02. piękno

Verner nigdy nie był zwolennikiem restrykcji i obostrzeń, które ograniczały jego wolność. Lubił myśleć, że jest panem własnego losu, niezależnym od całego świata i samowystarczalnym; w dużej mierze zgadzało się to z prawdą, w końcu nie miał żadnego stałego źródła dochodu ani nikogo na utrzymaniu, nie musiał się martwić właściwie o nikogo poza sobą. W każdej chwili mógłby zniknąć, przenieść się do Paryża, Berlina czy Wiednia. Mógłby zmienić nazwisko, gdyby tylko zapłacił odpowiednim ludziom trochę złota. Mógł wyczyścić czyjąś pamięć, mógł zmusić innych do działania, mógł ich okraść czy oszukać… W obliczu tylu niewykorzystanych możliwości – a nie wykorzystywał ich tylko dlatego, że nie chciał – czuł, że świat byłby naprawdę nie w porządku, gdyby zabraniał mu zapalić papierosa tam, gdzie mu się podoba. No więc zapalił – w tym parku, ostoi zieloności i wesołości, pełnej rodzin z dziećmi, rozbrykanych szczeniaków i piłek nadlatujących znikąd. Poczuł się trochę lepiej; nie palił przy Ruth, odkąd powiedziała, że to strasznie męskie, ale zbyt śmierdzące, żeby to tolerowała, więc jeśli chce palić, to może, ale ma wyjść na balkon. Powiedziała to w styczniu, kiedy na zewnątrz panowała ujemna temperatura, a on akurat leżał pod jej ciepłą kołdrą. Nie chodziło nawet o to, że wziął sobie do serca jej zakaz palenia w mieszkaniu, po prostu miał dość jej narzekania na takie pierdoły. A to dym ją drażni, a to chce, żeby zmywał po sobie naczynia, a to narzeka, że nie opuścił klapy w sedesie… Oczywiście narzekała tylko przez chwilę, a potem zmieniała temat i przywoływała uśmiech na twarz, ale Verner zwykle się krzywił i szybko wychodził, zanim Ruth postanowi przestać się uśmiechać i zacząć na niego krzyczeć, jakby miała do tego prawo. Każda z jego kobiet prędzej czy później uznawała, że ma do tego prawo; że należał do niej w stopniu uprawniającym ją do takiego zachowania. Wszystkie szybko przekonywały się, że tak nie było. Szkoda, gdyby musiał zostawić Ruth, była całkiem niezła w porównaniu z innymi – mniej zrzędziła, zadawała mniej pytań i nie miała psa ani kota. Verner przekonał się, że większość zwierząt, nieoswojonych z czarodziejami, fukała na niego lub szczekała, wyrywała się i zachowywała przesadną ostrożność, by w najmniej spodziewanym momencie rzucić się na niego. Do tej pory pamiętał, jak musiał w środku nocy uciekać od Emily, bo jej pers rzucił się na jego plecy i boleśnie wbił w nie pazury; zrzucił z siebie kota, co nie spodobało się jego właścicielce, które w mgnieniu oka wyrzuciła ubranie Vernera na klatkę schodową i kazała mu się wynosić. Nie było to szczególnie przyjemne, zwłaszcza że zapomniała wrzucić za drzwi jego koszulę i strasznie zmarzł, bo pod kurtkę ciągle wpadały mroźne podmuchy styczniowego wiatru. Tak więc mógł tolerować zakaz palenia, który narzuciła mu Ruth, o ile nie planowała kupić sobie żadnego z tych krwiożerczych potworków.
Usiadł na jednej z ławek, przez chwilę przyglądając się spacerującym po trawniku gołębiom. Ptaki nie miały takiego problemu z czarodziejami, może za często widziały sowy z listami albo po prostu były za głupie, żeby odróżniać czarodzieja od mugola.
– W parku nie wolno palić! – powiedział głośno jakiś dziecięcy głosik.
Verner spojrzał na ciemnowłosą dziewczynkę, która patrzyła na niego bardzo poważnie. Mogła mieć jakieś pięć lat, ale nie był pewien, nie znał się na dzieciach. Nie miał nawet pojęcia, że może im przeszkadzać łamanie jakichś zasad – w końcu same albo ich nie znały, albo je łamały na okrągło, szczególnie te wszystkie zakazy gry w piłkę czy deptania trawników, których rzekomo nie zauważały. A jednak dziewczynka wyglądała, jakby jego zapalony papieros miał się przyczynić do upadku świata. Westchnął, raz jeszcze się zaciągnął, a potem rzucił niedopałek na chodnik i przydepnął butem.
– Zadowolona? – zapytał.
– W parku nie wolno śmiecić – odpowiedziała i popatrzyła na niego, jakby był najgorszym przestępcą, jakiego spotkała. Prawdopodobnie tak właśnie było i Vernerowi strasznie chciało się śmiać, że dziecko potępia go za coś tak niewinnego jak palenie w parku.
Nie chodziło o to, że Verner źle się czuł z powodu tego, jak zarabiał na życie. Zwykle nie oceniał tego w żaden sposób – ot, alternatywa wobec nudnej i legalnej pracy za jakimś biurkiem czy barem. Czasami, zwłaszcza po wizycie na Nokturnie, kiedy nie mógł usnąć i nie miał obok siebie kogoś, kto mógłby mu pomóc pozbyć się czarnych myśli, zastanawiał się, czy nie powinien zająć się czymś innym; nie chodziło mu jednak o wyrzuty sumienia, ale obawiał się, że jego dobra passa trwa za długo, że każde kolejne włamanie może być tym, po którym uzna, że jest geniuszem i nikt go nie złapie. Zdawał sobie sprawę, że w momencie, w którym tak pomyśli – dokładnie w tym momencie – jego szczęście się skończy i wyląduje w jakimś rowie z raną kłutą lub postrzałową, w zależności od kreatywności tego, kto go złapie. Verner nie był samobójcą, wręcz przeciwnie – naprawdę lubił życie, dlatego starał się jednocześnie pamiętać o tym zagrożeniu i nie myśleć zbyt często o tym, jak jego historia może się zakończyć. Nie interesowało go zakończenie, kiedy środek był tak ciekawy.
Dziewczynka nadal stała koło niego, aż w końcu posłała mu poirytowane spojrzenie (jak to jest, że wszystkie kobiety potrafią od najmłodszych lat posyłać dokładnie to samo poirytowane spojrzenie?), kucnęła i podniosła niedopałek, krzywiąc się z obrzydzeniem. Zaniosła go do kosza i wyrzuciła, a potem usiadła obok Vernera na ławce.
– Dlaczego jest pan niegrzeczny? – zapytała.
– Nie powinnaś rozmawiać z nieznajomymi – odpowiedział jej Verner, bo lepsza odpowiedź nie przyszła mu do głowy; zresztą nie miał zamiaru dyskutować o swojej wątpliwej moralności z pięciolatką. – Właściwie gdzie są twoi rodzice? Nie powinnaś teraz irytować swojego własnego ojca?
– Mój tatuś umarł, ale bardzo mnie kochał i był smutny, że musi mnie zostawić – powiedziała z jakąś dziwną dumą, jakby to czyniło z jej ojca bohatera.
Pewnie to jakiś skończony dupek, jeden z tych pijanych kierowców, pomyślał Verner, którego irytowały samochody. Powinien się do nich przyzwyczaić, ale wydawało mu się, że jest ich za wiele, a do tego są zupełnie niepotrzebne. Tylko wyskakują zza zakrętów i trąbią na ludzi, którzy się niefortunnie aportowali.
– To smutne – rzucił, ale ton jego głosu nie świadczył o tym, by naprawdę odczuwał jakiś smutek.
– Wiem! – odpowiedziała dziewczynka, która z kolei brzmiała, jakby upajała się całą tą historią. – Byłam z tego powodu bardzo smutna, ale już jest w porządku, bo zamieszkał z nami Charlie, a on robi pyszne francuskie tosty, więc nie mam nic przeciwko. No i powiedział, że może być moim tatą, skoro jest tatą Susie, a ja się zgodziłam, bo byłoby dziwnie. Susie to moja siostra, która jest dzidziusiem. A ja jestem Lettie.
Verner zamrugał. Nie wiedział nawet, że dzieci są w stanie wyrzucać z siebie takie potoki słów. W ogóle niewiele o nich wiedział i niespecjalnie chciał się dowiadywać więcej.
– Miło mi – skłamał, niepewny, jak powinien się zachowywać w rozmowie z Lettie – ale powinniśmy poszukać twojej mamy albo twojego… Charliego.
– Mamusia i Susie są tam – powiedziała, machając ręką w kierunku, z którego prawdopodobnie przyszła. – Huśtawki są zajęte, bo w parku jest dużo dzieci, a ja lubię się huśtać, ale mamusia powiedziała, że mam poczekać na swoją kolej, więc poszłam się przejść i zobaczyłam, że łamiesz zasady!
Ostatnie dwa słowa wypowiedziała z tak szczerym oburzeniem, że Verner aż się uśmiechnął.
– Zachowałem się okropnie i jest mi z tego powodu przykro, ale powinnaś wrócić już do swojej rodziny.
– Nie mogę iść sama, mamusia mówiła, że nie mogę chodzić po parku sama, bo to niebezpieczne – odpowiedziała Lettie, rozglądając się wokół, jakby nagle coś miało wyskoczyć zza krzaków i ją porwać. – Chociaż nie widzę tu nic niebezpiecznego, może mamusia się pomyliła.
Za parę lat będzie z nią trudno wytrzymać, prawie współczuję jej matce, przemknęło Vernerowi przez myśl, ale na głos powiedział:
– Przyszłaś tu sama, więc możesz po prostu wrócić tą samą drogą.
– Nie mogę iść sama! – oburzyła się Lettie. – Musisz mnie odprowadzić – zażądała, chwytając go za rękę.
– Ale przecież mnie nie znasz, skąd wiesz, że nie jestem złym człowiekiem – zaprotestował, bo ostatnie, czego chciał, to szukanie rodziny dziewczynki.
– Nie jesteś zły, bo przestałeś łamać zasady – oświadczyła stanowczo. – A teraz zabierz mnie do mamusi, chcę pić.
Nie zdążył jednak nawet wstać z ławki, kiedy obok niego zjawiła się jakaś kobieta, a tuż za nią – mężczyzna popychający wózek z dzieckiem. Verner nie wiedział, w jakim mogło być wieku, ale nie wyglądało na dzidziusia, choć tak właśnie opisała je Lettie. (Nie miał bowiem wątpliwości, że jest to rodzina dziewczynki, która zerwała się z ławki i przytuliła do nóg kobiety).
– Lettie, co mówiłam o oddalaniu się od nas? – zapytała kobieta, przykucając przy dziewczynce i przytulając ją do siebie. – Strasznie się wystraszyłam, kiedy zobaczyłam, że cię nie ma, nie powinnaś tak znikać, mogło ci się coś stać.
– Nic mi nie jest, mamusiu – powiedziała Lettie tonem, który sugerował, że jej matka przejmuje się niczym i w ogóle zachowuje się dziwacznie. – Poza tym ten pan łamał zasady, więc mu powiedziałam, że to nieładnie!
– Przepraszam pana za Lettie, ona… – zaczęła kobieta i w końcu przeniosła wzrok na Vernera, który już od dłuższego czasu na nią patrzył.
– Holly? – zapytał, chociaż jego głos zabrzmiał dziwnie obco.
Nie spodziewał się, że ją jeszcze kiedyś spotka, choć racjonalna część jego umysłu podpowiadała, że nie ma w tym nic dziwnego, w końcu oboje mieszkają w Londynie. Zawsze istniało prawdopodobieństwo, że wpadną na siebie w autobusie lub w sklepie, choć Verner wolałby myśleć, że wszystkie kobiety, z którymi przestawał się widywać, w magiczny sposób znikały. Ba, czasami nawet myślał, że może Sinobrody nie miał takiego złego pomysłu, chociaż trzymanie tylu dowodów w jednym miejscu świadczyło o niewątpliwej głupocie. Ale przynajmniej Sinobrody nie wpadał na swoje byłe w barze, kiedy był wstawiony i skłonny do podejmowania złych decyzji, albo w parku, kiedy kilka chwil wcześniej został zbesztany przez kilkuletnią córkę rzeczonej byłej.
– Verner, co tu… – zaczęła, ale najwyraźniej przypomniała sobie, że są w parku, więc pytanie go o to, co tu robi, nie miało najmniejszego sensu. – Nie sądziłam, że kiedykolwiek spotkam cię w parku w niedzielne popołudnie. Spacer z rodziną?
Verner się skrzywił. Nie był pewien, czy Holly świadomie próbowała go zirytować, czy też wychodziło jej to niechcący, ale czuł się rozdrażniony. Nie do końca tak wyobrażał sobie ich spotkanie po latach, choć – prawdę mówiąc – nie było źle. Nie oberwał w twarz, nie zaczęła go wyzywać, nie uciekła z krzykiem. Mógł sobie poradzić z odrobiną irytacji.
– Żadnej rodziny, po prostu doceniam ładną pogodę – odpowiedział. – Ale widzę, że ty jesteś rodzinna za nas dwoje, chociaż młoda wspominała coś o jakiejś śmierci…? – zawiesił głos, posyłając jej szyderczy uśmiech.
Holly nieco pobladła, ale zacisnęła zęby i odwróciła się do faceta z wózkiem. Chwilę rozmawiali, a Verner przyglądał się jego rudawym włosom, niebieskim oczom i okularom w nieco kanciastych oprawkach, jakby próbował ocenić, co było w nim takiego, że Holly postanowiła zostać jego kobietą. Spojrzenie to nie należało do najprzyjemniejszych i Charlie kilka razy zerknął na niego nad czubkiem głowy Holly, która mu coś tłumaczyła. Verner nie był pewien, jak mógłby zinterpretować jego zerknięcia, ale uznał, że właśnie zaklasyfikowano go jako potencjalnego rywala. Co samo w sobie było komiczne, ale nie miał zamiaru jeszcze bardziej wtrącać się w życie rodzinne Holly.
Narada najwyraźniej dobiegła do końca, bo Charlie powiedział, że zabiera dziewczynki na lody, a Lettie zaczęła tańczyć wokół wózka, wykrzykując, jakie smaki chciała zjeść. Na chwilę się zatrzymała i, kiedy już mieli odchodzić, podeszła do Vernera.
– Niech pan już więcej nie łamie zasad, bo nie dostanie pan nigdy lodów – powiedziała i pobiegła za wózkiem.
Holly została. Założyła za ucho kasztanowe włosy i usiadła na ławce w możliwie dużej odległości od Vernera. Przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa i przypadkowy przechodzień mógłby ich wziąć za ludzi, którzy właśnie dotarli do tego niezręcznego momentu pierwszej randki, kiedy neutralne tematy się wyczerpały, a nie pojawiły się jeszcze żadne inne. W rzeczywistości jednak przyglądali się sobie, jakby próbowali porównać twarz osoby siedzącej obok z tą, którą pamiętali sprzed lat.
– Tatuś umarł, ale było mu przykro i ją kochał, co? – zapytał Verner, wyjmując z kieszeni następnego papierosa. Uznał, że teraz nikt mu nie powie, że powinien go zgasić.
Holly przez chwilę wyglądała jak sarna w światłach reflektorów, ale potem zrobiła głęboki wdech i na jej twarzy odmalował się wyraz ponurej determinacji. Wiedziała, że rozmowa nie będzie łatwa, ale nie mogła od niej uciec.
– Może nie uwierzysz, ale nie mogłam jej powiedzieć, że tatuś był pieprzonym tchórzem i uciekł, kiedy tylko dowiedział się, że jestem w ciąży – powiedziała. – I zgaś to świństwo, w parku nie wolno palić.
– Powiedziałem ci, żebyś się jej pozbyła, nie? Powiedziałem, że to zły czas na dziecko i jeśli ją chcesz, to beze mnie – przypomniał, wypuszczając dym w drugą stronę, żeby wiatr nie poniósł go w jej kierunku. Nie można powiedzieć, że nie był uprzejmy.
– I uważasz, że to było w porządku? – zapytała, unosząc brwi. – Myślałam, że przez tych kilka lat dorośniesz, ale najwyraźniej nadal jesteś rozwydrzonym dzieciakiem.
– Zamierzasz jej o mnie powiedzieć? – Udawał, że w ogóle jej nie słyszał. Był wyjątkowo dobry w puszczaniu mimo uszu tego rodzaju tekstów, słyszał je już zbyt często.
– Dlaczego bym miała? Charlie ją kocha, ona kocha jego…
– To nieuczciwe – powiedział, chociaż nie był pewien, dlaczego sprawia wrażenie, jakby mu zależało.
W ciągu ostatnich kilku lat rzadko myślał o Holly i o jej dziecku – jej, nigdy ich – chociaż wiedział, że gdzieś tam są. Nie próbował ich odnaleźć, nie myślał nawet o wysyłaniu im paru funtów. Teraz, kiedy poznał Lettie, niewiele się zmieniło, nadal nie widział w swoim życiu miejsca dla czegoś tak małego, kruchego i głośnego. Dlaczego zatem rozmawiał z Holly? Chciał ją zdenerwować, ale był też ciekawy, co mu powie na temat dziecka.
– Nie masz prawa mówić o uczciwości – warknęła Holly. – Nie masz też praw do Lettie, nikt nie wie, że jesteś jej ojcem i tak zostanie. Najlepiej zapomnij, że nas tu widziałeś, bo nie pozwolę ci wejść z buciorami w jej życie tylko po to, żeby uciec, kiedy ci się będzie podobało.
– Lepiej, żeby wierzyła w tę bajeczkę, którą jej powiedziałaś? – Uniósł brew i zaciągnął się papierosem. Wyglądał, jakby nie miał ani jednej troski i Holly go za to nienawidziła.
– Ojciec z tej bajeczki może jej zaoferować więcej niż ty – powiedziała chłodnym tonem. – Powinieneś się nad sobą zastanowić, Vernerze, jeśli wymyślony, martwy człowiek jest lepszym ojcem niż ty.
Wstała z ławki i odeszła, przecierając oczy rękawem bluzki. Może płakała, Verner nie był pewien. Dopalił papierosa, po czym przydepnął pet butem. Miał zamiar zostawić go na chodniku, ale przypomniał sobie stanowczość, z jaką Lettie mówiła o zasadach. Wątpił, żeby to umiłowanie porządku dostała w genach po nim, ale jednocześnie nie mógł zaprzeczyć, że było to urocze.
– Cholerna smarkula – mruknął, podnosząc pet i wyrzucając go do kosza.
Przez chwilę analizował swoją rozmowę z Lettie, przypominał sobie jej miny, jej wygląd i szukał podobieństw do siebie. Możliwe, że dostrzegał coś w oczach, może coś w kształcie ust, może w kolorze włosów, choć za loki na pewno nie odpowiadały jego geny. Nie żeby wiedział wiele o genach. Emily, ta od kota i ubrań na klatce schodowej, kiedyś mu opowiadała; kręciły ją takie rzeczy, nie wiedzieć czemu. Verner nie słuchał jej zbyt uważnie, ale parę rzeczy zostało mu w pamięci. Teraz, kiedy myślał o Lettie, słowa Emily o dziedziczeniu, o genetyce i w ogóle o rozmnażaniu się gatunku ludzkiego – rozmnażanie się, jak chłodno i klinicznie to brzmiało, zupełnie nie jak to, co faktycznie robił z Holly – zastanawiał się, jak to możliwe, że ta mała istotka, która troszczyła się o zasady, biegała i krzyczała mogła powstać z jakiejś części jego samego. Jak to możliwe, że całkiem przypadkiem przyczynił się do powstania nowego życia. Jak to możliwe, że po raz pierwszy w życiu stworzył coś tak… pięknego. Prawdziwe dzieło sztuki, chociaż nigdy nie przyzna się, że to pomyślał. Dzieła sztuki powinny wisieć w galeriach albo przynajmniej na ścianach należących do jakichś bogaczy, nie zaś biegać po parku i podnosić cudze pety, żeby wyrzucić je do śmietnika. Dzieła sztuki w ogóle nie powinny biegać, bo ruch zabijałby ich piękno, a jednak w Lettie było coś z dzieła sztuki i w gardle rosła mu gula na samą myśl, że w połowie była jego własnym dziełem sztuki, nawet jeśli nikt poza nim i Holly o tym nie wie.
Zapalił jeszcze jednego papierosa i wstał z ławki. Powinien wrócić do domu i przygotować się na wieczór, a nie zaprzątać sobie myśli małą dziewczynką, której już nigdy nie zobaczy. Właściwie to najlepiej by było, gdyby w ogóle zapomniał, że ją spotkał; nieważne, co sobie o niej myślał, nie była i nie będzie częścią jego życia. Nie żeby tego chciał. Doskonale zdawał sobie sprawę, że tych kilka lat temu podjął dobrą decyzję, nawet jeśli Holly go za to nienawidziła. Nie chciał dziecka, nie chciał żadnych więzów ani zobowiązań, nie potrafił zadbać nawet o chomika, nie miał pracy, a do tego ciągle się przenosił z jednej dzielnicy do drugiej, szukając dobrych kontaktów ze sprzedawcami dzieł sztuki. Holly chciała być nauczycielką, stanowiła personifikację wszystkiego, co w życiu bezpieczne, ciepłe i domowe. Nie pasowali do siebie, nawet jeśli przez jakiś czas dobrze się razem bawili. Dopóki sprawy nie zabrnęły za daleko. Verner miał wtedy jakieś dwadzieścia dwa czy trzy lata i niewiele o życiu wiedział (Merlinie, miał tyle lat, ile Ruth ma teraz, jaki był z niego smarkacz), dlatego też pozwolił, by wszystko się aż tak skomplikowało. Jego związek z Holly przetrwał za długo, by w końcu rozpaść się z hukiem z powodu dziecka. Gdyby nie ono, może próbowaliby ratować ten tonący okręt jeszcze jakiś czas, nie wiadomo dlaczego. Prawdopodobnie z przyzwyczajenia, bo pod koniec tego wszystkiego prawie nie mogli na siebie patrzeć. Za dobrze poznali siebie nawzajem i za dobrze wiedzieli, jak rzeczywistość różni się od ich marzeń i oczekiwań.
Verner pokręcił głową i przez myśl przeszło mu, że niedługo Ruth dojdzie do tego samego etapu. Zrozumie, że nie jest jej mrocznym i tajemniczym mężczyzną, który wprowadza tak potrzebny dreszczyk emocji do nudnego życia ekspedientki. Zacznie powtarzać, że potrzebują czegoś więcej, może powinni razem zamieszkać, może powinien poznać jej rodziców, może… W każdym razie kiedy tylko powie coś takiego, Verner zrobi to, co robił w przypadku każdej dziewczyny (no, każdej poza Holly, ale był młody i głupi) – zerwie. Chociaż byłoby mu szkoda, lubił Ruth.
Do wieczora tłukły mu się po głowie niechciane myśli i wspomnienia, ale w końcu wybiła umówiona godzina i teleportował się do miasta, którego nazwy nawet nie pamiętał. Burke dał mu zdjęcie miejsca, w którym powinien wylądować, zaznaczył je nawet na mapie, więc Verner nie zaprzątał sobie głowy takimi drobiazgami jak nazwa.
Wylądował dokładnie tam, gdzie powinien – półtora kilometra od domu, w którym wisiał zamówiony obraz. Budynek miał stać pusty, bo jego mugolscy właściciele o tej porze zawsze bywali u znajomych. Faktycznie, wszędzie były zgaszone światła, ale Verner zauważył psa kręcącego się za płotem. Wyjął z torby fragment kiełbasy nasączonej eliksirem usypiającym. Zawsze mógł walnąć psa zaklęciem, ale wolał używać ich jak najmniej – Ministerstwo rejestrowało zaklęcia rzucane na terenach należących do mugoli, mogło więc przysłać kogoś, żeby rozejrzał się po okolicy, jeśli zaklęć padnie więcej. Verner już kiedyś musiał uciekać przed magopolicją i nie chciał powtarzać tego doświadczenia – teleportacja odpadała, bo mogli chwycić jego ślad, więc musiał zniknąć gdzieś w tłumie mugoli, a potem wykorzystać specyficzną zabudowę miasta, w którym się akurat znajdował. Przesiedział dobrą godzinę na jakimś dachu, a potem, kiedy zorientował się, że nadal go szukają, przemknął do kanałów, w których spędził resztę nocy.
Teraz jednak zapowiadała się czysta robota. Pies z apetytem zjadł kiełbasę i szybko zapadł w sen. Verner przeskoczył przez płot i rzucił zaklęcie pozwalające mu oszukać system zabezpieczeń. Nie do końca rozumiał, jak działało na całą tę technikę używaną przez mugoli, ale najwyraźniej kamery i inne czujniki przestawały działać, a jednocześnie nie wysyłały sygnału alarmowego do instytucji, która zajmowała się ochroną posesji. Po wyeliminowaniu tego problemu, reszta wydawała się wręcz dziecinnie prosta – otworzyć drzwi, znaleźć obraz, schować obraz do specjalnego worka, który dostarczyli Borgin i Burke (mieścił w sobie dowolnej wielkości przedmiot, ale sam zawsze utrzymywał niewielki rozmiar pozwalający na noszenie go w kieszeni), a następnie zainscenizować mugolskie włamanie, rozejrzeć się za jakimś złotem czy srebrem, po czym ulotnić się, zanim zaklęcie i eliksir nasenny przestaną działać.
Verner dorzucił do worka jeszcze parę drobiazgów, przewrócił stolik, zbił trochę kieliszków, kopnął lampę, zabrał z barku parę butelek, a następnie wyszedł. Eliksir jeszcze działał, ale wiedział, że nie potrwa to długo. Przeszedł przez płot i ruszył w kierunku miejsca, w którym się aportował. Lubił te efekty specjalne – kopanie mebli i udawanie amatora. Wprowadzało to jakiś element rozrywki i szaleństwa do pracy tak wymagającej skupienia. Oczywiście, zdarzały się wypadki, kiedy nie mógł sobie pozwolić na przesunięcie nawet jednego mebla, ale to nie był taki wypadek. Tym razem miał udawać mugolskiego złodzieja, a potem zrobić to, co robił najlepiej – rozpłynąć się w mroku nocy.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s