01. O kolejkach i podziale klasowym

Kolejka była niewiarygodna. Choć stałam w niej już ponad godzinę, nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek dotrę do kasy Esów i Floresów. A przynajmniej że dotrę tam przed jutrem, kiedy to z zakupionymi podręcznikami i toną bezużytecznych drobiazgów będę musiała stawić się na peronie dziewięć i trzy czwarte. Wszystko wydawało mi się takie… angielskie i wulgarne. Ta ulica w niczym nie przypominała tych, do których przywykłam w Paryżu. Wiedziałam, że zmiana szkoły nie wyjdzie mi na dobre, ale nie spodziewałam się, że tak szybko będę tego żałować. Oczywiście nie miałam na tę decyzję większego wpływu. Choć byłam rodowitą Brytyjką, do tej pory mój ojciec pracował w Paryżu. Był jakąś szychą w ambasadzie. Nigdy specjalnie nie zastanawiałam się, co takiego tam robił. Grunt, że miesiąc temu zaproponowano mu powrót do rodzinnego Londynu. To spowodowało moją naglą przeprowadzkę. A – wierzcie mi – o wiele lepiej mieszka się z widokiem na Pola Elizejskie niż na ogródek babci. Wkrótce jednak widok za oknem miał się zmienić jeszcze bardziej drastycznie, bowiem już jutro miałam wylądować w zimnym i ponurym Hogwarcie. Wszystko, co do tej pory o nim wiedziałam, świadczyło o tym, że nie przypadnie mi do gustu. Północna Szkocja, na litość! Nie jestem sobie w stanie nawet wyobrazić, co tamtejsza pogoda zrobi z moimi włosami! Które, notabene, już ucierpiały na tej przeprowadzce. Z powodu dużej wilgotności powietrza były cale poskręcane. Pół-loki nie pasują do blondynek. Są takie…
Dalsze rozmyślania przerwał mi jakiś przeciskający się przez tłum osobnik – nie przywykłam do ludzi naruszających moją przestrzeń osobistą (choć nie mogłam tego powiedzieć o różnych latarniach, drzewach czy innych murach, które z upodobaniem zachodziły mi drogę). Tym razem jednak był to człowiek – zdecydowanie źle wychowany, bo mnie potrącił i nawet nie przeprosił! Nie muszę chyba dodawać, że w wyniku tego wszystko, co trzymałam w rękach, wylądowało na ziemi. Niechętnie się schyliłam, żeby pozbierać książki.
– Mógłbyś mi pomóc – mruknęłam.
Chłopak – bo był to człowiek nieletni płci niewątpliwie męskiej – spojrzał na mnie z pogardą. „No tak, świetnie” – pomyślałam, bo doskonale wiedziałam, z kim mam do czynienia. Oczywiście, tego osobnika widziałam dziś po raz pierwszy w życiu, ale w Beauxbatons było takich na pęczki. Burżuje! Arystokraci! Cholerni czystokrwiści!
– Słucham? – spytał, nie kryjąc zdziwienia. – Co mógłby?
– Pomóc! – powiedziałam nieco głośniej niż powinnam. – Pomóc! To właśnie robią gentlemani, pomagają damom w opałach!
Wymownie wskazałam na książki, których nadal nie podniosłam. Skoro ma się za takiego arystokratę, to niech ruszy swój arystokratyczny tyłek i mi pomoże.
– Nie – powiedział chłodno.
Kolejka zainteresowała się przedstawieniem. Okoliczne samce przyglądali się mi jeszcze intensywniej niż wcześniej – w końcu nie co dzień spotyka się dziewczynę nie tylko piękną, ale i gotową walczyć o swoje. Okoliczne samice szeptały między sobą. Wszystko wskazywało na to, że tematem ich szeptów był chłopak, który mnie stratował. Tak, stratował! Czy można to nazwać inaczej.
Ze zdumienia otworzyłam usta i już, już miałam z nich wydać jakiś dźwięk – nie, żeby mnie zatkało! – gdy on powtórzył cicho acz stanowczo:
– Nie.,
by dodać:
– Powinnaś była usunąć się z drogi. Stoisz w przejściu.
Tego było za wiele. W przejściu? Ja?! W porządku, nie wiedziałam, gdzie tu są przejścia, ale skoro tu właśnie kończyła się kolejka, to logiczne wydawało mi się, że nie może tu być żadnego przejścia. Chyba ktoś, kto stanął przede mną w kolejce, wiedział, gdzie należy stanąć. Zerknęłam na stojącego przede mną samca. Nie wyglądał na kogoś, kto wiedziałby, gdzie jest toaleta, nawet gdyby walnął w drzwi nosem. Zdusiłam w sobie westchnienie. Nie powinnam wzdychać w takiej chwili – powinnam bronić swego. W imię równości, braterstwa i… no, tego trzeciego!
– Wcale nie! – zaoponowałam. – Poza tym tu jest dużo miejsca. – Machnęłam ręką dla podkreślenia swoich słów, ale nie wyszło najlepiej, bo uderzyłam w stojący w pobliżu regał. – Mogłeś mnie ominąć – stwierdziłam lodowato, przywołując całą godność, na jaką było mnie w tych okolicznościach stać.
Ale nie było mnie stać na zbyt wiele. Chłopak wprawdzie wydawał się ode mnie młodszy – a mnie nie uśmiechała się zabawa w niańkę lub pedofila – ale był naprawdę… Łał. To chyba jedyne słowo, które mogło go opisać. Miał śliczne, czarne włosy – takie, które widuje się już tylko u hollywoodzkich aktorów. I śliczne, ciemne oczy. I śliczny, mały nosek, i śliczne, małe usteczka, i śliczne… Wyglądał jak młody bóg, naprawdę. Jak miałam oprzeć się takiemu chłopcu?
Normalnie. Był arystokratą. W dodatku – przekonanym o swojej wyższości arystokratą. Nikt mu nie powiedział, że żyjemy w dwudziestym wieku? Halo! Wiesz, chłopcze, co to była rewolucja francuska? Takim jak ty ścinano tam głowy!
Rzucił mi zniechęcone spojrzenie. W zasadzie nie wiedziałam, czemu zadaje sobie tyle trudu, by prowadzić ze mną konwersację. Może mu się spodobałam? Nie było to wykluczone.
Na wszelki wypadek zatrzepotałam rzęsami – we wszystkich znanych mi książkach i filmach było to uznawane za niezwykle uwodzicielskie. Nie żebym chciała być uwodzicielska dla tego arystokratycznego bubka. To po prostu była próba skłonienia go do okazania jakichkolwiek dobrych manier – kolejka przesuwała się do przodu, a ja nadal nie miałam swoich książek w ręku. Czułam presję otoczenia, bo wszyscy nadal na mnie patrzyli – nie żebym nie była przyzwyczajona, ale zwykle takie spojrzenia nie były przepełnione jakąś dziwną niechęcią.
Zatrzepotałam jeszcze raz, a potem spojrzałam na niego wymownie, unosząc przy tym brodę.
Nie podziałało. Na jego twarzy zagościł uśmiech – ale nie był zniewalający uśmiech podrywacza. Wręcz przeciwnie. Wyglądał na wyjątkowo obrzydzonego. Nie wiem, jak można uśmiechać się z obrzydzeniem, ale takim burżuazyjnym dupkom zdarzało się to aż nazbyt często.
Nagle podszedł do niego jeszcze jeden chłopak. Wyglądał zupełnie normalnie. Miał krótkie, blond włosy i kilka piegów na twarzy. Wiecie, kolega z podwórka. Nie wiało od niego zapleśniałą przez nieużywanie kulturą wyższych sfer.
– Reg, twoja matka na nas czeka. Miałeś wejść tylko na chwilę. Przecież cię tu znają, nikt nie każe Blackowi stać w kolejce.
Blondyn chyba mnie nie zauważył.
Mimo całego zdenerwowania drgnął mi kącik ust. A potem drugi. A potem wybuchłam śmiechem.
– Wielki pan arystokrata jest tu z mamusią? – powiedziałam w przerwach między jednym chichotem a drugim.
To najwyraźniej zwróciło uwagę blondyna, który spojrzał na mnie, jakbym była czymś, co kot przywlókł ze śmietnika i rzucił mu na wycieraczkę. Wyglądało na to, że nie zyskam tu fan-klubu.
– Co to za dziewuszysko? – spytał, zupełnie ignorując moją wyrafinowaną kpinę.
Przy okazji nie omieszkał dokładnie mnie obejrzeć. Niby taki kulturalny, niby taki wspaniały – a i tak podobają mu się dziewczyny z rodzin niemagicznych. Cóż. Nie pozwolę, by mnie taki traktował jak obiekt seksualny! Już, już miałam mu to powiedzieć, gdy…
– Zastawiła mi drogę – oznajmił chłopak nazywany Regiem. Reg. Od czego? Regału, przepraszam bardzo? – Domaga się pomocy i odszkodowania w milionach funtów.
To mnie jeszcze bardziej zdenerwowało. Zastawiła? Zastawiła?!
– Ja tu stałam pierwsza! Poza tym to jest przestrzeń publiczna, każdy może stać, gdzie mu się podoba! – Rozejrzałam się po twarzach zgromadzonych, licząc na ich wsparcie.
Nic z tego.
Najwyraźniej byli tak przyzwyczajeni do życia pod obcasem arystokracji, że nie zauważyli nawet, że są właśnie jawnie uciskani! A jeśli nie wszyscy, to przynajmniej ja, która rozumiałam ich bolączki, krew z krwi tego ludu, krew z kości, sól z ziemi i tak dalej.
– I nie mówiłam nic o żadnych odszkodowaniu, ale wiesz co? Należałoby ci się! Jestem przekonana, że nawet nie znasz prawdziwej wartości pieniądza! Cholerni arystokraci i ich złoto.
Mechanicznie zaczęłam zbierać książki, ale kiedy zdałam sobie sprawę, co robię, natychmiast pozwoliłam im znów wypaść mi z rąk. W końcu po to była cała ta scena, żeby to on je pozbierał.
– Reg, nie warto. – Blondyn, wbrew swoim słowom, niemal zwijał się ze śmiechu, więc pewnie nie chciał opuszczać tak zacnego przedstawienia. Nie rozumiałam, co go tak bawiło. A egalitaryzm?! Precz z klasami wyższymi! Ludzie są sobie równi, do diabła! – Chodź, nie chcesz zdenerwować matki. Jak dowie się, ze pozwoliłem ci rozmawiać z niestabilną psychicznie… – Fuknęłam. – … dziewczyną pokroju wszystkich pomniejszych panienek Syriusza…
– Błagam – jęknął. Nie wiedziałam, o co mu chodzi. Kim był Syriusz?
– … nie pozwoli mi dzisiaj u was spać, a przecież wiesz, że mamy już wspólne plany na ostatni wieczór przed Hogwartem, tak? Chodź.
Z całych sił starałam się nie wybuchnąć śmiechem, naprawdę starałam się nie myśleć, jakie mogą mieć “wspólne plany”. Prawdę mówiąc, obchodziło mnie to tak samo, jak wyginięcie ptaków dodo (czyli niewiele, o ile nikt nie udowodni, że wyginęły, bo były uciskane przez klasy rządzące). Ważniejsze było, żeby sprawiedliwości stało się zadość, a moje książki znalazły się tam, gdzie cały czas powinny być – na moich rękach.
– A co ze mną? – warknęłam. – Nie możecie tak po prostu kogoś tratować, a potem odchodzić! Domagam się przynajmniej przeprosin! – powtórzyłam to, co zapewne parę razy już powiedziałam. Z arystokratami tak zawsze, udają, że nie słyszą głosu ludu.
– Idziemy – zawyrokował Reg.
W przypływie heroizmu zrobiłam krok do przodu, gotowa zastąpić im drogę – już nawet nie dlatego, że aż tak zależało mi na tym, żeby pozbierali moje książki. O nie, teraz chodziło o przekonanie. Byłam gotowa rwać szaty (nawet jeśli w rzeczywistości miałam na sobie letnią sukienkę) i kłaść się w progu, żeby ich nie wypuścić. Podobno to nie byłby pierwszy taki przypadek w historii, choć zdecydowanie na mniejszą skalę. I pewnie tak samo nieskuteczny. Słyszałam o pewnych sufrażystkach, które próbowały w ten sposób zatrzymać jadących konno (to znaczy zachodzeniem im drogi, nie rwaniem szat), ale skończyło się to na tyle tragicznie, że można było zagwarantować, że te panie już nigdy nikomu drogi nie zajdą.
– Chwila! – krzyknęłam.
Ale oni nie słuchali. Bezczelność tych dwóch osobników działała mi już na nerwy. Tak samo jak bezczelność widowni. O tak, słodka widownia rozstąpiła się przed dwoma zakichanymi arystokracikami jak Morze Czerwone – by po chwili wrócić do poprzedniej konfiguracji i tym samym uniemożliwić mi pościg.
Fuknęłam jak rozjuszona kotka. Prawdę mówiąc nie byłam pewna, jak fukają rozjuszone kotki, ale byłam przekonana, że musi to być ciekawy widok. Odwróciłam się do widowni.
– Ludzie, czy wy nie widzicie, w jaki sposób arystokraci wami pomiatają? Czy nie… – zaczęłam; planowałam nakłaść im do głów to i owo, w końcu nie mogą być do końca życia popychadłami, prawda? Ktoś musi zadbać o ich uświadomienie.
Niestety, nie było mi dane dokończyć zdania, bo ktoś do mnie podszedł.
Westchnęłam.
– Mamo, mówiłam, że jestem na tyle duża, by sama robić zakupy! Mam piętnaście lat!
Matka spojrzała na mnie oczami pełnymi miłości. Och, tak bardzo ją kochałam! Ale nie mogłam nic poradzić na to, że wiecznie przynosiła mi wstyd.
– Książki ci upadły – powiedziała i wskazała mi moje podręczniki.
– Zauważyłam – mruknęłam, ostatecznie schylając się i podnosząc je.
Widownia szemrała i najwyraźniej świetnie się bawiła, kiedy ja musiałam ugiąć karku i zrobić coś wbrew sobie. Nie po to głosiłam ideę społeczeństwa wolnego, żeby co chwilę dawać się uciskać własnej matce, ale, cóż, w tym wypadku niewiele mogłam zrobić. Nie po to też śmiałam się z Rega, który chodzi na zakupy z mamusią, by potem zrobić coś dokładnie identycznego.
– Postoisz tu za mnie? – spytałam. – Zmarnowałam mnóstwo czasu, a muszę jeszcze kupić szatę. Za pół godziny zamykają.
Mama kiwnęła głową. Ucałowałam ją w policzek i wyszłam z księgarni. Obiecałam sobie, że Reg – regał, regulamin, regres, jakkolwiek – jeszcze pożałuje.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s