03. cena piękna

Poeci rozwodzili się nad pięknem nocy, malarze je uwieczniali, kochankowie czerpali z niego własne korzyści, a Verner – choć nie niewrażliwy na specyficzną atmosferę – palił papierosa. Nadal był z siebie zadowolony, może nawet bardziej niż poprzedniej nocy, ponieważ teraz w jego kieszeni nie znajdował się żaden obraz, ale złoto, które za niego dostał. Zarówno kupiec (który zniknął, gdy tylko dostał to, czego chciał), jak i pośredniczący w całej tej transakcji Burke ograniczyli się do minimum, zwiększyli złoto (zapłacone i zainkasowane, w zależności od tego, po której stronie lady się znajdowali) do maksimum, a potem wypchnęli go na Nokturn, całkiem niezainteresowani tym, co zrobi ze swoim zarobkiem. Początkowo miał zamiar iść od razu do banku – nie zatrzymywać się po drodze nigdzie poza punktem wymiany walut, bo mugolskie banki były idiotycznie uprzedzone do galeonów. Wiedział z doświadczenia. Kiedy jednak kilka godzin później wytoczył się z jakiegoś baru, nie był już przekonany co do tego pomysłu. Banki były podejrzanymi instytucjami, którym nikt przy zdrowych zmysłach nie powierzyłby tak ciężko zarobionych pieniędzy, które mógłby przeznaczyć na inne cele. Vernerowi nie przychodziły akurat żadne do głowy, ale rozlewające się po całym ciele ciepło i znajome palenie w gardle świadczyły o tym, że niebawem osiągnie stan, w którym wpada się wyłącznie na genialne pomysły.
To było jednak wczoraj, a dziś Vernerowa sakiewka nie była już tak wypchana, humor szampański, a pomysły genialne. Co więcej, w jego głowie raz po raz coś przytupywało i wywijało salta, choć teraz i tak było lepiej niż rano. To znaczy koło piętnastej. Przez jakiś czas leżał i patrzył w sufit, a potem, kiedy się zmęczył, już tylko leżał. Później uznał, że powinien wziąć prysznic i coś zjeść, więc spędził jeszcze jakiś czas na leżeniu i myśleniu, aż zrobiło się ciemno. To go zmotywowało, żeby wstać.
Jakiś czas później znajdował się w dość dziwnej pozycji na parapecie, w połowie przez niego przewieszony, w połowie o niego oparty. Oparcie całkowite było niemożliwe, bo wymagało obydwu łokci, a jeden musiał zaangażować się w podtrzymywanie firanki. Verner nie chciał, żeby zajęła się ogniem; właściwie w ogóle nie chciał o tej firance myśleć i nie miał pojęcia, dlaczego jej właściwie nie zdjął. Zawsze jednak w końcu zapominał i pozwalał jej wisieć w spokoju, czasami tylko przeklinając jej istnienie, kiedy mierzwiła mu fryzurę. Wkrótce oparcie nawet jednołokciowe stało się niemożliwe, ponieważ dwa szybkie ciosy przygniotły go boleśnie do ramy okiennej.
– Co jest, kurwa? – warknął, próbując odwrócić głowę. Papieros już wcześniej wypadł mu z ust, poturlał się po parapecie i spadł gdzieś na ziemię.
Gdyby miał czas zastanawiać się nad swoją sytuacją, pewnie przypomniałby sobie, że dawno nie sprawdzał zaklęć zabezpieczających. Ba, nie był nawet pewien, czy poprzedniej nocy zamknął za sobą drzwi. Tylko kto w jego dzielnicy by się tym przejmował? Verner i tak nie miał telewizora, który mugole mogliby chcieć ukraść, a samo mieszkanie wyglądało możliwie niezachęcająco. W takim razie dlaczego ktoś zadawał sobie trud, żeby go obezwładniać?
– To my będziemy zadawać pytania – odpowiedział jakiś głos; chłodny i dość niski, niewątpliwie męski.
– To może zacznijcie, nie mam całego dnia – warknął Verner.
Jego słowa miały udowodnić, że się nie boi niczego, choć w rzeczywistości bał się i to bardzo. Bał się, że zabiorą złoto lub go zabiją – w końcu byłoby to takie łatwe, nikt mógłby się nawet nie dowiedzieć. Ot, zaginięcie czy nieszczęśliwy wypadek, kolejne nazwisko w gazecie, gdzieś na przedostatniej stronie, jeśli w ogóle na jakąś wzmiankę zasłuży. Vernerowi robiło się słabo na samą myśl.
Czyjaś pięść zdzieliła go w szczękę tak mocno, że cały świat mu na chwilę pociemniał przed oczami.
– Jesteś nieuprzejmy – poinformował go głos, a Verner nabrał przekonania, że nie jest to głos związany z pięścią, a raczej odpowiedzialny za sterowanie nią. Pięść jednak z całą pewnością miała własny głos, po prostu jeszcze go nie używała.
Verner splunął, z pewną fascynacją patrząc na ślinę wymieszaną z krwią. Dawno nie oberwał; w jego pracy ważniejsza była raczej dyskrecja i unikanie konfrontacji, toteż metaliczny smak krwi, który pojawił się w jego ustach, był znajomy, a jednocześnie zapomniany. I nieco ostudził jego chęć pokazania, że się nie boi.
Na chwilę zapadła cisza, a Verner jeszcze raz splunął – wiedział, że parapetowi to nie zaszkodzi, a chciał coś zrobić, żeby przypomnieć głosowi, że nadal tu jest i nie skończyli rozmowy. Głos musiał jednak przeszukiwać jego rzeczy, bo milczał, ale z przeciwległego kąta pokoju dobiegało szuranie. A może był ktoś jeszcze?
– Gdzie jest obraz? – zapytał w końcu głos.
– Jaki obraz?
Kolejny cios pięścią dał mu do zrozumienia, że to nie była najlepsza odpowiedź. Verner zaczął się martwić o swoje zęby – był jeszcze młody, potrzebował ich. Nie był pewien, czy uzdrowiciele potrafią wstawiać nowe. Nie był pewien, czy kiedy głos i pięść z nim skończą, będzie w ogóle mógł iść do jakiegoś uzdrowiciela.
– Obraz, który ukradłeś przedwczoraj w nocy – powiedział głos, najwyraźniej rozbawiony całą tą sytuacją.
– Mógłbym się znaleźć całym ciałem w mieszkaniu? – zaryzykował Verner, niemal pewien, że ponownie oberwie. Nie chciał jednak zdradzać wszystkich swoich sekretów całemu Londynowi.
Nie usłyszał żadnej odpowiedzi, ale najprawdopodobniej został wykonany jakiś gest, bo poczuł, że ktoś szarpnął go za ramię i powalił na podłogę. Oglądał teraz świat do góry nogami i mógł dopasować twarze do głosu i do pięści, z którymi zapoznał się wcześniej. Pięść połączona była z ciałem dość pokaźnych rozmiarów, częściowo składającym się z mięśni, częściowo z tłuszczu, co sprawiało, że Verner nie mógł zdecydować, jak właściwie określić posturę mężczyzny: muskularny, nabity, dobrze odżywiony? Zdecydował, że rozważy tę kwestię później, kiedy nie będzie narażony na czujne spojrzenie pary ciemnych oczu tego mężczyzny ani przeszywające, analizujące spojrzenie pary zielonych oczu drugiego, mniej postawnego mężczyzny, który w tym duecie był raczej mózgiem.
Jakie to typowe, może jestem w kiepskiej komedii, ale nikt mnie nie poinformował, przemknęło Vernerowi przez myśl. Potem jednak posiadacz zielonych oczu uśmiechnął się złośliwie i stało się jasne, że o żadnej komedii mowy być nie może.
– To jak z tym obrazem? Tracimy czas – powiedział.
Verner poczuł kopnięcie w żebra. Na tyle słabe, by ich nie uszkodzić i na tyle mocne, żeby skłonić go do mówienia. Kopiący wyraźnie się na tym znał, co Vernerowi ani trochę się nie podobało, bo wcale się nie znał na byciu kopanym.
– Sprzedałem!
– Komu? – zapytał mniejszy z mężczyzn. Osiłek milczał, wpatrując się w Vernera z niechęcią.
– Nie wiem.
Kolejne kopnięcie nie odświeżyło mu pamięci, co z kolei nie podobało się facetowi od zadawania pytań. Westchnął, co sprawdziło, że osiłek przeniósł na niego wzrok.
– Możliwe, że źle to wszystko zaczęliśmy – powiedział w końcu zielonooki. – Rasmus Greengrass, miło mi.
Verner leżał na podłodze i wytrzeszczał oczy. Nie miał pojęcia, jak powinien zareagować. Najwyraźniej jednak Greengrass wiedział, czego oczekuje, bo wykonał kolejny gest i osiłek podniósł Vernera, a potem popchnął go w kierunku pustego krzesła. Verner niepewnie na nim usiadł, a kiedy poczuł na sobie spojrzenie Greengrassa, burknął:
– Verner.
– A to jest Constantine Nott, mój znajomy – dopowiedział Greengrass, wskazując na osiłka. – Doskonale, wszyscy się już znamy.
W pokoju zapadła cisza. Verner patrzył na nich z niedowierzaniem – jak to, włamali się tu, pobili go, a teraz odgrywają jakieś scenki rodzajowe z podręcznika do savoir-vivre’u?
– Herbata? – odezwał się po raz pierwszy Nott.
Greengrass pokiwał głową.
– Świetny pomysł. Może nasz nowy kolega, Verner, bardziej się otworzy przy herbacie.
Jakieś pięć minut później wszyscy trzej siedzieli przy stole, a przed każdym z nich stał jakiś odrapany, wyszczerbiony kubek pełen parującego napoju. Verner nie mógł się napić swojego, nawet gdyby chciał, bo rzucono na niego zaklęcie przywiązujące go do krzesła. Greengrass wyjął z kieszeni fiolkę z eliksirem i zaczął obracać ją w palcach.
– Widzisz, Vernerze, jesteśmy już znajomymi, ale jeszcze nie możemy sobie ufać, prawda? Parę kropel tego płynu sprawi, że ta sytuacja się zmieni.
– Eliksir prawdy? – zapytał ze zdumieniem Verner.
Greengrass wyszczerzył do niego zęby, ale nie było w tym ani grama wesołości; wyglądał raczej jak wilk, który próbuje przestraszyć swoją ofiarę. Nott nie zareagował. Hałaśliwie mieszał swoją herbatę.
Wszystko to wydawało się Vernerowi niemożliwe i nierzeczywiste, jakby nie obudził się jeszcze ze snu albo jakby przeniósł się do innego świata. Cała ta wizyta nie miała sensu; czy może raczej miała go tak długo, jak długo obrywał, ale zaczęła go błyskawicznie tracić, kiedy jego niedoszli oprawcy zaparzyli sobie w jego kuchni herbatę i usiedli razem z nim przy jednym stole. Podejrzewał, że któregoś razu coś takiego jak ich wizyta może mu się przytrafić – po to rzucał zaklęcia ochronne – ale…
– Czego ode mnie chcecie? – zapytał.
– Informacji o obrazie – odpowiedział Greengrass, stawiając fiolkę z eliksirem na stole. Patrzył na nią długo, po czym przeniósł wzrok na Vernera. – I tak się dowiemy, nie wolisz oszczędzić sobie przykrości?
Verner nie chciał im niczego powiedzieć, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że jeśli wciągnie w całą sprawę Borgina i Burke’a, może pożegnać się z dalszymi zleceniami od nich. Dali mu do zrozumienia, że jeśli wpadnie w tarapaty – musi sobie radzić sam, nie skiną różdżką, żeby mu pomóc, a jeśli zrobi cokolwiek, żeby im zaszkodzić, spotka go po stokroć gorszy los, niż gdyby tego nie zrobił. Tego rodzaju lojalność nie rozciągała się jednak na człowieka, który dał Vernerowi sakiewkę. Problem w tym, że – podobnie jak inni jego rodzaju – nie przedstawił się ani nie zostawił wizytówki.
– Skoro nie chcesz nam nic powiedzieć… – westchnął teatralnie Greengrass, odkorkowując buteleczkę z eliksirem.
– Tylko nie przesadź – powiedział Nott, pijąc łyk swojej własnej herbaty. – Nadal za mało słodka.
– Cukier mu się skończył, widać chłopak nie dba o gości – odpowiedział Greengrass, wlewając parę kropel płynu na herbaty Vernera.
– To jest eliksir prawdy? – zapytał Verner, który poczuł na plecach zimny dreszcz. Z równym powodzeniem mogłaby to być trucizna, bo obydwie substancje doprowadzą do tego, że zginie. W sumie trucizna załatwiłaby sprawę szybciej, ale pewnie zdawali sobie sprawę, że wtedy nie zdążyłby im nic powiedzieć.
– A jak sądzisz?
Verner zacisnął zęby na chwilę, starając się zebrać myśli. W końcu przypomniał sobie jeden szczegół, który, jak miał nadzieję, mógł mu uratować życie.
– Wiem, kto go kupił – powiedział, patrząc prosto w oczy Greengrassa.
– Naprawdę? – Rasmus przekrzywił głowę, przyglądając mu się uważnie.
– Taki chuderlawy, raczej stary facet. Nazywał się Theo.
– Theodore to dobre imię – stwierdził Nott, posyłając Greengrassowi wymowne spojrzenie. – Jak nadawaliśmy je naszemu chłopakowi, to…
– Wystarczy, Constantine – odparł przesłodzonym tonem Rasmus, po czym zwrócił się do Vernera: – Skąd mamy wiedzieć, że właśnie go nie wymyśliłeś?
W pomieszczeniu znów zapadła cisza, jako że wszyscy trzej zdawali sobie sprawę, że istnieje tylko jeden sposób, by przekonać się, czy te słowa były zgodne z prawdą – Verner musiałby wypić herbatę z veritaserum, czego jednak miał zamiar uniknąć. Zaczynał się dziwić, że nie oberwał jeszcze Crutiatusem. W pewnych kręgach przecież właśnie w ten sposób prowadzono wszelkiego rodzaju przesłuchania.
– W takim razie zabaw nas opowieścią o tym, jak udało ci się zdobyć ten obraz – powiedział w końcu Greengrass, upijając łyk swojej herbaty. Teraz na stole został już tylko jeden pełny kubek.
Verner nie protestował; powiedział, ile mógł, pomijając niektóre szczegóły albo podkreślając inne, by zatuszować niedociągnięcia w tej historii. Starał się mówić długo, bo mu nie przerywali, nie pytali o nic, o czym nie chciał mówić, nie wlewali mu herbaty do gardła. Innymi słowy, sytuacja była całkiem znośna, dopóki mówił. Verner należał do ludzi, którzy nie zawsze czują potrzebę mówienia, ale kiedy już zaczną, mogą kontynuować słowotok bez większych przeszkód, choć zdolni do produkcji tego rodzaju słowotoku są tylko raz na jakiś czas. Słowotok Vernera dojrzewał w nim od dawna i teraz właśnie wydostawał się na zewnątrz, oblepiając uszy Greengrassa i Notta mieszanką półprawd, prawd całkowitych i całkowitych kłamstw, które tworzyły razem kompozycję barwną i interesującą. Pewnie jeszcze by gestykulował, ale był przykuty do krzesła, a kilka prób poruszenia się sprawiło, że mebel zatrząsł się, podobnie jak stół. Verner odważył się jeszcze kilka razy wprawić stół w drżenie i najpewniej by przewrócił w końcu kubek z herbatą, gdyby Greengrass nie podniósł naczynia.
– Tyle chyba wystarczy, co? – zapytał Notta, który pokiwał głową.
Verner zbladł. Za chwilę wleją mu to do gardła, a on będzie musiał powiedzieć im wszystko, co wie, wszystko, co do ostatniego faktu, co do najmniej istotnego zdarzenia.
– Młody Burke jednak trochę zna się na ludziach – mruknął Nott.
– Szczęście i tyle – odpowiedział Greengrass, po czym zwrócił się do Vernera: – Skoro już wszystko wiemy, możemy zostać przyjaciółmi, co, Verner? Burke powiedział, że zgodzisz się coś dla nas zrobić, jeśli cię przekonamy, ale uznaliśmy, że źle na to wszystko patrzył. Widzisz, ukradłeś dla niego obraz należący do innego naszego przyjaciela i od razu nas poinformował, jak cię znaleźć. To nie najlepszy przykład lojalności, prawda, Vernerze?
Verner wymownie milczał; dobrze wiedział, że nie o Burke’a w tym wszystkim chodziło, a prawdopodobnie nawet i nie o ten obraz, który ukradł. Jasne, obraz był świetną przykrywką, ale gdyby chcieli go odzyskać, nie siedzieliby tu z nim i nie pili jego herbaty.
– Nie podobało nam się to ani trochę, ale uznaliśmy, że przyda nam się ktoś taki, kto wykona precyzyjną robotę i nie będzie chodził później po Nokturnie i się przechwalał. To rzadkość, wiesz?
Wiedział, jasne, że wiedział. Dlatego trzymał się z daleka od Nokturnu, gdzie co chwilę wpadałby na kogoś, kto chciałby z nim wypić kieliszek Ognistej, a potem wyciągnąć wszystkie sekrety. Widział już takie przypadki, słyszał przechwałki dzieciaków, które miały jeszcze mleko pod nosem i które później znikały w tajemniczych okolicznościach. Nie jestem od nich lepszy, powtarzał sobie. W każdej chwili mogę skończyć jak oni.
– Nie musisz się nas bać, Verner, przecież powiedziałem, że jesteśmy przyjaciółmi! – Rasmus posłał mu szeroki uśmiech, ale jego oczy nadal pozostały chłodne. Prawdopodobnie świetnie się bawił i Verner nie miał zamiaru przerywać mu tego przedstawienia. – Proponuję zatem przyjacielski układ. My cię nie zabijemy za to, że pozbawiłeś naszego przyjaciela pamiątki rodowej, a ty za to wykonasz dla nas parę robótek. Jeśli dobrze się sprawisz, może nawet ci zapłacimy.
– Ale Burke… – zaczął Verner, zanim zdążył ugryźć się w język.
– Burke chciał cię sprzedać, żeby ratować własną skórę, naprawdę sądzisz, że jesteś mu coś winien? – zapytał Greengrass. Zanim Verner odpowiedział, ciągnął dalej: – Oczywiście nie zabraniamy ci kontynuować układu, który z nim zawarłeś, ale nasze zlecenia będą priorytetowe. Co ty na to, przyjacielu?
Verner wiedział, że nie ma wyboru. Całe to mówienie o przyjaźni, zaufaniu i lojalności nic nie znaczyło – no, może z wyjątkiem tego ostatniego, ale i tak była to lojalność raczej jednostronna. Inna była raczej rzadkością, co tylko potwierdzał sposób, w jaki Burke go potraktował.
– Mogę się na to zgodzić – powiedział w końcu, choć wiedział, że nie była to jego najlepsza decyzja i pewnie pożałuje jej raczej prędzej niż później.
– Świetnie – ucieszył się Greengrass, a następnie sięgnął po kubek, w którym znajdowała się herbata z eliksirem prawdy. Verner na wszelki wypadek zacisnął usta, ale Rasmus sam upił łyk płynu. – Wybaczysz, prawda? Od tego gadania zaschło mi w gardle.
– Ale… veritaserum… – wydukał Verner, czując się jak wyjątkowy kretyn.
– Jakie veritaserum? Jesteś zbyt małą płotką, żeby zasłużyć na eliksir, przyjacielu – odpowiedział. – Wlaliśmy tu zwykłą wodę. Musisz jeszcze popracować nad sobą, jeśli chcesz dożyć… ile masz lat?
– Dwadzieścia osiem.
– W takim razie jeśli chcesz dożyć trzydziestych trzecich urodzin. Trzydziestych piątych, jeśli będziesz miał szczęście.
Greengrass odstawił kubek i zdjął zaklęcie, które uniemożliwiało Vernerowi wstanie z krzesła. Schował różdżkę do wewnętrznej kieszeni, a następnie wyciągnął rękę do swojego nowego współpracownika.
– Cieszę się, że udało nam się porozumieć – powiedział. – Niebawem się odezwiemy, a póki co zalecałbym dużo wypoczynku, może wizytę u uzdrowiciela…
– Uzdrowiciela? – zdziwił się Verner. Coraz mniej rozumiał z tego, co działo się wokół; może częściowo odpowiadał za to wypity poprzedniego dnia alkohol, ale wszystko byłoby o wiele prostsze, gdyby nie gierki Rasmusa.
– Tak – potwierdził, uśmiechając się szeroko. Znów przypominał bardziej wilka niż człowieka. – W końcu, przyjaciel czy nie, ukradłeś ten obraz. Powinniśmy pokazać ci, jak wygląda lojalność, prawda, Nott?
Nott również się uśmiechnął. Nie przestawał się uśmiechać przez kilkanaście następnych minut, które w świadomości Vernera zlały się w jedno bolesne wspomnienie.

Advertisements
03. cena piękna

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s