01. poszukiwanie piękna

Słońce wstało już parę ładnych godzin temu i powoli toczyło się po widnokręgu, czasami chowając się za jakimś budynkiem czy drzewem, czasami przypiekając czyjś kark wczesnoletnimi promieniami. Dzień był wyjątkowo ładny, szczególnie jak na Londyn, który przecież nie słynął z wielu słonecznych dni. Co więcej, to był właśnie jeden z tych dni, w których powinno wydarzyć się coś ważnego, bo dzień taki jak ten jest stworzony po to, by zapaść w pamięć. W niewielkim mieszkaniu położonym na trzecim piętrze kamienicy w jakiejś niespecjalnie reprezentacyjnej dzielnicy nie działo się jednak nic, co świadczyłoby o tym, że przed zachodem słońca zdarzy się jakieś godne zapamiętania wydarzenie.
Niewysoka kobieta o kasztanowych włosach rozsunęła zasłony i spojrzała na ulicę. Było już dobrze po jedenastej, ale ona miała na sobie szlafrok. W całym mieszkaniu pachniało kawą i jajecznicą, co stanowiło połączenie raczej śniadaniowe, a śniadania raczej nie współpracowały z porą niemalże południową. Kobiecie najwyraźniej to nie przeszkadzało, bo ziewnęła i podrapała się po głowie, a następnie nachyliła się nad łóżkiem i szturchnęła śpiącego jeszcze mężczyznę.
– Verner? Kawa ci stygnie.
Verner poruszył się nieznacznie i mlasnął, co sprawiło, że kobieta uśmiechnęła się pod nosem. Kilka razy mówiła mu, że gdyby był psem, to przypominałby może dobermana, może wilczura – w każdym razie dużego i czujnego psa z instynktem łowczym. Teraz, kiedy w niedzielny poranek nie chciał wstać z jej łóżka, wyglądał raczej jak jakiś kosmaty i kanapowy pies, ale nie pekińczyk, na pewno nie pekińczyk, ich nosy były strasznie płaskie, podczas gdy nos Vernera należał do raczej wydatnych. Nie przerośniętych czy haczykowatych, nie, gdyby istniała jakaś skala przeciętności nosów, to byłby gdzieś w połowie drogi między przeciętnym a wydatnym, ale jednocześnie w przedziale dla nosów prostych, co nieco ją dziwiło, bo przynajmniej dwa razy widziała Vernera z niewątpliwie złamanym nosem, który później zrastał się idealnie, jakby w magiczny sposób.
Kobieta usiadła na łóżku i odgarnęła ciemne włosy z Vernerowego czoła – gest ten zwykle go irytował, bo, jak twierdził, jego matka robiła coś podobnego, a potem ściskała go za policzki i robiła coś upokarzającego na oczach innych, a im więcej ich było, tym głośniej się zachowywała. Teraz jednak Verner skrzywił się lekko i przewrócił na drugi bok, nie otwierając nawet oczu. A szkoda, bo miał ładne oczy, przynajmniej w opinii większości kobiet, które znał.
– Verner, jest już prawie południe – powiedziała, ponownie szturchając go w ramię.
– Daj mi spać, Ruth – wymamrotał. – Nie muszę nigdzie wychodzić przed osiemnastą.
– Ale dezorganizujesz sobie porządek dnia. Co tam sobie, dezorganizujesz też mój porządek dnia – burknęła, niespecjalnie zadowolona.
Verner otworzył oczy – rzeczywiście ładne, brązowe i okolone ciemnymi rzęsami – i uśmiechnął się do niej zawadiacko. Ruth nie odwzajemniła uśmiechu, więc Verner usiadł i przyciągnął ją do siebie. Zachichotała, a on zaczął całować jej szyję, mamrocząc coś niezrozumiałego, co sprawiło, że śmiała się jeszcze głośniej.
– Jestem mistrzem dezorganizacji, nie zauważyłaś? – zapytał, odrywając się od jej szyi i przenosząc uwagę na usta. To skutecznie uciszyło jej chichot i przez jakiś czas byli zajęci sobą nawzajem.
– Jesteś okropny – powiedziała w końcu Ruth, kiedy wyrwała się z jego uścisku i zawiązała różowy szlafrok, który w ciągu tych kilku chwil zdążył się rozwiązać.
– I za to mnie kochasz – odpowiedział, posyłając jej nieco szyderczy uśmiech.
Ruth nie była pewna, czy uśmiech ten w rzeczywistości był szyderczy, czy tylko go w ten sposób postrzegała, ale w którymś momencie zdała sobie sprawę, że wykwitał na jego ustach zawsze, kiedy mówił o ich związku. Dobrze wiedziała, że nie traktował go tak poważnie, jak ona. Czasami myślała, że to dlatego, że Verner niczego nie traktował poważnie, ale później przypominała sobie wyraz skupienia na jego twarzy, kiedy mówił o pracy albo kiedy grał w karty. Karty zawsze traktował poważnie, może nawet poważniej niż ją. Zdawała sobie sprawę, że nigdy nie pokocha jej tak, jak ona jego – ba, czy on ją w ogóle kochał? – ale zdecydowała się nie podejmować żadnych decyzji, nic z tą wiedzą nie robić. Nie było to z jej strony przejawem ani heroizmu, ani masochizmu, nie dorabiała do tego żadnej ideologii, nie wyobrażała sobie, że zwolnienie dla niego półki w szafie jest zapowiedzią rychłego małżeństwa. Obojgu zależało na dobrej zabawie, od tego przecież wszystko się zaczęło i jej tylko winą jest to, że pozwoliła samej sobie zakochać się w Vernerze. Możliwe, że go to bawiło; możliwe, że gdyby role się odwróciły, ją też by to bawiło.
– Kawa ci stygnie – powtórzyła, bo nie wiedziała, jak odnieść się do jego komentarza, a potem uśmiechnęła się szeroko, przecież właśnie po to oboje tu byli: żeby się uśmiechać i dobrze bawić.
– Wiem – odpowiedział, wstając z łóżka. Przeciągnął się i posłał jej spojrzenie spod półprzymkniętych powiek. – Pewnie zrobiłaś całe śniadanie, jak na wzorcową panią domu przystało, co?
– Owszem, byłam na tyle miła. – Uniosła brodę, a jej lekko zadarty nosek wyglądał, jakby chciał zderzyć się z żyrandolem, gdyby ten tylko znajdował się niżej.
Verner nie odpowiedział; otworzył szafę i wygrzebał jakieś ubrania z półki, którą dla niego przeznaczyła. Już wcześniej zostawiał – niby to przypadkiem – koszulę czy skarpetki, których nigdy nie zabierał, bo zawsze jakoś umykało mu to z głowy. Wiedział, że Ruth prędzej czy później skapituluje i wpuści go do swojej szafy tak, jak wpuściła do łóżka. Dzielenie obydwu tych mebli było zwyczajnie łatwiejsze, odkąd przestał wymykać się od niej nad ranem i pozwalał sobie zostać na śniadanie. Czasami zostawał także na obiad, jeśli akurat nie miał innych planów, a Ruth obiecała upiec ciasto. Nie była najlepszą kucharką, ale ciasta piekła wyśmienite.
– Chcesz iść później do parku? – zapytała.
– Park to to takie zielone i pełne rozwrzeszczanych dzieci? – odpowiedział. – Nie.
– W takim razie co planujesz robić przez cały dzień?
– Mogę zniknąć zaraz po śniadaniu, jeśli ci przeszkadzam.
Ruth skrzywiła się lekko. Zupełnie nie o to jej chodziło. Owszem, ich związek – czy jak nazwać to, co między nimi było – opierał się na relacji fizycznej, ale nie oznaczało to, że nie chciała czasem zabrać go na spacer czy do kina. W taki niewiele znaczący, na poły przyjacielski sposób, który realizowałby jednocześnie jej oczekiwania względem normalnego chłopaka. Nie żeby Verner był normalnym chłopakiem, ale w końcu wiedziała o tym od początku. Nie o normalność jej chodziło, kiedy wychodziła z nim z baru prawie rok temu, i najwyraźniej niewiele się w tej kwestii zmieniło.
Verner znalazł w końcu to, czego szukał, przewiesił przez ramię czyste ubrania i ruszył do łazienki, po drodze całując ją zbyt krótko. Jak zawsze zapomniał o kawie, ale nie dziwiło jej to szczególnie. Nie była nawet pewna, czy w ogóle lubił kawę, czy też pił ją, bo tego wymagał jego wizerunek. Oboje wiedzieli, że Ruth chciała mrocznego i tajemniczego faceta, a tacy zawsze piją kawę. Żadnego soku pomarańczowego, żadnego kakao, ewentualnie herbata, ale tylko czasami.
Z łazienki dobiegał dźwięk odkręconego prysznica. Ruth wstała z łóżka i poszła do kuchni. Przez chwilę szukała jakiejś stacji radiowej, a potem złapała drewnianą łyżkę i zaczęła do niej śpiewać jak do mikrofonu. Nie miała dobrego głosu i świetnie sobie z tego zdawała sprawę, czasami świadomie pogarszając swoje znikome zdolności wokalne, żeby rozbawić Vernera. Teraz jednak jej nie słyszał, zamknięty w swoim własnym małym świecie i odgrodzony od niej litrami wody. Spodziewała się, że niedługo wyjdzie i zapyta o śniadanie, a kiedy już zjedzą tę jajecznicę, która na pewno wystygła i zrobiła się obrzydliwa, rzuci ją na kanapę i skutecznie przekona, by nie wychodzić na żaden spacer czy do żadnego kina, nawet jeśli pogoda naprawdę była ładna. Ruth uśmiechnęła się pod nosem. W poniedziałek będzie musiała wrócić do nudnej pracy, do setek niezadowolonych i obrażonych na cały świat twarzy, do marudnych klientów i niesympatycznych koleżanek, ale teraz mogła zapomnieć o całym świecie. Zastanawiała się, o czym Verner próbował zapomnieć, kiedy byli ze sobą.
– Co z tą kawą, laleczko? – zapytał, wychodząc z łazienki. Całe to przyglądanie się szafie nie na wiele się zdało, bo miał na sobie wczorajsze dżinsy i oliwkową koszulę, którą kupiła mu w zeszłym miesiącu, jak tylko zobaczyła ją w dziale z promocjami.
– Nie powinieneś pić jej na pusty żołądek, zjedz coś najpierw – powiedziała, podsuwając mu talerz jajecznicy.
Westchnął, ale wziął talerz i udał się do salonu. Ruth wzięła swoje śniadanie i ruszyła za nim. Kawa, rzecz jasna, została w kuchni.
Verner jadł powoli, a jego wzrok ani na chwilę nie opuszczał talerza. Wyglądał na bardziej skupionego niż zwykle i Ruth zastanawiała się, czy coś się stało. Może coś w pracy, może coś z rodziną – czy Verner miał jakąś rodzinę? Próbowała sobie przypomnieć, ale do głowy przychodziły jej tylko wzmianki o matce, z którą wymieniał kartki świąteczne. Musiało zatem chodzić o pracę, w końcu miał posadę w jakimś ważnym urzędzie – nie pamiętała jakim – a to brzmiało stresująco.
– Może zostaniesz do jutra? – zapytała.
Verner zamrugał, a potem na nią spojrzał, jakby na chwilę zapomniał, że tu była. Ruth przeszedł po plecach dreszcz, bo spojrzenie to nie przypominało tego, które zwykle posyłał jej w czasie śniadania; było zbyt zimne i obce. Sekundę później jednak uśmiechnął się i chwila niezręczności minęła.
– Nie mogę, wiesz dobrze, że z samego rana muszę być w biurze – odpowiedział.
– Możesz tam iść ode mnie.
– Chciałbym, ale dokumenty, garnitur… wszystko mam w domu.
– Mogłeś wziąć to ze sobą.
Wzruszył ramionami i wrócił do jedzenia jajecznicy. Ruth wiedziała, że pozwoliła zejść rozmowie na niewłaściwe tory i przez chwilę milczała, przesuwając po talerzu kawałek kiełbaski.
– Nie uwierzysz, jaką bezczelną klientkę obsługiwałam w piątek – zaczęła w końcu i opowiedziała mu całą historyjkę, miejscami trochę zmyślając, ale nie miało to większego znaczenia.
Verner słuchał, a kiedy skończyła, przysunął się do niej i zaczął ją całować; ot tak, bez zapowiedzi, bez ostrzeżenia, bez pytania, bo i po co. Oboje wiedzieli, że po to właśnie tu był. Widywali się tylko po to, żeby zapomnieć o świecie i stworzyć swój własny – kruchy i nic nieznaczący, który znikał tak szybko, jak się pojawiał. I chociaż łączyło ich niewiele więcej niż tak entuzjastyczna realizacja biologicznego popędu, to właśnie w tych krótkich chwilach wystarczali sobie w zupełności. Okazywali się dwiema połówkami jabłka i wszystkim, o czym pisały kolorowe czasopisma, które Ruth czytywała w czasie przerwy w pracy. Okazywali się całością tak doskonałą, że nie mogła istnieć, więc kiedy te chwile mijały – znów zapadała cisza, znów rozmowy się rwały, znów nie mogli dogadać się w sprawie spaceru, zupełnie jakby w ogóle się nie lubili, ale przecież na tym właśnie oparta była cała ta relacja. Lubili się wystarczająco, żeby ją kontynuować – Verner wiedział, że Ruth wydawało się, że go kocha, ale przecież miała jakieś dwadzieścia trzy lata, co ona wiedziała o miłości – ale najwyraźniej nie wystarczająco, żeby coś zmieniać.
Trochę po czternastej (bo ciasta nie było, ale za to obejrzał jakiś program w telewizji, kiedy Ruth brała prysznic) Verner wyszedł z kamienicy. Na zewnątrz było nieprzyzwoicie jasno. Ładnie. Tak, było zdecydowanie ładnie, co sprawiło, że się uśmiechnął. Może faktycznie powinien przejść się do parku, chociaż ilość rozkrzyczanych dzieci skutecznie go zniechęcała. Nie chodziło nawet o to, że był uprzedzony do dzieci, po prostu nie przepadał za hałasem, szczególnie parę godzin przed robotą. Powinien się skupić, przygotować, myśleć o celu, a nie migdalić się z Ruth i jeść jej przypaloną jajecznicę. Dlatego właśnie nie lubił robót w niedziele, psuło mu to wizję dnia, ale w jego zawodzie trzeba było umieć dostosować swój harmonogram.
Pokręcił lekko głową, jakby sam nie mógł uwierzyć, że Ruth nadal jest przekonana, że pracuje w urzędzie. Nie przeszkadzało jej nawet to, że urząd – jakikolwiek – był czymś przeciwnym do tego, czego w nim szukała. W urzędach nie było wiele mroku i tajemnicy, w urzędach były wyprasowane garnitury, było dużo szkła i metalu, było po prostu nudno. Verner próbował kiedyś robić coś nudnego i legalnego, ale mu nie wyszło, więc przekwalifikował się i teraz zajmował się wyłącznie sprawami nielegalnymi i ekscytującymi. Co więcej, był człowiekiem, którego nie było – życie na granicy dwóch światów mogło zagwarantować mu status niemalże niewidzialnego. Mugole stracili jego ślad, gdy tylko wyjechał do Hogwartu; nie mieli żadnych akt, żadnych adresów, namiarów, kont, bo i on ich nie miał – przynajmniej nie na własne nazwisko. Oczywiście, gdzieś musiała istnieć jakaś teczka, w której opisano cały jego żywot, albo chociaż te jego części, o których warto było pisać – czy ktoś opisywałby weekendy z Ruth? Pewnie nie, ale powinni – ale nikt do niej nie zajrzy, jeśli nie będzie miał powodu, a Verner robił wszystko, by nikomu takiego powodu nie dać. Swoją działalność w świecie magicznym ograniczał do minimum, na Nokturnie pojawiał się raz, może dwa w tygodniu, tylko po to, żeby zamienić dwa słowa z Borginem lub Burke’em, a potem znikał gdzieś w mugolskiej części Londynu, możliwie odległej od Pokątnej. Czasami zaglądał też do Gringotta, ale nie chciał lokować całego złota w rękach goblinów – owszem, byłoby tam bezpieczne, ale gobliny już tyle razy się buntowały, że kto wie, może zbuntują się znowu, zwłaszcza że cały Nokturn aż wrzał od plotek, że Czarny Pan powrócił. Oczywiste, że będzie chciał pozyskać gobliny. Verner po prostu nie chciał, żeby przy okazji pozyskał też jego złoto.
Dlatego też unikał świata magicznego, zapewniając wszystkich, że odnalazł radość i spełnienie wśród mugoli. Świat magiczny nie zadawał wielu pytań – albo wzruszał ramionami, albo walił go w pysk, krzycząc coś o zdrajcach krwi. Problem w tym, że Verner nie miał jakiej krwi zdradzić, jego matka była mugolką, ojciec pochodził z jakiejś nieszczególnie wpływowej rodziny nieszczególnie czystej krwi; może dlatego był też nieszczególnym ojcem i zniknął, zanim Verner nauczył się go rozpoznawać i kochać.
Świat magiczny jednak nie zadawał wielu pytań, bo zadawać ich nie chciał. Wszyscy – zarówno czarodzieje, jak i mugole – lubią proste rozwiązania, podział na biel i czerń. Verner też lubił, dlatego nie dziwiło go, że pytania nie padały. Gdyby jednak padły, miałby problem z odpowiedzią, bo nie był ani szczególnie radosny, ani szczęśliwy. Jakże mógłby być, kiedy tkwiła w nim dusza artysty, który chciał tworzyć, ale nie potrafił. Nie chodziło tu o samokrytycyzm, a przynajmniej nie tylko; Verner nie miał ani grama talentu. Żadnego. Mógł do woli pisać czy malować, rzeźbić czy strugać, ale nie wychodziło z tego nic pięknego. Nigdy. A Verner uwielbiał piękno, więc logicznym wydawało się, że nie zaakceptuje tak tragicznych prób jego tworzenia, jakie wychodziły spod jego rąk. Zamiast tego zdecydował się na pracę, która miała silny związek z pięknem, pozwalała mu obcować z nim może nie codziennie, ale przynajmniej raz na jakiś czas. I w tych momentach świat stawał się lepszy, kompletniejszy – inaczej, niż kiedy był z Ruth, chodzi o bardziej wysublimowany rodzaj doskonałości niż ta, którą odczuwa się, kiedy człowiek traci na chwilę kontrolę nad własnym ciałem i wszystko dzieje się gdzieś poza nim, a on słyszy tylko szum krwi w uszach. Kontakt z pięknem był czymś zupełnie innym, a Verner mógł spędzać godziny na patrzeniu na co doskonalsze budowle, rzeźby czy obrazy, podziwiać każdą cegłę, każdy ślad dłuta, każde maźnięcie pędzlem. Obserwować je w oderwaniu, a potem z namaszczeniem składać w całość i podziwiać, jak genialną koncepcję miał artysta o tyleż lepszy od niego. Oczywiście nie miał na to wszystko czasu w momencie pierwszego kontaktu z większością dzieł, ale później… później to inna sprawa, mógł przyjrzeć się wszystkiemu i dowoli nasycić wzrok tym, co widział. Chyba że było to jakieś postmodernistyczne paskudztwo, którego nie rozumiał i które go nie chwytało za serce, albo innego rodzaju szkarada, po którą go wysłali Borgin i Burke.
Verner uśmiechnął się sam do siebie. Tej nocy czekał na niego obraz liczący sobie ponad dwieście lat. Czysta radość – zarówno dla oczu, jak i dla sakiewki, bo zleceniodawca był niezwykle stanowczy i co drugie zdanie podkreślał, ile może zaoferować. Cena była więcej niż dobra, co oznaczało, że cała sprawa śmierdziała z daleka bardziej niż zwykle. Trudno, i takie się zdarzają. W końcu za coś trzeba płacić czynsz i kupować te wszystkie drobiazgi, bez których trudno się obejść. Tym razem nie chodziło nawet o sztukę, chociaż Verner zawsze ją szanował i zachwycał się tym, co warte było jego zachwytu, ale i tak wszystko sprowadzało się do złota. Sztuka była ważna, ale nie wypełniała żołądka. Złoto nie dawało mu tyle radości, ale zwalniało od wielu trosk, nawet jeśli jego profesja wymagała dyskrecji. Dyskretnie mieszkał więc w dość podłej kawalerce, w której ciepła woda niemal nie występowała. Dyskretnie wymieniał złoto na funty, które później rozchodziły się w oczach, choć zawsze powtarzał sobie, że odłoży je na konto (założone na fikcyjne nazwisko już parę lat temu) w nadziei, że pewnego dnia będzie mógł rzucić to wszystko i wyjechać gdzieś daleko. Suma na koncie rosła jednak zbyt wolno i Verner musiał sam przed sobą przyznać, że zwyczajnie nie chce dopuścić do sytuacji, w której mógłby zrezygnować z kontaktu ze sztuką, nawet takiego. W końcu chciał czegoś ekscytującego, prawda? Czasami zastanawiał się, jak Ruth by zareagowała, gdyby powiedział jej, czym naprawdę się zajmuje. Na ile jego faktyczna profesja wpisywała się w obraz, który miała w głowie? Oczywiście nie miał zamiaru jej o niczym mówić, ale nic nie zabraniało mu wyobrażać sobie jej reakcji. Mógłby powiedzieć jej w tym parku, do którego tak chciała iść, a potem patrzeć, jak otwiera i zamyka usta, bo nie wie, jak zareagować. Tak, to by mogło być zabawne, gdyby tylko nie było aż tak niebezpieczne – nie, nie niebezpieczne, w końcu z niebezpieczeństwem sobie jakoś radził; to by było zwyczajnie głupie i musiało pozostać w sferze marzeń. Ruth musiała żyć z obrazem, który sobie sama wytworzyła, tak sam jak on nosił w głowie obraz Ruth, który prawdopodobnie niewiele miał wspólnego z rzeczywistością. Jasne, mógł ją zapytać, opowiedziałaby mu pewnie całą historię swojego życia, ale nie miał na to ani czasu, ani ochoty. Nie interesował go trudny, prawdziwy związek, który wymaga dogłębnego poznania drugiej osoby. Wystarczały mu weekendy z na poły rzeczywistą, na poły wyobrażoną kobietą, która nie potrafiła usmażyć jajecznicy i próbowała utopić go w paskudnej kawie.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej, bo wszystkie te kłębiące się w głowie myśli i wspomnienia wprawiły go w niezły nastrój, a wizja wieczornej roboty też dodawała swoje.
Był lipiec tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku, a Verner właśnie szedł przez park i myślał o obrazie, który za kilka godzin miał ukraść i sprzedać jakiemuś kolekcjonerowi.

Advertisements
01. poszukiwanie piękna

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s