czegoś utrzymywać, a z powodu jakichś magicznych eksperymentów stracił władzę w lewej nodze. Borgin powiedział, że było to coś czarnomagicznego. Nie wspomniał, czy było to to, co zabiło jego ojca, Torvalda, ale Verner miał swoje podejrzenia.
Gdy tylko zaczął pracować dla Borgina i obu Burke’ów, wypytał paru zaufanych ludzi (czy może raczej ludzi, którzy mieli pewne informacje i gotowi je byli sprzedać za odpowiednią cenę) o to i owo. Nie chodziło o weryfikację, czy pracodawcom można ufać – Verner doskonale wiedział, że nie można – ale raczej o uzyskanie możliwie wielu informacji na temat ich poprzednich pracowników oraz przeszłości samych pracodawców. Ot tak, na wszelki wypadek. Jakiś czas temu luki w Vernerowej wiedzy na temat Burke’ów uzupełnił sam Borgin. To był jakiś deszczowy dzień i obaj napili się odrobinę zbyt dużo Ognistej, która miała rozgrzać ich kości. Nie na tyle, żeby nie wiedzieli, co mówią, więc Verner podejrzewał, że Borgin miał jakiś interes w dzieleniu się z nim tymi informacjami; Borgin należał do tych ludzi, którzy wszystko, co robią, robią z jakiegoś powodu i oczekują zysku. Jednak jaki był to interes – nie miał pojęcia. W każdym razie Borgin snuł opowieść o starym Caractacusie Burke’u, który był porządnym człowiekiem; no, na tyle porządnym, na ile może być ktoś, kto otwiera sklep na Nokturnie. Wzbudzał jednak szacunek u innych sklepikarzy, a także u swojego wspólnika, Borgina (wuja czy ojca tego Borgina, z którym Verner rozmawiał). Potem jednak stary Burke zmarł, a jego część sklepu przeszła w ręce Torvalda, jego bratanka, który już wcześniej pomagał w sklepie. Nie był tak dobry jak inny chłopak, którego wcześniej mieli, ale nie popełniał głupich błędów i miał swoje wejścia na salony, co w tamtych czasach miało duże znaczenie. Nie był też ograniczany przez rodzinę, tak przynajmniej myślał Borgin, aż pewnego dnia Torvald przyprowadził do sklepu jakiegoś dziesięciolatka i powiedział, że to jego syn. Dodał, że dzieciaka można odpowiednio wychować i przyuczyć zawodu, a salony na pewno go pokochają, bo płynie w nim krew Gampów. Borgina nieco to zdziwiło, bo Gampowie należeli do mniej licznych rodów, niemal na granicy wymarcia, ale jednocześnie nie na tyle znaczących, by chcieć je na siłę przedłużać. Mieli krew o wiele brudniejszą niż Burke’owie, ale jednocześnie śmietanka towarzyska uważała ich za lepszych – przynajmniej kiedyś, ale w końcu Borgin miał prawo żyć przeszłością. Później Torvald zginął, więc jego część sklepu przejął – niespełna trzydziestoletni wówczas – Sigurd, który szybko przekazał swoje obowiązki własnemu synowi, Torstenowi, gdy tylko ten osiągnął odpowiedni wiek. Większość czasu spędzał na zapleczu, dłubiąc przy różnych przedmiotach i pijąc za dużo Ognistej. Młody Torsten starał się wykazać przebiegłością i zmysłem do interesów, ale ani on, ani jego ojciec nie nadawali się do tej pracy. Żaden z nich nie posiadał charyzmy Caractacusa czy nawet Torvalda, więc większość kontaktów z klientami spoczywała na barkach Borgina. Torsten zajmował się mniej legalną stroną działalności sklepu, a Sigurd… Sigurd zajmował się tym, czym nie zajmował się nikt inny: czasami sprawdzał, czy coś jest obłożone klątwą, czasami zamiatał zaplecze, czasami znikał na całe dnie. Borgin nie miał o żadnym z nich najlepszego zdania, ale jednocześnie wiedział, że są mu potrzebni.
Verner nie wiedział, ilu mieli podobnych jemu współpracowników; nigdy żadnego nie spotkał, ale jednocześnie nie łudził się, że jest jedyny i trudny do zastąpienia. Ba, ze sposobu, w jaki odnosił się do niego starszy Burke, wynikało, że Verner już dawno powinien stracić tę pracę.
– Przyjdź pojutrze koło południa – powiedział w końcu Sigurd, po czym wlał sobie w gardło pokaźną ilość Ognistej.
– Ale pojutrze jest… – zaczął Verner, ale spojrzenie Sigurda go uciszyło. – Przyjdę pojutrze – powiedział.
Nie był pewny, czy tak zrobi. Od rozmowy minęło już parę ładnych godzin, a Verner zdobył parę mugolskich portfeli, ale ani o krok nie zbliżył się do podjęcia decyzji. Zajrzał za to do kilku barów, gdzie wydał część tego, co udało mu się ukraść. W tym, co robił, nie było miejsca na kontakt ze sztuką, nie było to nic pięknego ani wzniosłego. Robił to, co musiał zrobić – i nie czuł z tego powodu takiego dyskomfortu, jakiego się spodziewał.
Wieczorem, kiedy niepewnym krokiem szedł przez ulice nieco lepsze od tych, do których przywykł, zastanawiał się, czy nie powinien zmienić specjalizacji. Owszem, piękno było ważne, ale mógł je oglądać w muzeach i galeriach, mógł pójść na kompromis i zaakceptować myśl o szybie między nim samym a dziełem sztuki. Mógł zrezygnować z jednego pewnika w życiu i płynąć z prądem, kraść portfele, sakiewki, biżuterię i inne przedmioty, które akurat wpadną mu w oko. Co w tym trudnego? I czy naprawdę byłoby to tak różne od tego, co robił do tej pory?
Na szczęście nie musiał odpowiadać na własne pytania, bo dotarł do celu. Zapukał, a kiedy drzwi się otworzyły, zachwiał się niebezpiecznie.
– Freddie, mordo ty moja! – wykrzyknął, wieszając się na szyi mężczyzny, który otworzył drzwi.
– Verner, co ty tu robisz? – zapytał Fred, poprawiając opadające na nos okulary.
– Wpa-adłem w odwiedziny – czknął Verner.
– Widzę. Mogłeś uprzedzić, upiekłbym ciasto – mruknął Fred, wpuszczając Vernera do środka.
– Daj spokój z ciastem, Freddie, potrzebuję więcej…
– Nie ma mowy, nie będę znowu czyścił po tobie dywanu. Możesz dostać kawę albo wodę i jakąś kanapkę, jeśli mam jeszcze chleb.
– Zawsze byłeś sztywniakiem, Fred. – Verner poklepał go po plecach. – I za to cię lubię.
Fred zniknął na chwilę w kuchni, a Verner dotarł do salonu i usiadł na sofie, rozglądając się po pokoju. Nie zauważył większych zmian, choć nie odwiedzał przyjaciela niemal pół roku. Na półkach stały te same bibeloty, których obecność zawsze śmieszyła Vernera, a na stole leżała ta sama książka, której najwyraźniej Fred nadal nie przeczytał. Być może nigdy nie planował tego zrobić, a książka miała na celu tylko przekonanie odwiedzających, że gospodarz jest kulturalnym młodym człowiekiem. Nie żeby w tym salonie bywało wielu gości. Verner nie pamiętał, kiedy ostatni raz Fred wspomniał o jakichś niespokrewnionych z nim odwiedzających. Co gorsza, nie przypomniał sobie, kiedy ostatni raz Fred się z kimś spotykał.
– Freddie? – krzyknął, nie ruszając się z sofy.
Z kuchni wychyliła się rozczochrana głowa Freddiego.
– No? Tylko szybko, woda mi się zagotuje.
– Kiedy ostatni raz miałeś tu jakąś kobietę?
Fred przewrócił oczami i wrócił do kuchni. Verner się zaśmiał i dalej przyglądał się salonowi, ale szybko go to zajęcie znudziło i utkwił wzrok w wielkomiejskim krajobrazie za oknem. Podszedłby do niego bliżej, ale pewniej czuł się w fotelu.
W końcu jednak Fred wynurzył się z kuchni i postawił przed swoim gościem kubek z kawą oraz talerz z dwiema kanapkami. Obydwa naczynia były nieco wyszczerbione, a kanapki wyglądały, jakby znajdujące się na nich produkty nakładał pięciolatek, który nie potrafi posługiwać się nożem.
– Szef kuchni poleca – wyszczerzył zęby Fred.
– Dzięki, stary – odpowiedział Verner, wgryzając się w kanapkę.
– To co cię tu sprowadza?
– Ktoś powinien cię w końcu odwiedzić, bo jeszcze zapomnisz, jak się otwiera drzwi. – Verner zaśmiał się o wiele głośniej niż zamierzał. Może faktycznie wypił trochę za dużo, choć teraz, kiedy siedział, wydawało mu się, że mógłby wypić więcej.
– No dobrze, co się tu sprowadza teraz?
Verner przez chwilę przeżuwał kanapkę, zastanawiając się, co powiedzieć. Upił nawet parę łyków kawy, która była za ciepła i za gorzka; strasznie przypominała tę, którą parzyła mu Ruth, a której nigdy nie miał ochoty pić. Fred nie wiedział wiele o związku Vernera z Ruth, więc z całą pewnością nie wymieniali się notatkami na temat preferowanej przez niego kawy. Właściwie Verner nie był pewny, ile powiedział przyjacielowi na temat Ruth. Może wspomniał jej imię i to wszystko.
– Więc? – zapytał Fred. – Niektórzy z nas muszą rano wstać do pracy.
– Mówiłem, żebyś dał sobie z tym spokój, możemy pracować razem, jak za starych czasów – odpowiedział Verner, pomijając pytanie, na które odpowiedzi nie był pewien.
– A ja ci mówiłem, że to nie dla mnie. Jestem dobrym obywatelem i nie będę wymachiwał różdżką na prawo i lewo. Bez głupich żartów.
– Żadnych żartów. Ale powinieneś to przemyśleć, zaczynam właśnie nową ścieżkę kariery, mógłby mi się przydać wspólnik.
– Wywalili cię? – zapytał ze zdumieniem Fred. Nie wiedział, kim dokładnie byli pracodawcy Vernera, ale zawsze mówił o nich w liczbie mnogiej.
– Nie, ja… Chyba tak – przyznał Verner, pakując do ust wyjątkowo duży kęs kanapki.
– Dlatego tu jesteś? Chcesz pieniędzy?
Verner zrobił oburzoną minę i rzucił na stół sakiewkę, którą wcześniej miał w plecaku. Fred zajrzał do niej i uniósł brwi.
– A więc nie chcesz pieniędzy – stwierdził chłodno.
– Nie – odpowiedział Verner, przełykając kanapkę. – Chciałem pogadać. Chyba wpakowałem się w niezłą kabałę.
Fred szturchnął jakąś bransoletkę wysadzaną diamentami, która wystawała z sakiewki. Obok niej widział kilka pierścionków, a dalej zwinięte banknoty. Nie mógł oszacować, ile warte były łupy Vernera, ale domyślał się, że sporo.
– Ścigają cię właściciele tych cacuszek?
– Nie, już mnie dopadli przyjaciele właściciela innego cacuszka – mruknął, po czym dopił kawę i się skrzywił. – Jak ktokolwiek może pić to świństwo.
– Nie mogli być bardzo wkurzeni, skoro jeszcze żyjesz – powiedział Fred, pomijając komentarz na temat kawy. Był zbyt zmartwiony sytuacją przyjaciela, żeby się wdawać w dyskusje na temat wyższości kawy nad herbatą.
– Nie, uznali, że bardziej im się przydam żywy – odparł Verner, po czym opowiedział Fredowi o spotkaniu z Greengrassem i Nottem, a później przypomniało mu się, że powinien dodać też coś o Holly i Lettie, więc przedłużył swoją opowieść aż do momentu, w którym wyszedł z mieszkania Ruth. Nie musiał nic o Ruth mówić, Fred domyślał się, jakie było jej miejsce w życiu Vernera.
– O cholera – skwitował wymownie Fred.
– Mało powiedziane.
– Co w takim razie zamierzasz?
– Chyba nie mam po co wracać na Nokturn. – Verner zamilkł na chwilę i wbił wzrok w sakiewkę. – Mam tego jeszcze trochę w plecaku, wiesz? I się zastanawiałem, czy nie powinienem im czegoś zanieść, skoro już to wszystko zdobyłem, to szkoda by było sprzedawać.
– Masz na myśli tych facetów, którzy cię pobili? – zapytał z niedowierzaniem Fred. – Przecież nie wykupisz się tak niewielkim kosztem. No, relatywnie niewielkim.
– Nie, nie. Holly i Lettie. I Ruth. Kobitki przecież lubią takie świecidełka, nie?
Fred pokiwał głową i przyjrzał się uważniej zawartości sakiewki.
– Gdzieś ty to wszystko zdobył?
– Najpierw szukałem na ulicy, ale to trwało zbyt długo, więc poszedłem do jakiegoś jubilera, rzuciłem confundusa, no wiesz. – Verner wzruszył ramionami. – Sam mi to przyniósł, to co, miałem nie brać?
Uśmiechnął się szelmowsko, ale Fred nie odwzajemnił tego uśmiechu. Schował wszystko z powrotem do sakiewki i wrzucił ją do Vernerowego plecaka.
– Nie powinieneś tego więcej robić, to dużo bardziej niebezpieczne niż te wycieczki po obrazy. Facet na pewno zgłosi to na mugolską policję.
– Nie zgłosi – odpowiedział ze zniecierpliwieniem Verner. – Wyczyściłem mu trochę pamięć.
– I uważasz, że to w porządku?
Verner wzruszył ramionami. Nie zastanawiał się nad tym. Robił po prostu to, na czym się znał. Nie sądził, by potrafił robić cokolwiek innego.
Fred milczał. Najpierw przyglądał się uważnie przyjacielowi, ale w końcu przeniósł wzrok na jakąś figurkę stojącą na regale. Milczenie stawało się coraz bardziej niewygodne, a atmosfera – coraz gęściejsza.
– Chyba powinienem iść. Dzięki za kanapki, Freddie – rzucił Verner.
– Nie ma sprawy. Powinniśmy wyskoczyć na piwo w przyszłym tygodniu, jeśli… no wiesz, nie będziesz zajęty – powiedział Fred, choć jego ton był nieco chłodniejszy niż zwykle.
– Dla kumpla zawsze znajdę czas – zapewnił Verner i poklepał go po ramieniu, po czym wstał i ruszył do wyjścia. Wyraźnie starał się iść prosto.
Fred otworzył usta, jakby chciał mu zaproponować, żeby przespał się na sofie i wrócił do siebie dopiero rano, ale szybko je zamknął i patrzył, jak Verner wychodzi na klatkę schodową, a potem znika gdzieś w mroku nocy. Miał nadzieję, że pójdzie – albo lepiej, teleportuje się – prosto do swojego mieszkania.
Verner jednak się nie teleportował. Poszedł na przystanek i złapał nocny autobus jadący w okolice mieszkania Ruth. Wiedział, że nie powinien, w końcu zawsze ustalali wcześniej, kiedy się zobaczą, więc jego niezapowiedziane pojawienie się na jej wycieraczce będzie złamaniem pewnych zasad. Jasne, pewnie by go nie wyrzuciła za drzwi, ale nie był pewny, czy chce łamać jakiekolwiek zasady, na których opiera się ich związek. W końcu za czymś tak niewinnym jak zjawienie się bez zapowiedzi mogłyby iść o wiele mniej niewinne rzeczy, łącznie z przeglądaniem przez nią katalogów sukien ślubnych. Nie sądził, żeby Ruth należała do tych kobiet, ale wolał nie ryzykować.
A jednak znalazł się przed jej budynkiem. Wlepił wzrok w jej okna; w sypialni paliło się światło i przez chwilę zastanawiał się, co by się stało, gdyby Ruth podeszła do okna i go zobaczyła. Próbował też sobie wyobrazić jej reakcję na którąś z bransoletek, które miał w plecaku. Mógłby jej wręczy diamenty albo szafiry, mógłby jej wręczyć złoto albo platynę, czemu nie. Jak wtedy by na niego patrzyła? Poczułaby się wyjątkowa i doceniona, czy też przejrzałaby go na wylot? Gdyby wiedziała, skąd pochodzi ta biżuteria, wyrzuciłaby go na zbity pysk, tak jak Fred, czy też zaakceptowałaby tego rodzaju źródło zarobku, bo wpisywało się w jej oczekiwania względem niego? Nie wiedział. W tej właśnie chwili dotarło do niego, jak niewiele w gruncie rzeczy wie o Ruth.
Więcej wiedział o Holly; zdawał sobie sprawę, że gdyby wparował do jej mieszkania w takim stanie i z taką ilością biżuterii, kazałaby mu wyjść, a wcześniej posłałaby mu to pełne zawodu spojrzenie. Holly nigdy nie potrafiła się dobrze bawić, zawsze zależało jej na opinii innych ludzi i na tym, żeby postępować zgodnie z zasadami. Należała do tych ludzi, którzy nigdy nie przechodzą na czerwonym świetle, a kiedy znajdą na ulicy pieniądze, rozglądają się za ich właścicielem. Verner wątpił, by coś się w tej kwestii zmieniło.
Nagle, po raz pierwszy od dawna, poczuł wstyd. Naprawdę nie miał nic do zaoferowania ani Holly, ani Lettie. Owszem, miał ze sobą biżuterię wartą parę tysięcy funtów, ale Holly nie chciałaby na nią nawet spojrzeć, bo wiedziałaby, skąd się wzięła. Zastanawiał się, czy wiedza ta przeszkadzałaby Ruth, która miała w końcu o wiele bardziej giętki kręgosłup moralny niż Holly.
Światło w sypialni Ruth zgasło. Verner jeszcze przez chwilę patrzył w jej okno, po czym odwrócił się na pięcie i ruszył na przystanek. Za dużo myślał. Od tego całego myślenia rozbolała go głowa i strasznie zachciało mu się spać. Mógł sobie pozwolić na to, żeby się wyspać, w końcu wykonał kawał dobrej roboty, nawet jeśli nikt nie potrafił tego docenić. Kiedy jednak myślał o zawartości plecaka, zdawał sobie sprawę, jak różna była ona od obrazów i innych dzieł sztuki, które kradł dla Burke’a. Nie potrafił myśleć o niej w takich samych kategoriach, w jakich myślał o obrazach; w kradzieży u jubilera było coś brzydkiego, brudnego i skarlałego, czego należało się wstydzić i co należało zakopać w pamięci gdzieś głęboko, pod stosem niechcianych prezentów gwiazdkowych. O ile w obrazach kryło się piękno i kradzieże umożliwiały mu obcowanie z nim, o tyle w złocie nie było już nic, co chwytałoby go za serce.
Kiedy dotarł do własnego mieszkania, rzucił plecak w kąt i wyciągnął z szafki butelkę Ognistej. Chciał wypalić to dziwne uczucie wstydu i świadomość przekroczenia jakiejś granicy, które dusiły go od środka. Nie rozumiał ich i nie chciał rozumieć, chciał tylko iść spać, ale choć bolała go głowa i choć noc już się kończyła, te dziwne uczucia i splątane myśli nie dawały mu usnąć. Kiedy w końcu zapadł w sen, dręczyły go koszmary, w których uciekał przed magopolicją, by w końcu oberwać tulipanem od starszego Burke’a i zostać trafionym Avadą przez młodszego, a wszystko to przy akompaniamencie śmiechu Rasmusa Greengrassa.

Advertisements
04. poszukiwanie dobra

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s