00. prolog

– Kiedy szedłeś po raz pierwszy przez błonia, myślałeś, że masz przed sobą najpiękniejszy widok na świecie, co?
– Możliwe, ale miałem wtedy jedenaście lat. To samo mogłem myśleć o najnowszej miotle wyścigowej albo jakiejś wyjątkowo ładnej dziewczynie.
– Nie, to było coś innego. To było piękno nieosiągalne, którego nie można dotknąć, na które można tylko patrzeć, bo nie ogarnie się go żadnym innym zmysłem. Miotły i dziewczyny to całkiem inna sprawa.
– Podobno nie znasz się na pięknie.
– Nie znam się, przypominam ci tylko twoje własne słowa, jak zawsze.
– W takim razie możesz przestać, bo je cofam.
– Przecież Hogwart jest…
– Tak, Hogwart jest. Był, jest i pewnie jeszcze długo będzie. Zawsze tak samo piękny, tak samo nieprzemijający. Chwyci za serce każdego, kto na niego spojrzy i kto będzie w nim mieszkał. Ale to już nieważne.
– No patrz, takie to poetyckie było i się zepsuło.
– Nie, zepsuło się już wcześniej, kiedy Hogwart przestał być piękny.
– Przecież jest nieprzemijający i tak samo piękny.
– Obiektywnie tak. Dobrze, zatem to nie Hogwart się zepsuł, ale ja.
– Śrubki powypadały, szwy się przetarły?
– Coś w tym rodzaju.
– I dlatego przestał ci się podobać Hogwart?
– Och, nie, nie przestał. Nigdy nie przestał. Po prostu spadł na drugie miejsce.
– Drugie miejsce? O czym ty bredzisz?
– Nie mów, że nie tworzysz własnych rankingów piękna. Każdy je tworzy. Nie każdy się musi przyznawać albo sobie to uświadamiać, ale tworzy każdy.
– Bredzisz. Ale w porządku, bawmy się dalej. Czemu Hogwart spadł na drugie miejsce?
– Bo się nie zmienia. Wszystko inne przemija, więdnie lub umyka, a on trwa. To nudne, nie sądzisz?
– Nie, sądzę, że ta rozmowa przestała mieć sens jakąś butelkę temu.
Przez chwilę panuje cisza, potem jednak słychać charakterystyczny brzęk szkła, ale cisza nie skończyła jeszcze swojego występu, więc wraca, połykając brzęk i wszelkie inne dźwięki, które mogłyby się po nim pojawić. Cisza jest absolutna, a przynajmniej na tyle absolutna, na ile pozwala miasto. W oddali słychać silniki kilku samochodów, które jadą niewiadomo gdzie i po co; słychać tykanie zegara; słychać cichą muzykę, widać ktoś z sąsiadów nie może spać… Wszystko to jednak jest mało istotne, upchnięte gdzieś z tyłu głowy każdego człowieka, który spędził w mieście przynajmniej kilka lat. Przestaje zwracać uwagę na takie detale, zbyt zajęty własnym życiem i własnymi hałasami. Ostatecznie do tego wszystko się sprowadza, prawda? Coś znaczysz, póki wydajesz z siebie dźwięki – póki wyrzucasz z siebie słowa, póki powietrze świszcze ci w płucach, póki ktoś słyszy twoje kroki. Może właśnie to sprawia, że jesteś tym, kim jesteś. Słowa, dźwięk kroków, tempo oddechu. Z tego można wyczytać wiele, a to, czego się wyczytać nie da, wydaje się pod pewnymi względami całkiem nieistotne. Brak dźwięków powoduje społeczne znikanie. Nie zawsze dosłowne, w końcu ilu ludzi jest niewidzialnych dla innych tylko dlatego, że ogranicza wydawane przez siebie dźwięki? Są jednak zniknięcia dosłowne, zniknięcia poprzedzone dźwiękami pękającego metalu, krzyku przerażenia czy jednostajnego buczenia jakiejś medycznej aparatury, której nazwy prawie nikt nie zna, a wszyscy się boją. Zniknięcia najstraszliwsze, bo niespodziewane, niepoprzedzone okresem przygotowawczym, niechciane, sprawiające, że cały świat trzęsie się w posadach, kruszy i wali, a potem zapada cisza absolutna, mrożąca do szpiku kości. Nie trwa długo, bo i nie może trwać – owszem, świat się zawalił, ale nie przestał istnieć. A jak egoistycznym trzeba być, żeby myśleć, że cały świat zamilknie na zawsze z powodu jednego człowieka? Tak więc świat nie milczy. Po momencie ciszy zaczynają się znajome dźwięki, świst oddechu – nawet jeśli to o jeden oddech mniej – kroki – cudze kroki, kto to, dlaczego, po co, przecież już za późno – jakieś słowa – bla bla bla, przecież to nic nie znaczy, powinni być cicho, nikt nie chce słuchać ich bla bla bla – a gdzieś w oddali nawet muzyka, w końcu zawsze prędzej czy później pojawi się jakaś muzyka. Filmy tego uczą; spodziewaj się muzyki, kiedy tylko dzieje się coś ważnego, nawet jeśli w najważniejszych momentach w życiu zwykle chociaż na chwilę zapada cisza. Może dlatego filmy nie są i nie mogą być rzeczywistością, muzyka im nie pozwala, stawiając niewidzialny, choć nieprzekraczalny mur. Chociaż cisza nie jest lepsza, cisza też potrafi budować mury, i to mury wyższe, niż ktokolwiek potrafi sobie wyobrazić. Takie nie do pokonania, choćby się na nie chuchało i dmuchało, to i tak nie runą. Oczywiście, to dramatyzm – co innego, jeśli nie dramatyzm? – wszystko kiedyś runie, ale poczucie czasu jest tak subiektywne, że trudno się nim posługiwać. Mury mają to do siebie, że padają za późno albo powstają za wcześnie, a przynajmniej tak mówią o nich ci, którzy próbowali je przebić; nie wiedzą, że mury powstają dokładnie wtedy, kiedy mają powstać – ani sekundy wcześniej czy później. W życiu człowieka na chwilę zapada cisza i chwilę później posiada już swój własny, osobisty mur, którego nikt inny nie widzi, ale który tłumi nieznośne dźwięki otoczenia, oddala je i czyni mniej bolesnymi. Mur przeciwbólowy. Mur przeciwsmutkowy. Mur przeciwhałasowy. Nawet jeśli hałasować oznacza żyć. Mur może być taką próbą generalną przed śmiercią, choć to próba nieporadna, na której nie ma większości aktorów, scenografia się rozpada, a kostiumów nikt nie odebrał z pralni. Przecież do czegoś takiego nie sposób się przygotować – do tej ciszy, do tego braku. Brak pozostaje nieokreślony – ale wiadomo, że musi być brak, to nie tak, że zostaje tylko po jednej stronie, obie strony muszą go odczuwać – ale cisza jest pewnikiem. Cisza i hałas definiują wszystko, w nich właśnie mogą zamykać się największe tajemnice życia i śmierci. Dlaczego nie? W końcu w czymś muszą się zamykać, a nikt nie wymyślił jeszcze teorii, która usatysfakcjonowałaby wszystkich zainteresowanych, więc każdy szuka na własny użytek, prędzej czy później trafiając w jakieś poletko ciszy – bo przecież cisza się materializuje – z którego z czasem coraz trudniej mu uciec. Ale próbuje uciekać, bo to jeszcze nie jego czas, nie jego cisza, a może półjego, taka pożyczona na próbę i niedopasowana, a przez to przerażająca. Ucieczka musi prowadzić w stronę hałasu, który utwierdzi uszy w przekonaniu, że jeszcze żyją; ale uszy to za mało, co z oczami, z nosem, ustami, sercem i całą resztą? Co z wątrobą, co z jelitami, które zaciskają się w tej ciszy, jakby próbowały się ukryć? Hałas nie wystarczy, bo odpowiada tylko za ten najbardziej podstawowy poziom świadomości istnienia, a tu potrzeba pełnej świadomości i niezachwianej pewności, których hałas nie zapewnia wprost. Tu potrzeba chwytającego za serce widoku, smaku ulubionej potrawy, palącego wnętrzności napitku, zapachu perfum, dotyku ukochanej osoby. Tu potrzeba możliwie namacalnych dowodów, że uciekło się ciszy, że można iść dalej i szukać piękna, bo i dlaczego nie? Czego można szukać, jeśli nie piękna, które sprawia, że można balansować na granicy hałasu i ciszy, nie wkraczając na terytorium żadnego z nich? Tyle że piękno rzadko występuje samodzielnie; jakiż okrutny byłby świat, gdyby występowało. Trzeba zatem szukać szerzej, na większą skalę, na wszelkie sposoby. Trzeba szukać tego, co oddala ciszę, bo kiedy już raz się wkradnie, zapuszcza szpony gdzieś głęboko w duszę i trzewia, zaczyna powoli rozkładać umysł i mięso, a potem nęci i przyciąga, powabna i słodka jak panna młoda z welonem, uśmiechająca się słodko znad bukietu róż. Cisza pachnie jak spokój, smakuje jak spełnienie i wygląda jak koszmar. Jest blisko każdego, by w odpowiedniej chwili…
– Szlag by to, zbiła się!
– I masz swoje piękno. Pięknie zalany dywan.
– Zamknij się i to napraw.
– Nie widzisz w tym sztuki? Nie powiesz nic na temat kompozycji, światła ani tych innych bzdur?
– W rozbitej butelce whiskey nie ma nic pięknego.
– Naprawdę? W czym zatem jest? Podobno to, co przemija, nie jest nudne. Ot, masz przykład.
– To tylko butelka. Istnieją tysiące, nie, miliony identycznych.
– Ale żadna nie zbije się w dokładnie ten sam sposób.
– To bez znaczenia. Zbite butelki nie są sztuką, nie ma w nich piękna, nie ma w nich też whiskey, a przydałaby mi się przez to twoje gadanie.
– Ja tylko wskazuję luki w twojej teorii.
– Tu nie ma żadnej teorii, tu jest kupka szkła na podłodze… Szlag, trzeba to posprzątać.
– Tak, tak, to już wiemy. Ale przecież to przemija, nie o to ci chodziło?
– Masz różdżkę?
– Przemijające i jednostkowe, mówisz?
– W porządku, poszukam swojej.
– Może po prostu butelki są za mało ludzkie, co? Może piękno, o które ci chodzi, musi mieć ręce i nogi, musi tańczyć i śpiewać, podskakiwać i… Ej, co jest?
– Masz tę różdżkę czy nie?
– Ty płaczesz? Zgaduję, że nie za rozbitą whiskey, nawet jeśli to byłoby zabawne jak te wszystkie programy telewizyjne, w których zmuszają ludzi, żeby robili coś głupiego za pieniądze. Chodzi ci o te ręce, nogi i całą resztę?
– Nawet jeśli, co ci do tego?
– Nic. Absolutnie nic. Ale może tobie przydałby się ktoś, kto by wysłuchał tego wszystkiego od początku do końca. No dalej, wiem, że chcesz to opowiedzieć. Chcesz, żeby było piękne.

Advertisements