11.

Pogodziliśmy się tamtej nocy.
Wtedy myślałam, że to ta mieszanka emocji, smutek, słodycz, złość, krew zaschnięta na jego dłoniach, że to wszystko skołowało mnie na tyle, bym w końcu mogła zapomnieć o tym, o czym przypadkiem powiedziała mi Leah, i na kilka godzin być znowu taką, jaką desperacko chciałam być – jego. I może było w tym trochę racji, chociaż w teorii, bo przecież po jednym zapomnieniu przyszły następne i chyba nigdy już tak naprawdę nie wróciłam do tamtych myśli i do pełnej świadomości tego, że ta krew na jego dłoniach… Że krwi…
Ale tak naprawdę to wiosna przyszła do nas wcześniej. Rosier i ja zawsze żyliśmy dziwnym cyklem kłótni, złości i ponownych początków; tamten rok nie był w tym wypadku wyjątkiem. Po tylu latach wiem, że Evan potrafił kochać tylko wiosną, chociaż wiosna, cóż, wiosna była często dość subiektywnym pojęciem.
Wtedy wiosna rozpoczęła się dla nas zimnym, grudniowym porankiem, kiedy z hukiem teleportowaliśmy się tuż za drzwiami mieszkania Constantine’a Notta; Constanine’a Notta, którego niechybnie wyrwalibyśmy z łóżka naszą niecierpliwością, gdyby nie to, że on tej nocy nie rzucił się z pięściami na nikogo aż tak specjalnego i nie musiał uciekać w pośpiechu z miejsca zbrodni, teraz, natychmiast, do utraty tchu.
Z tamtej wiosny pamiętam głównie zacieki na suficie w jego pokoju, co drugą sobotę punktualnie wkradające się do mojej rzeczywistości o drugiej trzydzieści popołudniu; bo przecież wszystkie inne wspomnienia, te dobre i… Nie chcę już myśleć o smaku jego ust i dotyku jego dłoni, bo jedyne, co po nich pozostało, jedyne, co wciąż potrafię do siebie przywołać, to chłód, morderczy chłód ostatniego pożegnania, na które się odważyłam.
Czy powinnam była pozwolić mu odejść? Tak po prostu? Czy gdybym nie próbowała go do siebie ściągnąć, przytulić, ożywić niczym postać ze starych, dziecięcych baśni, czy wtedy pamiętałabym jego ciało takim, jakie je znałam, a nie takim, jakie podarował mi Alastor Moody?
Może.
Nie wiem.
Nie myślałam jeszcze o Wilkesie. Do niego nie pozwolili mi się zbliżyć; jego twarzy nie widziałam od czasu, gdy dwa tygodnie temu objął mnie na pożegnanie po jakiejś nieistotnej sprawie, którą przyszedł ze mną załatwić. Nie znam jego siniaków, jego opuchlizny, musiało być z nim gorzej, tak mówią mi palce pani Wilkes zaciśnięte na moim ramieniu, jeszcze gorzej. Malfoy mówił, że nie byli pewni, czyje dłonie są czyje, więc musieli poprosić ją o rozpoznanie; ktoś w Ministerstwie uznał, że starsza, schorowana kobieta będzie lepszym sędzią niż ja – i pewnie miał rację, bo nie wiem, czy gdybym ujrzała dłoń Evana Rosiera oddzieloną od jego ciała, czy gdyby przyprowadzono mnie do niego wcześniej, nie wiem, czy miałabym siłę stać tu i ściskać palcami kogokolwiek.
Więc może Wilkes, może on pozostał w mojej pamięci takim, jakim był – ale na myślenie o nim, na myślenie o tamtym jednym, jedynym pocałunku jest jeszcze za wcześnie, tyle pozostało mi do powiedzenia, do wycierpienia, Wilkes musi poczekać.
Cała ta wiosna, to szaleństwo, to całkowite oddanie się komuś i czemuś bez większego przygotowania czy nadziei na powodzenie, ta nasza beznadziejna potrzeba siebie nawzajem trwała równie długo, co mrugnięcie powieki, i zanim zdążyłam się z tym pogodzić przyszedł maj, a z nim moje ostatnie tygodnie w Hogwarcie. Nie rozumiałam wtedy, jak ważne było to, co właśnie miało nadejść – egzaminy, pożegnania, szanse, które już nigdy nie powrócą – i nie obchodziło mnie to bardziej niż to, czy następnego dnia będzie padać siarczyście, czy może tylko trochę. Hogwart z tamtą wiosną przestał dla mnie istnieć.
Nie pamiętałam już nawet, jak bardzo tęskniłam za Virginią, która, nieświadoma mojej obojętności, wciąż rzucała mi mordercze spojrzenia z łóżka obok. Nie przeszkadzało mi to, że za kilka krótkich dni być może nigdy jej już nie zobaczę i nie usłyszę ani jednej opowieści o jej nudnych, przecodziennych snach. Jej i wszystkich innych Puchonów, którzy przecież byli kiedyś moją najbliższą rodziną. W świecie pełnym Evana Rosiera tylko on mógł mieć znaczenie. Tylko on.
Z tego wszystkiego nie myślałam nawet i o tym, by odliczać dni do końca; kiedy więc Leah podeszła do mnie tamtego wieczora i oświadczyła, że chciałaby się pożegnać, początkowo nie miałam ani cienia podejrzenia, o czym w ogóle do mnie mówiła.
– Pożegnać się?
Zmrok zapadał już nad błoniami, a ja z wytrwałością jakiegoś mugolskiego, niedorosłego poety wpatrywałam się w pustkę nieba nad jeziorem, kto by się przejmował słońcem pochylającym się nad horyzontem dokładnie za moimi plecami? A przecież woda w jeziorze była tak przyjemnie chłodna, a powoli zbierająca się rosa tylko dodawała temu wszystkiemu mokrego uroku, niewątpliwie zwiastującego przeziębienie.
Spojrzałam na nią, choć było to dość trudne z pozycji, w której się znajdowałam, leżenie na brzuchu nigdy nie sprzyjało podtrzymywaniu kontaktu wzrokowego. Ale Leah nie znosiła, gdy się ją ignoruje, więc niezależnie od tego, jak uszkodzić by to mogło moją szyję, nie miałam w tej kwestii za dużo do powiedzenia.
– Ogłuchłaś? Tak, pożegnać się. – Wzięła głęboki oddech. – Za tydzień pierwsze egzaminy.
Jestem przekonana, że wtedy po raz pierwszy tego roku przypomniałam sobie o istnieniu egzaminów, może nawet nauki jako takiej. Moje wyniki nie były wtedy najlepsze; Wilkes nie kręcił się już po zamku, by pisać moje eseje, a młodsi uczniowie, których zwykle się do tego wykorzystywało, nie byli równie uzdolnieni jak on. Edukacja istniała dla mnie tylko teoretycznie; i może kiedyś przyjdzie mi tego żałować, ale kiedyś, kiedyś to jeszcze nie dzisiaj.
Przewróciłam się na plecy, niechętnie, ale z pewną dozą zaciekawienia, co w zasadzie można by było powiedzieć o czymkolwiek, w co kiedykolwiek wciągnęła mnie Leah.
– Nie piszesz egzaminów?
Leah przewróciła oczami, zabawne, że mogłam to zobaczyć w tak nikłym świetle, a może wcale tego nie widziałam? Leah przewracała oczyma zawsze i wszędzie, czasem dziwiłam się, że jeszcze od tego przewracania nie wypadły i nie poturlały się po zimnych posadzkach Hogwartu przy akompaniamencie cichego chichotu setek i setek obrazów. Czy to, co zrobiła naprawdę, ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie?
Leah też już przecież nie ma.
Usiadła na trawie koło mnie, jej spódnica zakryła większość mnie tak, bym nie mogła jej już nigdzie uciec, tak myślę, bo z jakich innych powodów miałaby nosić tak absurdalnie szerokie spódnice?
– Egzaminy to strata czasu – oznajmiła tym swoim tonem eksperta, prawdziwej Pani tego świata. – Ministerstwo i tak zaraz upadnie i trzeba będzie się kwalifikować od początku.
Mogłam nie przejmować się zbytnio kawałkiem pergaminu, który za parę miesięcy jakaś sowa przyniesie do mojego domu – ale ucieczka? Ucieczka… ucieczka zawierała w sobie intencję, moc do czynienia zmian, a ja od dawna żyłam już tylko siłą inercji. Słowa Leah wyrwały mnie więc na chwilę z mojego otępienia, ze świata Evana Rosiera i sprowadziły mnie na tu i teraz błoni bez najmniejszego problemu.
Egzaminy to strata czasu?
Pięć minut wcześniej nie obchodziło mnie to, czy kiedykolwiek jeszcze zobaczę na własne oczy jakiekolwiek pytanie egzaminacyjne; ale nagle obudziła się we mnie potrzeba obrony autorytetów i wartości uniwersalnych, którą budzić we mnie potrafiła tylko Leah, i musiałam zareagować.
– Oszalałaś? Aż tak ci się spieszy?
Roześmiała się tylko, a kiedy próbowałam podnieść się na łokciach z oburzeniem godnym prawdziwej heroiny, szturchnęła mnie stopą w żebra, by mnie powstrzymać. I tyle też pozostało z mojego oburzenia. Jej pusty śmiech i siniak na moim lewym boku.
– Jak chcesz – odmruknęłam obojętnie, prawie obojętnie, bo chociaż ciągłe przebywanie z Evanem Rosierem nauczyło mnie szybkiego chowania dumy do kieszeni, wtedy jeszcze czasami pozwalałam sobie na krótkie chwile zapomnienia. – Nie jestem twoją matką.
– Tej mi by tu jeszcze, kurwa, brakowało. Wyobrażasz to sobie? Wpadłaby tu z dwójką dzieciaków na każdej ręce, upaprana jakimś słodkim gównem i zaczęłaby się drzeć, jakby to kogokolwiek obchodziło. Co za wstyd, ja pierdolę, Arbanddel, nie podrzucaj mi takich obrazów.
Nigdy nie poznałam matki Leah.
Nigdy nie poznałam nikogo z jej rodziny, chociaż wiem, że przynajmniej trójka z siódemki jej rodzeństwa przebywała w Hogwarcie w tym samym czasie co my. Leah… Leah nigdy nie chciała być częścią swojej rodziny. Czy to aż takie dziwne? Z każdym rokiem zastanawiam się, dlaczego w ogóle ktokolwiek chciałby być częścią swojej rodziny. Dzieckiem swoich rodziców. Patrzeć dzień w dzień na to, czym niechybnie się stanie, jeśli po drodze jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności nie pozbawi go życia.
Kiedyś myślałam, kiedyś, wtedy, kiedy Leah zaczęła tracić kontakt ze światem, wydawało mi się, że może jej matka przyjdzie jej na ratunek i w końcu ujrzę tę mityczną matronę z dwójką dzieciaków na każdej ręce; ale tak jak Leah zapomniała o nich, tak jej rodzina zapomniała o niej i do naszego spotkania nigdy nie doszło.
– Myślisz, że się nie dowie?
– Myślę, że będę wtedy zaje-kurwa-daleko. – Przez chwilę wydawało mi się, że słyszałam w jej głosie coś więcej niż zwykłe zniecierpliwienie. – Ale jesteś dzisiaj nudna. Nasz ostatni dzień na błoniach, a ciebie nie stać nawet na pół sekundy jakiegoś współczucia.
– Czego mam ci współczuć? Postradania zmysłów czy braku perspektyw zawodowych?
– Wal się.
A mimo to nie wstała z mokrej od rosy trawy i przez kilka minut siedziałyśmy, leżałyśmy tak koło siebie, czekając na to, aż słońce zajdzie za horyzontem, a wraz z nim jakakolwiek presja rozmawiania, rozumienia się nawzajem, współczucia, bycia.
Mimo cichego szumu wiatru przesuwającego kropla po kropli wodę jeziora, z mojej z każdą sekundą wciąż coraz bardziej przemoczonej pozycji słyszałam każdy jej oddech. Nawet w tej chwili absolutnego spokoju wcale nie była spokojna; już wtedy coś innego władało każdą sekundą jej życia i każdą myślą, i nie pozwalało jej ani pokochać, ani zrozumieć świata naokoło niej. Żaden zachód, żadna rosa nie mogły tego zmienić.
W końcu poprawiła spódnicę i odchrząknęła, jak gdyby miała do ogłoszenia coś ważnego, a nie banał, którego sama zdążyłam się już domyślić.
– Od jutra będę mieszkać z Nottem.
Może wiedziałam, co planowała mi powiedzieć, ale i tak ciężar tego zdania przygniótł mnie o wiele bardziej, niż chciałabym się do tego przyznać. Chyba już wtedy wiedziałam, musiałam wiedzieć, że historia moja i Rosiera nie potoczy się tak… prostolinijnie, z winy obu strony, mojej tym bardziej, dlaczego nigdy nie potrafiłam tak po prostu powiedzieć „Tak”?
– Dlaczego mówisz, że przyszłaś się pożegnać? – Potrzebowałam czasu, żeby zebrać myśli, żeby przypomnieć sobie o oddychaniu. – Planujesz mnie tam unikać?
– Rosier musi się w końcu wynieść, wiesz? Będziemy zakładać rodzinę.
Rodzina, czym mogła być dla nich rodzina, większą liczbą dzieci, które nie będą chciały być swoimi rodzicami? Niedzielnymi popołudniami przed kominkiem? Leah szydełkującą małe buciki dla równie małego chłopca? Czy tak wyobrażali sobie swoją rodzinę?
Okrutnie, okrutnie się pomylili.
Nie aż tak bardzo jak ja.
Leah już nie było, ale był Theodor, bez bucików i bez matki, jest Theodor, powinnam powiedzieć, bo przecież czeka gdzieś tam na nas wszystkich, zapomniany i przez nią, i przez Constanine’a, kolejna dusza, której nikt nie chce, porzucona jak setki innych, odłożona na później, które wcale nie musi nadejść. To jest ich rodzina, tak, złamane, dziecięce serce i mężczyzna, któremu już wszystko jedno.
Nie chciałam powiedzieć tego, co powiedziałam, nie chciałam burzyć jej małego szczęścia, ale mój język rzadko kiedy słuchał mojej głowy i tego dnia wcale nie planował zrywać z tą wyjątkowo niepotrzebną tradycją.
– Jesteś pewna?
Kolejny wybuch śmiechu, kolejne, lekkie kopnięcie w żebra, ale teraz już nie takie pewne, już wątpiące o swojej słuszności.
– Tego, że Rosier musi się wynieść? – odburknęła. – Najwyższy czas. Nie będzie na nas pasożytował go końca życia. Jasne, może ostatnio udało ci się go trochę ucywilizować, ale, do cholery, nie będę się całe życie przewracać o jego brudne gacie. Poza tym – przerwała dość dramatycznie. – Poza tym to jesteście strasznie głośni, a ja się lubię w soboty relaksować w kąpieli.
Uśmiechnęłam się mimowolnie; z jednej strony, z jednej strony Rosier, z drugiej strony idea zrelaksowanej Leah i nawet już myślenie o przyszłości nie potrafiło odebrać mi tego uśmiechu. Przynajmniej przez ułamek sekundy, bo potem…
– A tej rodziny?
Nie mówił jej oddech, powietrze pomiędzy nami, wieczór, woda w jeziorze, trawa pokryta rosą. Nie krzyczała jej spódnica i jej stopa, powstrzymująca się jakoś przed kolejnym kopniakiem w moje żebra. Nie. Nie. Nie. Słyszałam tylko Nie.
Bo gdy wysyczała:
– To nie twój interes.
To jej przekonanie o słuszności wszystkiego, co kiedykolwiek postanowiła, po raz pierwszy nie zrobiło na mnie wrażenia.

BS zawsze miał dedykacje, więc musi mieć i teraz. Tym razem dla Eci i jej niezdrowej sympatii do Leah.

Ownlog mnie wkurwił. Będę tęsknić za moim pięknym szablonem.

Advertisements

10.

Znałam kilku Constantine’ów Nottów, lepszych czy gorszych, bo życie nie szczędziło mu ani twarzy do odegrania, ani niespodziewanych zwrotów akcji. Z nas wszystkich, z tych, którzy przetrwali i wciąż jakimś cudem trzymają się kurczowo swojego istnienia, to Nott stracił najwięcej i kiedyś wydawało mu się nawet, że przy tym i najwięcej zyskał. Kiedyś był szczęśliwy. Kiedyś dzięki zręcznym i upadlającym kłamstwom Malfoya wyszedł z Azkabanu, magiczna sztuczka, która nie udaje się wielu, kiedyś wrócił do kobiety, którą kochał, i do przyjaciół, którzy jeszcze żyli. Tak trudno teraz w to uwierzyć, w szczęśliwego Notta, w Notta, którego nie złamały i nie zwyciężyły tygodnie wśród dementorów, Notta, który z krzywym uśmiechem na wygłodzonej twarzy przywitał mnie tamtego dnia w swojej kuchni.
Leah, coś ty mu najlepszego zrobiła?
Wiem, że parę ulic dalej czeka na mnie właśnie Constantine Nott, jego najnowsza i ostateczna wersja. Wiem, że kiedy w końcu otworzę oczy, przywołana przez obojętny głos jakiegoś podrzędnego urzędnika, kiedy razem z panią Wilkes wrócę do rzeczywistości, już tylko Nott będzie na mnie czekał. Ale czy mogę liczyć na pomoc człowieka, który nie potrafi pomóc samemu sobie?
Myślę teraz o Notcie tamtego dnia, kiedy wypuszczono go z Azkabanu, myślę o tym, co musiał przeżyć zamknięty przez tyle czasu z bestiami, które żywią się szczęściem i radością, myślę o rozpaczy, którą wtedy poznał, tej najgorszej, pozbawionej nadziei i nawet w tym momencie nie wydaje mi się on równie zniszczony, pusty, pokonany, jak teraz, kiedy choroba Leah wysysa z niego życie kropelka po kropelce, kiedy w pełni włada nim myśl o tym, że z nią już nigdy nie będzie dobrze i że jedyne, co mu pozostaje, to pilnować jej przed tym, co mogłaby zrobić samej sobie.
To były moje szczęśliwe lata, Nott, to moja tęsknota za tym, co już było, ale nawet w tym koszmarnym dniu nie potrafię zapomnieć o tym, że być może to, co spotkało Rosiera, było o wiele bardziej miłosierne, że może żegnanie go na zawsze jest łatwiejsze, niż wpatrywanie się w jego pustą, pozbawioną uczuć i wspomnień twarz.
Leah, Leah, Leah.
Ta część historii dotyczy Notta i Notta wyłącznie – mówi o jego cierpieniu i niespodziewanym powrocie, a ja mimo to nie potrafię nie myśleć o tobie. Jesteś moją obsesją, Leah, w równym stopniu co jego. Jesteś obsesją nas wszystkich.
Bo czy istnieje jeszcze Nott bez Leah?
Mówię sobie, że Constantine Nott jest moim przyjacielem, że wiele wspólnie przeszliśmy i że mimo wszystko zawsze będziemy się już wspierać, ale sama w to nie wierzę. On przecież nigdy nie był dla mnie niczym więcej niż naroślą na ramieniu Leah, niż jej cieniem i jej wiernym posługaczem. Tak jakby pokochawszy ją na zawsze oddał jej we władanie całego siebie, nie tylko w tym zwykłym, wyświechtanym przez poetów sensie, w którym my wszyscy oddajemy siebie miłości i obowiązkom; nie, Nott zdawał się pójść o krok dalej, naprawdę zrzec się prawa do bycia człowiekiem, prawa do bycia bez-Leah, do samostanowienia. Tamtego dnia jeszcze tego nie wiedziałam, znałam go tylko jako swojego nadgorliwego i irytującego nauczyciela, który ex machina trafił do więzienia i wyszedł z niego o połowę chudszy i zdecydowanie brudniejszy. Nie mogłam przypuszczać, że pustka w jego oczach i stracone kilogramy to efekt odstawienia Leah, jego najdroższego, najsilniejszego narkotyku, jego powietrza, jego powodu do trwania. Chciałabym móc powiedzieć, że Rosier kochał mnie tak, jak Nott kocha Leah – ale jeśli mam być szczera, wydaje mi się, że nikt inny nikogo tak nie kochał, nie kocha i nie pokocha, że dwie takie miłości rozsadziłyby świat od środka, że przyroda nie zniosłaby takiego zachwiania równowagi.
– Cholera jasna, Rosier, w celi miałem czyściej! – Najpierw go usłyszałam, a potem zobaczyłam, zgarbionego, z wielkim trudem otwierającego drzwi do własnej kuchni, takiego małego i ledwie istniejącego, cień człowieka, którym znałam go wcześniej. – Arbanddel. Powiedziałbym, że cieszę się na twój widok, ale szczerze mówiąc, nie mógłbym na to mieć bardziej wyjebane.
Ani jego strój, ani sposób mówienia nie pasował do Constantine’a Notta, którego znałam – bo każdy jeden Nott, który przewinął się przez moje życie, miał swoje nawyki i swoje atrybuty, i gdyby nie wspólne ciało naprawdę trudno byłoby ich ze sobą połączyć. Patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana i do dzisiaj pamiętam, jak zdziwiona byłam tym, co miałam przed oczami. Tym, kogo miałam przed oczami.
– A jej co zrobiłeś, sukinsynie? Wyrwałeś jej język, bo za dużo mówiła?
– Arbanddel już wychodzi.
– Dobra już, dobra, nie przesadzaj z tą czułością, bo się zawstydzę. Naprawdę, Rosier, tak ci z mordy patrzy, jakby to ciebie do snu utulał oddech dementorów.
Nie mogłam spojrzeć na Evana.
Ani wtedy, ani parę tygodni później, gdy zimnym, grudniowym popołudniem po raz pierwszy i ostatni dane mi było stanąć u progu Malfoy Manor. Brakowało mi uszczypliwości Notta i jego zmęczonej Azkabanem duszy, która od tamtego dnia regularnie widywałam w co drugą sobotę o trzeciej trzydzieści po południu; one przynajmniej dawały punkt zaczepienia dla moich myśli i pozwalały zapomnieć o tym, udawać nieświadomość tego, że Rosier i jego twarz mnie przerażają.
Malfoy Manor wyglądało pięknie w śnieżnej aranżacji.
To zabawne, że tyle lat później wciąż potrafię w głowie bez wahania odtworzyć jego architekturę. Może widoki nie były tak skuteczne, jak cudna, żywa, pełna oddechów i niestałości istota, ale wciąż stanowiły alternatywę na tyle kuszącą, że chyba już na zawsze odciśniętą w mojej pamięci.
Widzę więc marmurowe posadzki i kryształowe żyrandole, majestatyczne, dębowe schody dla mnie prowadzące donikąd, oszronione okna pełne bruzd lat, korytarze bez końca i bez początku, zawsze takie same, pełne białych wazonów z białymi różami i liliami, nigdy nie narcyzami, unikających wytartych skojarzeń czy krzyczących: nigdy nie będzie tu dla niej miejsca? I obrazy, wszędzie obrazy szczurów w ulizanych perukach, martwych za życia i żywych po śmierci, zza każdego zaułka, zasłony, przez każdą niezaklejoną dziurkę od klucza łypiących na mnie ślepym okiem, zazdrosnych o to, że mnie się udało, że nigdy nie byłam i nie będę częścią ich tragedii i nieświadomych tego, ze jak każdy człowiek, mam przecież własną.
Straszliwie martwe, zimne i nieprzyjazne było to piękno.
Każda idealnie smukła kolumna boleśnie przypominała o tym, że znajdowałam się w miejscu, w którym nikt nigdy niczego nie pragnął. Nawet oranżerii skąpanej w czystym, grudniowym słońcu bliżej było do lamentu wdów i sierot, których te mury widziały aż nadto, niż do radości weselnej fety. Ja potrzebowałam sojusznika, uśmiechu, przyjemnego dotyku znajomej dłoni; Malfoy Manor oferowało jedynie – i aż – piękno dawno utraconego ideału.
Czy naprawdę było to o tyle lepsze od jego twarzy?
Tyle zmarnowanego przez strach czasu, którego już nie odzyskam. Tyle wspomnień straconych na Malfoy Manor.
Cyzia wyglądała okropnie. Matki zawsze mówią o blasku, który otacza panny młode. Ja nie zdążyłam go zaznać – i wiem, że nigdy nie będzie już mój, ale ona, ona przeżyła dzień swojego ślubu i pewnie przeżywała go raz po raz, leżąc nocami w zimnym łóżku i patrząc w baldachim, raz po raz, i za każdym razem był on równie ciemny i straszny, i obcy, i pozbawiony nie tylko blasku, lecz także światła jako takiego. W oczach Cyzi widziałam tylko bezgwiezdną noc. A przecież to wszystko to miął być dopiero początek.
Byłam przygotowana na dźwięk na pół przełamanego serca; ale kiedy w końcu wydusiła z siebie ciche Tak, setki szczęśliwych jej nieszczęściem rąk rozpoczęły triumfalną pieśń, której nie zagłuszyłby nawet koniec otaczającego je świata. Oglądanie jej takiej zniszczonej, wciągniętej w ramiona Malfoya wbrew wszystkiemu, czego chciała, co kochała, w co wierzyła, nieskażonej nawet cieniem uprzejmego uśmiechu, takiej… pustej w środku zabiło coś i we mnie.
Chyba płakałam.
Wzdrygam się mimowolnie i na chwilę otwieram oczy. Matka Wilkesa patrzy na mnie ze zrozumieniem, chociaż ja przecież nie rozumiem samej siebie. To nie wspomnienie Cyzi idącej na pewna śmierć wszystkich swoich marzeń sprawia, że dreszcz przeszywa całe moje ciało. To nie jej nieszczęście staje mi w gardle krztuszącą kulą i nie pozwala skupić słów, myśli, wrażeń. Malfoy Manor miało rację. Każdy ma swoją własną tragedię.
Wciąż nie potrafię myśleć o dniach, w których było dobrze. Wciąż, jakbym mówiła o długich latach, a przynajmniej miesiącach, które dały mi dość czasu, by przyzwyczaić się do mojego nigdy nie. Czy w ciągu tych kilku dni naprawdę mogłabym…
Nie potrafię myśleć o dniach, w których było dobrze. Boję się, że już nigdy nie będę potrafiła. Kręcę się, owijam złymi wspomnieniami, kłamstwami, sprzeczkami, sercem rozpadającym się na milion kawałeczków, przypominam sobie wszystko, co bolało, co czyniło nas tym, czym przeciecz przez długi czas byliśmy – nieporozumieniem, szaleństwem, pomyłką, walką, burzą, rozpadem, dwójką ludzi, którzy uparli się, by przy sobie trwać, chociaż nie znali nic poza wzajemną krzywdą.
Chyba płakałam. Musiałam płakać, chociaż tego nie pamiętam, bo nawet nie zauważyłam, kiedy Evan mnie objął i przyciągnął do siebie ostrożnie, powoli, żeby nie zwrócić na siebie niczyjej uwagi.
– Wszystko się ułoży.
I wszystko się układało. Te krótkie trzy słowa, w połączeniu z ciepłem jego ciała i jego ust na mojej skroni, to było wszystko, co mogło się ułożyć, ale i wszystko, czego mogłabym chcieć, wtedy, teraz, zawsze. Rosier nigdy nie był fanem wielkich gestowi, skąpił mi ich z uporem prawdziwego goblina, gotowego bronić ostatniej sztuki złota do ostatniego włosa na swoim krzywym nosie, dlatego właśnie może miały nade mną taką władzę i taką moc.
Minęło sześć miesięcy, nim w końcu odważyłam się porozmawiać z Cyzią. Sześć długich miesięcy, w trakcie których chowałam się za wspomnieniem jego ramion i udawałam, że w nocy, gdy Virginia dawno już zasnęła, razem z całym Hufflepuffem, lepszym czy gorszym, razem z pająkami, skrzatami, centaurami w Zakazanym Lesie, że w nocy nie słyszę jej cichego płaczu.
Ale pomiędzy mną z tamtego zimnego, grudniowego dnia a mną za sześć miesięcy była jeszcze przepaść innych mnie i innych Cyzi, i innych Rosierow, przepaść, której dzisiaj już nie potrafię wytłumaczyć, bo przecież nie zdarzyło się nic wartego naszej uwagi, nic specjalnego, a mimo to sześć miesięcy później byłam już innym człowiekiem i Rosier był innym człowiekiem, a Cyzia…
Malfoy zniszczył ją w jednym Tak i w jednym nieszczerym, małżeńskim pocałunku. W pół roku po Cyzi nie było już śladu.
Nigdy nie ukrywałam, że nie znosiłam Malfoya; nikt tego nie ukrywał. Ani Rosier, ani Wilkes, ani Nott, ani bracia Yaxley, ani Snape, ani nikt inny. W Malfoyu było coś, czego zadane z nas nie rozumiało – paląca potrzeba znaczenia. W moim świecie, a raczej w świecie mojego ojca, nie było ludzi, którzy niczego nie znaczyli. Czasem, oczywiście, przykuwali czyjąś uwagę, ale tylko na ułamek sekundy, mrugniecie znużoną całą resztą powieką, a potem znikali bez słowa, odrzuceni w kąt jak zepsuta zabawka, takie to było banalne i porównanie, i życie. Malfoy chciał znaczyć i Cyzia mu na to pozwoliła, podpisując swoją krwią jego pieniądze bez znaczenia, i tamten dzień był triumfem jego życia.
Ale nawet teraz, w dniu, w którym stoję, gdzie stoję dzięki Malfoyowi i jego przebiegłości szczura, zbyt cwanego, by umrzeć u boku swoich przyjaciół, zbyt tchórzliwego, by bronić ich do ostatniego oddechu, zamiast tego zajmując się obroną ich wdów i sierot, nawet teraz nie potrafię mu wybaczyć tego, że wszystkie jego marzenia stały się rzeczywistością.
Może to zazdrość. Malfoy miał, ma wszystko; żonę, rodzinę, dziecko, świat, przyszłość. Ja…
Ceremonia skończyła się, obiad też, bo wszystko kiedyś jakoś się kończy, a ja zgubiłam Rosiera, jak zawsze, zakręcił się gdzieś przy Wilkesie i rozpłynął się, zmienił się w mgłę, zniknął, nie było go nigdzie, ani przy stołach z jedzeniem, ani przy tańczących w sali balowej, ani w ogrodzie, ani przy mnie. A ja musiałam już wyjść; z braku Rosiera wracały i łzy, i ból głowy, i wrażenie, że uczestniczymy w czyjejś ofierze, że razem z Malfoyem dokonujemy zbrodni na niewinnym. Potrzebowałam powietrza, innego powietrza, z daleka od przedstawienia, którego byłam częścią.
Skołowana zamieszaniem wokół mnie, tańcem, alkoholem, sztucznym śmiechem, kręciłam się w kółko z tego samego pokoju do tego samego pokoju i nie byłam pewna tego, czy kiedykolwiek jeszcze go znajdę, czy znajdę sama siebie, a już z pewnością nie spodziewałam się tego, w jakim znajdę go stanie.
Przypadkiem skręciłam w nie to lewo, w które powinnam, i prawie zderzyłam się z plecami Wilkesa, tak szybko wyrośli oni spod ziemi, tacy duzi chłopcy, a brali się przecież znikąd i z niczego. Ten mnie nie zauważył, zbyt zajęty odciąganiem Rosiera, który chyba nie zauważał jego, a przynajmniej za nic miał jego wysiłki. A cały ten szalony łańcuch zaczynał się i kończył na Lucjuszu Malfoyu, poły którego szaty Evan ściskał w swoich dłoniach, przyciskając go do ściany, chociaż wyglądało na to, że to wcale nie był początek, może nawet nie koniec, bardziej interludium, krew spływająca z ust Malfoya była tego najlepszym dowodem.
– Wycedź jeszcze jedno słowo z tej swojej kurewskiej gęby i…
– Evan!
Spojrzał na mnie, wciekły, a ja momentalnie przypomniałam sobie o strachu i wątpliwościach, i o tym, jakim naprawdę człowiekiem był Evan Rosier, nie, nie przy mnie, Evan nigdy nie nauczył się być przy mnie sobą, razem byliśmy tylko grą i pozorem, ucieczką może, ucieczką od tego, czego baliśmy się w samych sobie. Prawie nie poznałam jego oczu, chociaż znałam na pamięć każde włókno tego błękitu, każdy sposób, w jaki odbijało się od nich światło.
Malfoy wykorzystał tę okazję do tego, by go od siebie odepchnąć. W niczym mu to jednak nie pomogło, ten mały bunt, ta demonstracja; Rosier zareagował instynktownie, jak Wilkes próbował go potem wytłumaczyć, chociaż zawsze ciężko mi było uwierzyć, że nieestetyczna miazga, w którą przemienił się nos Lucjusza, nie sprawiła mu satysfakcji.
Szukalam pomocy w Wilkesie, który wciąż próbował rozdzielić tych dwóch. Jeśli nie ja, to on, jeśli nie on, to kto? Czy był na tym świecie jeszcze człowiek zdolny zatrzymać Rosiera, który coś sobie wymarzył, wymyślił, zaplanował? Ale zanim którekolwiek z nas zdołało coś zdziałać i zmienić, i stać się cichym bohaterem, i uratować całą sytuację, Evan westchnął ciężko i wyrzucił z siebie krótkie:
– Ani mi się, kurwa, waż.
Pamiętam jego ręce, obryzgane krwią, zaciskające się na moim przedramieniu, pamiętam nieme przepraszam w oczach Wilkesa i moje nieme o co w tym chodzi?. Jednak nawet gdy już wychodziliśmy z Malfoy Manor, gdy opuszczaliśmy to przeklęte miejsce, jedyną odpowiedzią, jaką dostałam, było:
– A jak myślisz?
Wygląda na to, że zimą zawsze piszę BSa. Zdarza się.
Dla wszystkich, którzy lubią dobry strzał w mordę.

09.

Evan uparcie nie odpowiadał na żadną z moich wiadomości – i chociaż na jego miejscu też bym się tak zachowała, ba, przecież ja byłam na jego miejscu i dlatego nie odzywałam się do niego tygodniami, to czułam się urażona tą ciszą i uznawałam ją za niezasłużoną. Bardziej niż miłość i tęsknota, ta duma, a może bardziej jeszcze ciekawość pchała mnie znowu w jego kierunku, sprawiała, że myślałam nawet już nie o tym, co powiedziała Leah, ale o nim samym obsesyjnie, łudząc się, że sam z siebie postanowi przerwać w końcu ten terror rozłąki i jeśli nie pojawi się w Hogwarcie osobiście, to przynajmniej napisze do mnie z wyjaśnieniami.
Nic takiego się, oczywiście, nie wydarzyło.
Teraz, kiedy jest już po wszystkim, wiem, że wojny na milczenie nie da się z nim wygrać. To ciężka i bolesna lekcja – wiedzieć, że tobie zawsze zależy bardziej, że nigdy nie będziesz ważniejsza od tego obezwładniającego poczucia zwycięstwa nad drugim człowiekiem. Ile czasu straciłam, nie mogąc się z tym pogodzić? Zdecydowanie więcej, niż powinnam, i teraz to poczucie winy za zmarnowanie tego, co moglibyśmy mieć i nigdy mieć już przecież nie będziemy, ta koszmarna niemoc odzyskania tych utraconych miesięcy, ta pustka i ten żal do samej siebie, to wszystko nawiedza mnie w koszmarach i dusi, dusi, choć zawsze pozwala w końcu złapać oddech, bo śmierć jest zbyt miłosierna.
Zapukałam trzy razy, ale nikt nie odpowiedział.
Całą poprzednią noc, a potem i całą drogę do niego bałam się, że właśnie to się wydarzy – dokładnie nic. Owszem, mógł po prostu wyjść z domu i spacerować teraz po ulicach Hogsmeade, a może nawet dalej, może wyjechał do Londynu albo poza granice kraju, kontynentu, świata jako takiego, przecież mógł być wszędzie i nigdzie jednocześnie, mógłby spaść poza ramy rzeczywistości albo najzwyczajniej pójść zapatrzyć się na Wrzeszczącą Chatę i stracić poczucie czasu, ale dla mnie – dla mnie stał po drugiej stronie drzwi i śmiał się szyderczo, i delektował się tym, jak krztuszę się własnym upokorzeniem. Czy sprzeciwienie się własnej dumie nie jest wystarczająco bolesne bez dodatkowych nieprzyjemności?
Powinnam była powiedzieć mu, że przyjdę, może chociaż na nie nie odpisywał, czytał te listy, które odbierał ode mnie codziennie o siódmej trzydzieści rano? Ale uprzedzić go to przyznać się do porażki o parę godzin wcześniej, dać mu czas, by przygotował się do swojego triumfu; kto w takiej sytuacji nie wybrałby ryzyka?
Nieostrzeżenie Evana wydawało się o wiele lepszym pomysłem, gdy goblin z kołatki nie wykrzywiał się do mnie kpiąco.
Ile tam stałam? Teraz wydaje mi się, że wieczność, że część mnie wciąż tam stoi i nie potrafi uwierzyć w to, co jej się przytrafia. Mijają dni, miesiące i lata, a jego nie ma – ale skoro go nie ma, to nigdy nie… i w jakiś niezrozumiały sposób ta część mnie jest szczęśliwsza. Czasem chcę być tą częścią mnie, chcę być upokorzona i porzucona na obrzeżach Hogsmeade, chcę, żeby listopadowy deszcz też nie miał dla mnie litości, chcę stać tam tak długo, że aż zabraknie mi łez i tylko ten deszcz będzie powstrzymywał mnie od wyschnięcia z rozpaczy i przeklinania Evana za to, że mnie wtedy nie zostawił, bo przecież o tyle łatwiej winić tych, którzy nie mogą się bronić.
– Luna.
Nie wiem, jak mogłam nie zauważyć tego, że nadchodził, nie usłyszeć jego kroków i oddechu, gdy nachylał się do mojego ucha, nie poczuć ręki, którą objął mnie w pasie. Stałam tam, sparaliżowana tym nagłym odkryciem, z jedną dłonią wciąż zaciśniętą na kołatce, niepewna, czy jeśli drgnę choć odrobinę, Rosier rozpłynie się w powietrzu, jak gdyby nie był człowiekiem, a jedynie wytworem mojej upokorzonej imaginacji.
– Gdybym wiedział, że przyjdziesz, przynajmniej bym się ogolił.
Zupełnie nie przejmując się moją biernością i moim brakiem odzewu, otworzył drzwi, wprowadził mnie do środka, a potem przeprowadził przez najbrudniejszy korytarz, jaki widziałam w życiu do najbrudniejszej kuchni, jaką widziałam w życiu, i posadził mnie na stołku, który tylko lekko przetarł ścierką, która już widziała lepsze czasy, nie zająknąwszy się nawet na temat tych paru tygodni, gdy mnie ignorował i gdy ja ignorowałam jego. Uszami mojej wyobraźni wciąż słyszę szuranie szczurów w ścianach, które teraz służą za wyjątkowo dramatyczny podkład muzyczny do czegoś, co już było, ale wtedy były jedynie nieznośnym hałasem na skraju mojego pojmowania, tak zajętego próbą zrozumienia tego, że Rosier jest, patrzy na mnie, nie mówi nic, ale zdecydowanie jest. Powiedziałabym, że to było nie tylko obrzydliwe z ich strony, tych szczurów, żyć w jego kuchni, lecz także bezczelne, bo przecież nie wolno tak szurać w obecności człowieka, który próbuje uchwycić się rzeczywistości. Powiedziałabym im to prosto w ich szczurze twarze, gdybym je kiedykolwiek zobaczyła, gdyby nie były tylko echem, dźwiękiem, mordęgą.
– Napijesz się czegoś? – spytał w końcu, przecinając tę ciszę i tak już przeciętą szuraniem, naprawdę, ktoś mógłby nauczyć Rosiera, że jeśli nie posiada się skrzata, to należy po sobie sprzątać, to nie jest takie trudne, wystarczy dwa razy machnąć różdżką i po wszystkim.
Próbowałam skupić się na tym, po co przyszłam, nie rozproszyć się przez szczury i konwenanse, i… I jego oczy, które wpatrywały się we mnie niewinnie, oczywiście, czy Evan kiedykolwiek był czemukolwiek winny?
– Nie spodziewałam się, że będziesz mieszkał w takiej norze – wydusiłam z siebie w końcu i od razu tego pożałowałam, bo oczy Evana, te cudowne, wspaniałe, zabójcze, niebieskie oczy Evana błysnęły niebezpiecznie. – Co z domem w Londynie?
Rosier wyciągnął z lodówki butelkę piwa i bezceremonialnie trzasnął nią o kant blatu; podskoczyłam, bo nie spodziewałam się tego nagłego huku, moje uszy nastroiły się już do ciszy i szczurów, ale wciąż nie potrafiły sobie poradzić z istnieniem Evana.
– Niektórzy z nas są prawdziwymi czarodziejami, Arbanddel, i nie wyobrażają sobie mieszkania wśród mugoli, chowając się przed nimi na każdym rogu pod warstwą mugolskiego gówna, umazani nim od stóp do głów, żeby przypadkiem nic się nie wydało.
W dłoni wciąż ściskał butelkę mugolskiego piwa, które wyciągnął właśnie z mugolskiej lodówki, co umniejszało nieco powagi jego brutalnej deklaracji. Wprawdzie większość przedmiotów w magicznych domach było pewną wariacją na temat przedmiotów mugolskich, jedynie zasilanych bez… bez mugolskich sposobów, tyle lat później wciąż nie mogę uwierzyć, że nigdy nie zauważył, jakim hipokrytą był w tamtej chwili.
– Wolisz mieszkać ze szczurami?
– Wolę mieszkać ze szczurami, niż być, kurwa, szczurem, wynurzającym się z pierdolonego kanału mugolskich odchodów, skarbie.
Mimowolnie wzdrygnęłam się, coś było nie tak, Evan był może arogancki i butny, może całe jego jestestwo przesiąknięte było agresją i nienawiścią, może właśnie taki był – na swój własny sposób szalony, szalony szaleństwem innym od tego Leah, bo przyczajonym, ukrytym, schowanym przed światem i przede mną, bo czy w istocie widziałam je kiedykolwiek w pełnej krasie? Raz przebiło się odrobinę przez tę maskę bucowatego szczeniaka, którą przybierał dla świata, nieśmiało wyciągnęło do mnie swoją rączkę, nie, nie rączkę, łapę, sięgnęło po mnie i… Ale to był tylko urywek, jestem pewna, że było tego więcej, wystarczyło posłuchać Wilkesa, Leah, Notta, ich wszystkich, oni to widzieli, bo sami byli częścią tego samego szaleństwa. Więc może był. Może był niewłaściwy. Ale przynajmniej nie klął, nie przy mnie, bo konwenanse, bo udawanie, bo ta gra to była część jego poczucia wyższości nad mugolami i całym żywym światem.
Coś było nie tak.
– Dawno nie widziałeś się z Wilkesem, co?
Pożałowałam tego pytania tak szybko, jak je wypowiedziałam. Evan spojrzał na mnie tak, jak… Jak w zasadzie nigdy wcześniej na mnie nie patrzył. Wtedy nie znałam jeszcze tego spojrzenia, nie miałam okazji bowiem zmierzyć się jeszcze z jego zazdrością, o nie, wtedy całą swoją obsesję na punkcie wyłącznego posiadania mnie przelewał na Wilkesa, bo on też wiedział, musiał wiedzieć, on zrozumiał wszystko znacznie wcześniej. Tamtego dnia po raz pierwszy spojrzał na mnie jak na nieposłuszną dziewczynkę, karcąco i koszmarnie przerażająco, tak, bo w tych swoich napadach zazdrości był przede wszystkim przerażający; ludzie mówią, że zazdrość może ich podniecać, że jest w tym coś pociągającego, że idea mężczyzny pragnącego rozszarpać swojego rywala może być kusząca, ale ci ludzie, te kobiety, one nigdy nie widziały zazdrości Evana. Nie w jej pierwszej fazie.
Rosier wyglądał, jakby mógł Wilkesa, mógł mnie rozszarpać absolutnie niemetaforycznie.
– Co ja, kurwa, potrzebuję niańki?
Ryknął tak głośno, że niemal podskoczyłam i przewróciłam przy tym moje krzesło. Ze złością cisnął o ścianę butelką, którą do tej pory trzymał w ręce i zamarł, dysząc ciężko i wpatrując się we mnie intensywnie. Przez moment czerwień jego twarzy zlała się z czerwienią jego włosów, ukrywanie wściekłości nigdy mu nie wychodziło, to pewnie kolejna rzecz wspólna rzeczy rudych.
Nie wiem, ile zajęło mu uspokajanie się – minuty? godziny? – wiem tylko, że przez tę krótką chwilę byłam pewna, że zaraz rzuci się na mnie i wyrwie mi z piersi bijące serce, nawet nie tyle po to, żeby mnie ukracać, ile żeby mieć pewność, że jest tylko jego.
– Nie mów… – wycharczał w końcu z trudem, musiał odchrząknąć, żeby kontynuować. – Nie wtrącaj się do tego, co jest pomiędzy mną i Wilkesem. Masz się od niego trzymać z daleka. Dotarło do panienki?
Nie wiem, jak znalazłam w sobie siłę, żeby kiwnąć głową. A może to on kiwnął nią za mnie? Może nauczył się kontrolować moje ciało lepiej niż ja sama? Bo przecież znieruchomiałam, przerażona, bo przecież nie miałam najmniejszych szans na poruszenie jakimkolwiek mięśniem, nawet absolutnie nieistotnym, a co dopiero szyją.
A jednak kiwnęłam.
Pochylił się, żeby podnieść przynajmniej część potłuczonego szkła, chociaż teraz wiem, że zrobił to tylko po to, żeby na mnie nie patrzeć. Wtedy… Wtedy myślałam, że nie chce, żebym przypadkiem na nie nadepnęła, a że jest w tej swojej trosce nieporadny, zgubiony, w końcu musi się czuć winny, że tak na mnie naskoczył, prawda?, ryzykuje to, że się pokaleczy, byle tylko pozbyć się szybko tej nieszczęsnej butelki. Ale Evan? Wina? Troska? Schylił się przecież tylko po to, żeby ich uniknąć. Nawet za cenę drobnego skaleczenia.
Nawet nie wiem, czy do niego doszło; też nie potrafiłam wtedy spojrzeć na Rosiera i gdy tylko odzyskałam odrobinę władzy nad samą sobą, wlepiłam wzrok w czubki moich butów i jedynie starałam się usłyszeć, czy jest już z nim lepiej, czy jest już po wszystkim.
Każda burza kiedyś mija. Wystarczy być cierpliwym.
– W zasadzie dobrze się złożyło, że w końcu tu przyszłaś – powiedział w końcu tonem popołudniowej herbatki, bo dla niego nie było po wszystkim, dla niego nigdy nie było wszystkiego. – Zaczynałem się zastanawiać, czy wciąż idziemy razem na ślub Narcyzy.
Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Podniosłam głowę i od razu odnalazłam go wzrokiem – nonszalancko opartego o stół, przy którym siedziałam, z nowym piwem w dłoni i prawie że uśmiechem na ustach. Przez moment myślałam, że się roześmieję, tak absurdalną wydawała mi się ta sytuacja, ale zdusiłam w sobie ten śmiech, bo wiedziałam, że tylko na nowo go zdenerwuję.
– Naprawdę? – wymsknęło mi się. Nie planowałam robić mu wyrzutów, naprawdę, po prostu wciąż nie zebrałam się w sobie po jego wybuchu i… Nie wierzę, naprawdę nie wierzę, że wciąż się tłumaczę, że jego nie ma, a ja wciąż tłumaczę się przed samą sobą, że tyle lat później wciąż czuję się wobec niego bezradna.
– Naprawdę się zastanawiałem czy naprawdę coś innego?
Nie chciałam odpowiedzieć, ale jego oczy drążyły mnie na wskroś i wiedziałam, że nie odpuści.
– Evan… – Głęboki oddech. – Nie rozmawialiśmy ze sobą od miesięcy. Naprawdę uważasz, że powinniśmy zacząć to… zacząć to wszystko od dyskusji na temat ślubu Cyzi?
Wzruszył ramionami. Zdecydowanie czuł się już lepiej. Wracała mu jego poza tego, którego nic nie obchodzi.
– Leah wypaplała ci już wszystko inne, nie?
Napił się piwa, co było tylko kolejnym unikiem. Nie chciałam go przyciskać do ściany. Spędziłam kilka poprzednich tygodni obsesyjnie rozmyślając na temat tego, co usłyszałam o Leah, ale w obliczu możliwości poznania prawdy okazałam się tchórzem. Wolałam, żeby mi nie powiedział. Wolałam nie wiedzieć.
– Leah wcale nie…
– Robię tylko to, co jest słuszne, okay? – przerwał mi niespodziewanie. Nie patrzył na mnie. Patrzył na swoją butelkę, z której po chwili upił kolejny łyk. Próbował udawać, że to nic wielkiego. Och, Evan, czemu nic nigdy nie mogło być dla ciebie wielkie? – Nie chciałem ci mówić, bo wiem, jakim jesteś niewiniątkiem. Jak nie lubisz sobie brudzić ślicznych rączek i wolisz, żeby takie rzeczy załatwiano za twoimi plecami. I tak będzie, Arbanddel. Oczyścimy dla ciebie cały świat, a ty będziesz mogła dalej sobie udawać, że nie działo się to przy twoim pełnym pozwoleniu.
Otwieram oczy, bo nie mogę już znieść tamtej chwili. Nie chcę wracać pamięcią do tamtego milczenia, do tych ciągnących się w nieskończoność minut pełnych strachu i… upokorzenia. Nienawidzę pamiętać go takim, w tej chwili marzę głównie o tym, żeby umieć kiedyś zapomnieć o tym, że tyle razy celowo chciał mnie skrzywdzić, a przecież nie mógł chcieć, prawda? Przecież mnie kochał, a miłość, miłość nie działa w ten sposób i…
Ocieram z policzka łzę. Pani Wilkes głaszcze mnie po włosach. Nie mogę płakać. Nie teraz.
Zamykam oczy, a Evan akurat odstawił butelkę na stół i odsunął się ode mnie, i planował mnie chyba zostawić tam samą, złamaną i cierpiącą, bo w tym zawsze był najlepszy – w zostawianiu ludzi. Dla niego ta rozmowa była już skończona, on oznajmił przecież to, co miał do oznajmienia i nie potrzebował moich zbędnych komentarzy. Ale ja czułam, że go tracę, że jeśli wyjdzie teraz z tej obrzydliwej, pełnej szczurów i rozlanego piwa kuchni, to więcej go nie zobaczę, nawet nie dlatego, że on nie będzie tego chciał – chociaż czy kiedykolwiek tak naprawdę wiedziałam, czego chce Evan Rosier? – ale dlatego, że nigdy już nie otrząsnę się z tego, co właśnie mi powiedział.
– Tęskniłam za tobą. Tylko to chciałam powiedzieć.
Spojrzał na mnie w końcu i ku zdziwieniu nas obojga jego twarz pełna była niezrozumienia. W jego świecie, w jego głowie, każda rozmowa zawsze była potyczką, którą należało wygrać, więc z góry założył, że po to tu przyszłam. Żeby wygrać swój kawałek prawdy.
Nie zdążył odpowiedzieć, bo nagle usłyszeliśmy najpierw dźwięk zamka, potem huk zamykanych drzwi, aż w końcu z korytarza za jego plecami dobiegł do nas głośny kaszel Constantine’a Notta.
Znowu chce mi się pisać. Co oznacza, że moje załamanie nerwowe osiągnęło punkt, w którym nic we mnie już nie wierzy, że mi przejdzie.
Oberwałam od Sylf za lodówkę, ale lodówka została. Przykro mi. Weasleyowie mieli radio i kuchenkę, Rosier może mieć lodówkę.Sylf powiedziała mi, że przecież mógłby mieć szafkę z zaklęciem chłodzącym. Chciałabym tu zaznaczyć, że lodówka to taka szafka, która chłodzi (tylko z innego materiału).
(gdyby Rosier nie miał lodówki, nie mogłabym mu przypierdolić za hipokryzję, a bardzo chciałam, bo po raz pierwszy czułam, że trzeba stanąć w obronie Luny)
(tak oto Luna nie ma czajnika, a Rosier ma lodówkę, witajmy w świecie mojej niekonsekwencji)
Te notki odautorskie zawsze były pełne mojego marudzenia na to, że śmierdzi Zmierzchcem. Chciałam powiedzieć, że ewoulowałam i ze względu na dużą zawartość przemocy domowej dzisiaj czuję, że pisałam 50sog tyle że bez seksu.
(na co komu seks, jak można rzucać butelkami?)
(TRZEBA BYŁO MU ODDAĆ KRZESŁEM)
Dziękuję, pozdrawiam. Kiedyś wrócę, jak widać, nie tak łatwo jest się mnie pozbyć.

08.

Reszta tamtego lata… Nie chcę myśleć o reszcie tamtego lata, bo wtedy myślę o Ellie i Ellie wyłącznie. Nie chcę myśleć o Ellie, bo nas dwóch już nigdy nic nie rozdzieli, bo w życiu pełnym utraty i pożegnań trafiła mi się jedyna stała, ty parszywy losie. Wszystkie sekundy, jakie mi pozostały, spędzę myśląc o Ellie. Dlaczego tylko rzeczy prawdziwie złe mogą być prawdziwie nieskończone?
Lato skończyło się jednak, a ja po raz ostatni uciekłam do Hogwartu. Nawet pełne złości oczy Virginii nie mogły mnie przed tym powstrzymać – bo po raz pierwszy od aresztowania mojego ojca nie czułam się już winna a jedynie zmęczona. Może właśnie po to potrzebuję Ellie? Może ma być mi otuchą myśl, że czego nie zrobię – a nawet czego nie zaprzepaszczę swoją niemożnością wyboru – i tak zawsze będzie to błahe przy tym, co ona zrobiła nam wszystkim?
Może. Może dlatego też zaprzeczam sama sobie i wracam do niej, i wracam, i nie mogę przestać o niej myśleć, może w istocie jest ona lekarstwem na moje poszarpane sumienie, może nienawiść wreszcie bardziej absorbuje niż smutek i czyni życie łatwiejszym.
Jeśli to faktycznie miałoby być rozwiązaniem, niech będzie, czas na Ellie – niezmienną, choć przecież wszystko płynie, dokładnie taką samą każdego dnia tego koszmarnego lata. Wszystkie te sceny i scenki są siebie warte, ale skoro prawie całą sobą jestem już znowu w Hogwarcie, próbuję skupić się na Ellie z dnia, w którym wyjeżdżałam.
Stałam w drzwiach naszego salonu, znowu, znowu, znowu, wszystko, co złe, działo się w tym salonie, dlaczego zawsze tam wracam? Jaka nieludzka siła ciągnie mnie do tego miejsca, w jaki wir wpadłam, że chociaż chcę się z niego wydostać, nie mogę; że nawet gdy mogę, to wciąż n i e   m o g ę? Mogłabym się usprawiedliwić tym, że nigdy nie byłam niczym więcej niż kobietą, a kobiety takie jak ja są czystym zaprzeczeniem inicjatywy, zamrożonym potencjałem tego, co się nigdy nie ziści; ale Evan przecież chciał mnie stamtąd zabrać, nie musiałam robić nic, musiałam tylko pozwolić, skinąć uprzejmie głową na jego błagania, na jego próby zaprzepaszczenia swojego życia – bo przecież ojciec by mu nie wybaczył, a bez jego ojca nie byłoby też pieniędzy, kariery, koneksji, bali u Ministra, szlag by to, Rosier, na co ci to było? – musiałam tylko pozostać bierną, a nie po raz pierwszy wybrać niemy upór i to w imię czego? W imię swojej dumy, myślałam, w imię szacunku i lepszych warunków dla wspólnej przyszłości; nie byłam przecież Leah, nie mogłam pozwolić sobie na bycie lokatorką, nie będąc żoną, ale wybiegam myślami tak bardzo do przodu, tak blisko teraz, że… Podczas gdy tak naprawdę odmówiłam mu w imię tego salonu i cierpienia, które nie musiało być moje, ale którego trzymałam się kurczowo całe dorosłe życie.
Stałam więc w drzwiach mojego salonu.
Nigdy nie byłam dobrym czarodziejem, za co Ellie obwiniała moją matkę i jej niskie pochodzenie – zapominając, oczywiście, że sama była kiedyś mniej niż niczym i jeżeli teorie czystości krwi faktycznie się sprawdzały, to pewnie głównie ona przyczyniła się do mojej porażki. Większość moich zaklęć zawsze działała połowicznie albo przynajmniej nie-do-końca – i dlatego właśnie kufer ciążył mi w dłoni, chociaż obłożyłam go zaklęciem lekkości. Po prawdzie to Kłapoucha powinna go trzymać, a przynajmniej znieść na dół, ale ta hańba na skrzacim rodzie nigdy mnie nie słuchała, zawsze była tylko skrzatem Ellie i tylko od niej przyjmowała rozkazy. Nawet nie wiem, czemu ją przy sobie zatrzymaliśmy. Z przyzwyczajenia? A może z dobroci serca? Wątpię. Mój ojciec, tak jak ja, odkrył w sobie po śmierci mojej matki niechęć do podejmowania decyzji, która jest jedynie marnym objawem niechęci do oddychania.
Bezużyteczny skrzat kręcił się zresztą gdzieś po domu, słyszałam szuranie jego przerośniętych stóp, bo odkąd Ellie wróciła, Kłapoucha przestała nie tylko tupać, lecz także nienawistnie trzaskać drzwiami czy zupełnie przypadkowo tłuc talerze.
To zabawne, co człowiek zapamiętuje: dokładny kształt stóp domowego skrzata, którego duży palec lewej nogi był domem dla najobrzydliwszej brodawki świata, ale nie twarz swojej matki.
I chociaż ból prawej dłoni doskwierał mi coraz bardziej, chociaż to, że nie mogłam liczyć na nikogo, doprowadzało mnie do szaleństwa, wreszcie to, że nie musiałam skręcać do salonu, bo nigdy nie podłączyliśmy się do Sieci Fiuu – moja matka tego nie chciała, potem… potem już nie mogliśmy – to mimo to stałam właśnie w drzwiach swojego salonu i zastanawiałam się, po co właściwie tam wchodzę.
Bo czy naprawdę chciałam ją zobaczyć? Albo inaczej – czy nie widziałam jej już takiej dość razy, by obraz ten na stałe wyrył się w mej pamięci?
Z jakiegoś zupełnie niezrozumiałego dla mnie powodu zawsze łudziłam się, że tym razem będzie inaczej.
W ludzkiej wyobraźni te sceny zawsze są takie… dramatyczne. Tłuczone szkło setek butelek na podłodze, część wciąż mokra i skrząca się kropelkami wczorajszego wina. Okrutny odór ludzkich odchodów, potu, wymiotów, który nigdy nie mija, bo od kanapy do okna jest tak daleko, zresztą, gdyby już udało się wstać, to morze tłuczonego szkła! Krzyk. Płacz. Zeszłotygodniowy obiad.
Wyobraźnia ludzka kocha takie sceny.
Delikatnie odstawiłam ciążący mi kufer i podeszłam do niej, spokojnie, ostrożnie, ale nie z obawy o swoje stopy, bo przecież tłuczonego szkła nie było, ani teraz, ani nigdy, co ludzka wyobraźnia wie o takiej prawdziwej, niepoetycznej tragedii? Nie chciałam jej obudzić, po prostu, bo chociaż była potworem, musiałam wciąż wierzyć, że ja jestem człowiekiem. Sama nie wiem, na co mi to było, stać tak nad jej bezwładnym ciałem śpiącego, przecież nie dla triumfu i nie dla satysfakcji, chyba że satysfakcją nazwiemy serce tak zmęczone, że niezdolne do cierpienia. Nie wiem. Po prostu…
Przykucnęłam przy sofie, jak zawsze i jak zawsze wyjęłam jej z ręki niepozorną, pustą szklankę. Ellie już wtedy nie potrzebowała wiele – ale walczyła, walczyła i zaciskała palce, nawet przez sen uparta, mruczała coś do siebie, naprawdę musimy przechodzić zawsze przez ten cyrk? W końcu szarpnęłam z siłą, która niemal wytrąciła mnie z fizycznej równowagi, gdy szklanka wymsknęła się oporowi Ellie, jej ostatecznym burknięciom. Gdy zapadła cisza.
Odstawiłam pustą szklankę na stół, chociaż w głębi serca chciałam roztrzaskać ją o ścianę, przywołać poetyczność wyobraźni ludzkiej i tym samym na chwilę chociaż zapomnieć o prawdziwości tego, co było. Przyjrzałam się Ellie. Jej sen nigdy nie był spokojny, w zasadzie nie przypominał nawet snu a czuwanie, a może nawet szybką ucieczkę z cierpienia w cierpienie.
Może też byłam potworem, bo kiedy patrzyłam na jej udręczoną twarz, nie czułam nic poza obrzydzeniem i smutnym obowiązkiem.
Chwyciłam koc, który leżał na ziemi, i delikatnie ją nim okryłam. To był taki mój mały rytuał oczyszczenia, takie: zrobiłam, co mogłam, i teraz wolno mi oszukiwać się, że odchodzę w spokoju sumienia. Przez to lato materiał tego koca stał się dla mnie symbolem tak bolesnym, że dotykanie go sprawiało mi niemal fizyczne cierpienie. To smutne, z jaką łatwością takie prywatne, pełne czułości gesty zamienić się mogą w narzędzie tortur za cudze winy.
Ellie coś mamrotała.
Odsunęłam się szybko, stanęłam i wykonałam krok w tył, jak uciekinier i winowajca, tak, że niemal wpadłam przy tym na stół. Nie bałam się tego, że jej nieświadome słowa skrzywdzą mnie jeszcze bardziej. Bałam się tego, że poprosi mnie o pomoc.
Poczułam czyjąś rękę na ramieniu, a kiedy odwróciłam się, żeby sprawdzić, kto tak miesza we wspomnieniu o mnie i Ellie, o Ellie i o mnie wyłącznie, byłam już w pociągu do Hogwartu, tam, gdzie miałam być od początku, bo niezależnie od tego, jaką cenę przyjdzie nam za to zapłacić i co w pośpiechu ominiemy i utracimy na zawsze, historia musi iść naprzód.
Teraz, po tylu latach, to, co zobaczyłam, pozbawione poparcia teraźniejszości, wydaje mi się jeszcze bardziej snem i nierzeczywistością, bo czy istniał świat i istniała konfiguracja gwiazd nad naszymi głowami, czy istniała taka chwila jedna i jedyna, kiedy Leah płakała? A jednak oczami wyobraźni, które są jedynie marnym odbiciem oczu młodszej mnie, widzę ją właśnie taką, zapłakaną i bezbronną, i znowu nie mogę w to uwierzyć, i umysł mój buntuje się, bo Leah nie płacze, nie teraz i nie nigdy, nie ma bowiem niczego, co mogłoby doprowadzić ją do tego stanu, nie ma i nigdy nie będzie. Leah nie ma serca, nie ma słabości i przecież…
A mimo to Leah zdecydowanie płakała, tak, jak tych parę lat później, zdecydowanie oszalała i opuściła nas wszystkich, zostawiając po sobie pustkę tym dotkliwszą, że przecież była tu, tuż obok. Leah za nic miała sobie nawet to, że niezdolna była do słabości. Co za ironia losu. Upaść z własnej niemożności upadku.
– Przestań się gapić – warknęła i znowu była Leah, i nawet jej zaczerwienione oczy nie mogły temu przeszkodzić. – Musimy porozmawiać.
Nie byłam pewna, o czym takim Leah mogłaby chcieć ze mną rozmawiać; nasza płaszczyzna wspólnych zainteresowań zaczynała i kończyła się na Rosierze, a Rosiera już nie było, Rosier dorósł i zostawił nas, dzieci, daleko w tyle, zajął się swoimi zabawkami starych ludzi i zupełnie nie mógł się przecież przejmować tym, o czym mogłybyśmy rozmawiać w pociągu do Hogwartu.
A jednak moje pełne niezrozumienia spojrzenie spotkało się z dezaprobatą, a jednak Leah z jakiegoś powodu uważała, że mam święty obowiązek wiedzieć, o czym chce ze mną rozmawiać, Leah, pani życia i śmierci. Bez słowa, w mgnieniu oka przekonała mnie, że zadawanie pytań tu i teraz na nic się zda, że lepiej będzie dla mnie, jeśli poddam się jej woli bez zająknięcia.
Nawet zapłakana była przerażająca.
Może nawet bardziej.
Nie jestem pewna, czy poza nami dwoma były w historii pociągu do Hogwartu osoby, które odkryły istnienie toalety na końcu ostatniego wagonu. Malutkie pomieszczenie wyglądało tak, jakby nigdy wcześniej nie było odwiedzone, ba, jakby dopiero zaczęło istnieć i dopiero budziło się z letargu nicości. Zlew, na który bezceremonialnie popchnęła mnie Leah, był zimny zimnem czegoś, co nigdy nie poczuło ciepła ludzkiego ciała.
Samo przebywanie w tym pozbawionym ducha miejscu było wystarczająco dziwne. To, że Leah, mimo swojej gwałtowności, wciąż wyglądała bardziej desperacko niż przerażająco sprawiało, że czułam się bardziej częścią taniego kryminału niż własnego życia.
– Wiesz już o Notcie?
– O Notcie? A co mnie… – urwałam i spojrzałam na nią jeszcze raz. Nie mogłam w to uwierzyć. Spędziłam tyle czasu wyśmiewając te wszystkie plotkujące dzieci, podczas gdy… – Ty i Nott? Wy? Naprawdę?
Szybko pożałowałam tego, co powiedziałam. Leah spojrzała na mnie tak, jakby nie wierzyła w to, że ktoś może być aż tak głupim.
– Spytałabym, co Rosier w tobie widzi, ale wolałabym nie odbiegać od tematu. Rany. – Teatralnie przewróciła oczami. – Snape miał rację. Naprawdę jesteś powolna.
– Leah, ja…
– Siedź cicho. Nie potrzebuję twojego jęczenia.
Postawienie się Leah, która w zasadzie nie do końca zdawała się Leah, którą znałam, było jeszcze trudniejsze niż zwykle. Musiałam skupić się nie tylko na tym, by wyrwać się z tego stanu zdziwienia i poczucia nierealności, lecz także na tym, by przetworzyć to wszystko, co nagle postanowiła mi powiedzieć. Dopiero potem mogłabym zacząć myśleć o tym, by stanąć w obronie samej siebie.
Byłam na pozycji bardziej niż straconej.
Jedyne, co mi pozostało, to czekać, aż Leah powie to, co ma do powiedzenia i zostawi mnie w spokoju; bo tak jak wszystkie klęski, tak jak noc i tak jak wszelkie nieszczęścia, Leah też prędzej czy później przemijała, pozostawiając po sobie jedynie niesmak w ustach i mgliste przeczucie nieuchronności jej powrotu.
– Aresztowali Notta – oświadczyła w końcu, gdy znudziło jej się patrzenie na mnie z wyższością. – Zabrali go do Azkabanu. Bez przesłuchania, bez procesu, bez… – Urwała. – Rosier wie już, co z nim dalej zrobią? Mają coś na niego?
Moją pierwszą, automatyczną reakcją było:
– Dlaczego ktokolwiek chciałby aresztować Notta?
Dopiero wyraz twarzy Leah, dopiero to, że wyglądała na jeszcze bardziej zdziwioną i skołowaną niż ja, dopiero to sprawiło, że dotarły do mnie jej słowa.
W Azkabanie nie przetrzymuje się niewinnych ludzi.
Przez te wszystkie lata zdążyłam się już pogodzić z myślą, że… Ale nigdy nie nazwałabym żadnego z nich niewinnym człowiekiem. Byli winni. Może to, co robili, może to faktycznie było mniejszym złem. Może tak należało. Ale ich wina nigdy nie była dla mnie wątpliwa.
Wątpliwe było tylko to, czy zasłużyli na to, co się z nimi stało.
W tamtej jednak chwili o niczym nie wiedziałam – a Leah, co oczywiste, nie wiedziała o mojej niewiedzy. Gdyby Rosier powiedział jej, jak bardzo mi nie ufa, pewnie nigdy o niczym bym się nie dowiedziała; wątpię bowiem, czy nawet śmierć Yaxleya zmusiłaby Evana do podzielenia się ze mną swoim sekretem. Powinnam być ci wdzięczna, wiem, ale teraz, teraz, kiedy myślę o tej scenie, nienawidzę cię z całego serca, Leah, jakbyś nie mogła trzymać swojego jęzora za zębami.
– Rosier ci nie powiedział.
Podniosłam się i spojrzałam na nią poważniej. To nie był dobry moment na wycofywanie się.
– Czego mi nie powiedział? – spytałam więc, na wpół wbrew sobie, bo część mnie nigdy nie chciała się dowiedzieć. Część mnie rozumiała doskonale, że najszczęśliwsza zawsze byłam w niewiedzy.
Leah nie odpowiadała przez dłuższą chwilę; wyglądała jak ktoś, kto nie może wybrać pomiędzy kręceniem z niedowierzaniem głową, gorzkimi łzami i wybuchem niekontrolowanego śmiechu.
– On ci nie ufa.
– W jakiej kwestii, Leah?
Wykonałam krok do przodu, ale ona była szybsza. Wybiegła na korytarz. Nie rozumiałam, o co chodzi – tyle mnie szukała, a potem… Wybiegłam za nią.
– Leah! – krzyknęłam odrobinę zbyt desperacko.
Ale ona nawet się nie obejrzała. Czegokolwiek się przypadkiem dowiedziałam, musiałam sobie z tym poradzić zupełnie sama.

Już podawałam Sylf skalę, w której należy oceniać ten rozdział, ze względu na moje przerośnięte ego podaruję sobie dzielenie się nią w przestrzeni publicznej.
Powiem tak – nie piszcie, słuchając gameplaya z gry South Parku, bo potem bardzo trudno się skupić na tym, na czym się skupić powinno!

07.

Tak jak i wtedy, tak i teraz nie potrafię zdecydować, na kim się skoncentrować, przeżywam więc jeszcze raz ten horror niedowierzania, jak sztylet w plecy od losu, który nie potrafił pogodzić się z tym, że ja przecież ze wszystkim się pogodziłam, że po tym, jak zabiłam w sobie odejście mojego ojca, mogłam w sobie zabić już wszystkich.
Wtedy myślałam, że to sen, bo wszystkie zmysły krzyczały: oni nie mają prawa tu być. A przecież byli, przecież świat kręcił się, wirował mi przed oczami kolorem jej chusty, którą znałam tak dobrze, a przecież woń jej papierosów oblepiała mi skórę, zaciskała się wokół szyi ciaśniej i ciaśniej, dlaczego? co takiego uczyniłam?, a przecież wreszcie słyszałam jej kaszel i jej cierpienie, gdyż poza szeregiem uzależnień męczyły ją lata kłamstw i zbrodni bez kary. Czy kara nie istnieje po to, żeby nas oczyścić? Czy możemy być spokojni, wiedząc, że popełniamy zbrodnię idealną? Ten kaszel. Tak dobrze pamiętam ten kaszel.
A więc wybrałam. Tak jak wtedy, tak i teraz potrafię myśleć tylko o tym, jak bardzo jej nienawidzę.
– Co Rosier robi w moim salonie? – zachrypiała, ale nawet gdybym była w stanie odpowiedzieć jej na to pytanie – a przecież nie byłam, przecież nie wiedziałam, co Rosier robił w moim salonie – to pewnie i tak nie wydusiłabym z siebie słowa, sparaliżowana świadomością, że przez te wszystkie lata ropucha nie zdążyła zadławić się swoim jadem.
– Ma pani przewygodne kanapy.
Bardzo go to bawiło, bo Rosiera wszystko bawiło, zawsze i wszędzie; w szczególności zaś jeśli odbywało się to czyimś kosztem. Po ustach błądził mu uśmieszek autosatysfakcji, jakby jego żart był najprzedniejszym żartem we wszechświecie i tylko czekać, aż przyjdą mu bić pokłony i koronować wiankami z przekwitłych już dawno kwiatów. Taki to właśnie był – głupio próżny i bezwstydnie arogancki na cudzej kanapie z różdżką pomiędzy długimi palcami i koszulą niedbale niezapiętą na jeden ze środkowych guzików.
Jakbym go wtedy kochała, gdyby złość powoli nie zastępowała mi krwi w żyłach!
Ellie nie wydawała się jednak zachwycona; nie wiem nawet, czy go usłyszała, czy doceniła wartość jego mimochodu,  jego niewymuszenia i jego nonszalancji. Oburzenie, do którego nie miała prawa, przepełniało ją świętym gniewem ofiary i nagle nic nie miało dla niej znaczenia poza wyrzutem i nieuchwytną zemstą na tym, który ją znieważył.
Widziałam ją taką i wcześniej, i później, nie robiło więc to na mnie większego wrażenia. Tamtego dnia przestraszyłam się jej może trochę bardziej niż zwykle, bo nie powinno jej tam być i sama jej obecność nosiła znamiona niezgodnego z prawem istnienia. To, że stała w moim salonie, pochylając się nad rozbawionym Evanem Rosierem, strosząc przy tym pióra, bo tylko tak można nazwać to, co wyczyniała ze swoim szlafrokiem w czerwone pelargonie, sprawiało, że stałam tam z niemo otwartymi ustami, a podłoga usuwała się spod moich nóg, ukazując nieskończoność – okrutną, bo pustą i pozbawioną gwiazd.  Właśnie to, a nie scena, o której aż za dobrze wiedziałam, że musi nadejść.
– Co ty sobie wyobrażasz? Jakim prawem kalasz ten dom swoją obecnością? Nie wstyd ci narzucać porządnym ludziom swoją osobę?
Kiedy Ellie zaczynała, bardzo długo nie kończyła; był to właśnie jeden z powodów, dla których tak łatwo można było do niej przywyknąć, obrócić ją w absurd i zapomnieć o niej. Mama tego nie potrafiła, dlatego płakała, a ja płakałam razem z nią, wystraszona nie tyle krzykami niezrównoważonej staruszki, ile tymi łzami niewinności.
Tak bardzo, jak tego zawsze pragnęłam, tak nigdy nie mogłam wybrać mojej babci. Babcia Wilkesa stała na czele Komitetu Pań i razem z nimi postulowała, by przywrócić polowanie na mugoli, ale zawsze wydawała mi się najsłodszą, bo jej wspomnienie całe oblepione było miodem i syropem klonowym z naleśników, które kazała nam podawać na podwieczorek. Babcia Narcyzy poświęciła całe swoje życie, by wpoić córkom i synowym istotę bycia ostoją właściwego mężczyzny i pogardy dla tych niewłaściwych, ale potrafiła oczarować każdą dziewczynkę swoją kolekcją kryształów i szlachetnych kamieni. Moja babcia, której sprawa czystości krwi i mugoli nie obchodziła ani odrobinę, która jedynie przyklaskiwała wszystkiemu, co mogło poprawić jej reputację, moja babcia z zimną krwią podpaliła moją matkę.
Moją matkę, której już nie pamiętam, jeszcze raz cię za to przepraszam, mamo, nie znam twojej twarzy i ruchu twoich rąk, teraz, kiedy wyobrażam sobie, jak siedzisz na miejscu Rosiera, tak bardzo czuję, że ta myśl nie jest już moja i że na zawsze ją utraciłam.
Możesz się ze mną cieszyć, mamo, której już nie mam nawet we wspomnieniach, bo Ellie nie zabiła Rosiera; zabrakło jej czasu, czasu i woli działania, bo alkohol wyżarł w niej wszystko, co było dobre i to, co było złe, bo tylko czasem jeszcze syczała i prychała, ale były to puste dźwięki pełne pustej nienawiści, a pustka jako zaprzeczenie ruchu nie może zabijać.
Teraz, gdy wiem, że nie umrę z bólu, że rozpacz nie rozpruje mi gardła jak balwierska brzytwa, teraz wiem, mamo, że mnie też zabije, że na to poświęci swój ostatni oddech, ostatni przebłysk woli, bo ja już siedziałam na jego miejscu.
Wybacz mi, że potrafię myśleć o niej, lecz nie o tobie.
– Czy mogłaby pani powtórzyć? – Głos Rosiera docierał do mnie jak przez mgłę i wtedy, i teraz. – Tak się jakoś rozkojarzyłem.
Nadeszła chwila otrzeźwienia.
Nie powinien był powiedzieć tego, co powiedział, nie należy bowiem igrać ze smokiem, nawet jeśli jest to smok stary już i pozbawiony żaru młodości. Jednak ta pomyłka, ten nierozważny popis, to nadało tej scenie pierwszej rysy realności, bo odstąpiła przecież od znanego i z jawy, i ze snu scenariusza, bo gdybym wyobraziła ich sobie, Rosier płakałby jak moja matka, a nie szczycił się swoim napuszeniem. I nagle jakby duch mój powrócił na swoje miejsce, a przynajmniej powietrze wróciło do moich płuc i znowu mogłam istnieć.
– Evan… – wyrzuciłam z siebie ostrzegawczo, przerażona tym, co może się wydarzyć, co musi się wydarzyć, bo Ellie nigdy nie była niczym więcej niż swoją reputacją, bo w tym ciele starej ropuchy tkwiło ciało starej bigoty, zakochanej w swojej omnipotencji i w swojej omniscjencji również.
Rosier się nie bał, jemu to nie przeszkadzało, bo nie rozumiał, wciąż nie rozumie, jak miał zrozumieć, skoro ona zdążyła go zabić? Patrzył na mnie uśmiechnięty od ucha do ucha, chociaż powinien patrzeć na nią, obserwować zmianę w jej obłąkanych oczach, gdy przysięgała sobie samej, że kiedyś mu za to odpłaci. Może wtedy pojąłby, kim naprawdę była ta śmieszna dla niego staruszka. Może – mimo że nie bał się nawet śmieci – by się jej przestraszył.
Tym bardziej, że Ellie aż spurpurowiała ze złości, nadymając się przy tym okrutnie, jak gdyby naprawdę nabierała jadu, którym planowała go opluć, wypalić mu oczy i skórę, odsłonić mięso jego ciała przed nami wszystkimi, żeby cierpiał, cierpiał nieskończenie. Dobrze, że nie miała takich mocy, że w gruncie rzeczy była tylko człowiekiem, więc mogła po ludzku purpurowieć, nadymać się, przynajmniej w tamtej chwili. Jak dobrze, że – chociaż obrzydliwym – była właśnie człowiekiem. Gdy zaciągnęła się bowiem swoim papierosem, by po chwili – w odwecie śmiesznym, nieistotnym ale jedynym możliwym – dmuchnąć w twarz Rosierowi dymem papierosowym, to był jedynie dym, nie trucizna, nie żrący eliksir śmierci i wszystko skończyło się na tym, że Rosier, zamiast wić się z bólu, wybuchnął śmiechem tak szyderczym, że nawet mnie przez jedno króciutkie mgnienie, ułamek chwili wręcz, nawet mnie było Ellie żal.
Wewnątrz tej wyrwy w czasie Ellie nie była straszna czy śmieszna – była słaba. Skurczyła się pod wpływem jego śmiechu do rozmiaru ziarnka grochu, wypłowiała od jego pogardy i była już jedynie takim małym, smutnym czymś, taką rzeczą niepotrzebną i zaniedbaną. Gdyby była czystym upokorzeniem, nie wzbudziłaby pewnie niczyjej litości – bo nawet czyste upokorzenie jest absolutem, a wobec absolutów jesteśmy bezwzględni. Ale wobec smutnych rzeczy wielkości ziarnka grochu?
I ta właśnie Ellie, upokorzona i złamana, stała przez moment przede mną i w żadnym razie nie przypominała tego potwora, którym była – którym jest – moja babcia. Milczała; widocznie przygotowana przez nią przemowa nie pasowała do porażki. Bo tym właśnie była – porażką, upadkiem wszystkiego, co miała, to jest pozoru siły i iluzji kontroli.
Zastygła w swojej niemożności dała mi te parę sekund właśnie na to, bym mogła pod maską złej wiedźmy ujrzeć zmęczoną latami gier i wyścigów staruszkę.
Patrzyłam więc na jej pokrytą niestaranną siecią zmarszczek twarz i wierzyłam, że po raz pierwszy widzę nagą istotę, którą chowała pod skórą. Trwało to krócej niż o tym mówię, bo moja skłonność do nurzania się w pustych słowach jest znacznie silniejsza od jej niewinności. Muszę jednak zaznaczyć, że tak, było mi jej żal, niesprawiedliwy losie, nie osądzaj mnie, bo przecież były chwile, gdy nie zgadzałam się z drogą Evana Rosiera.
– Ellie…
Kiedy w końcu po raz pierwszy od tylu lat na mnie spojrzała, cała ta mara delikatnej, zranionej kobiety rozsypała się i aż dziw, że nie pokryła naszego starego dywanu błyszczącym pyłem ułudy. O ileż mniej kłopotliwe byłoby sprzątanie tego, co zniszczyła tym jednym ruchem głowy, o ileż łatwiejsze i dla umysłu, i dla serca, niż radzenie sobie z tym, że naprawdę tam była.
Była i patrzyła na mnie.
Była i patrzyła na mnie swoimi oczami drapieżcy, bo przecież nie przede mną się zbłaźniła, mnie tam dotąd dla niej nie było, bo chociaż mówiła do mnie i mnie zadawała pytania, w jej uporządkowanym świecie wojen i podstępów znaczyłam tyle, co jeszcze jeden listek na wielkim drzewie nieistotności, jeszcze jeden podmuch wiatru w i tak już zimny dzień, jeszcze jeden… Do tej pory to z Rosierem walczyła, to o Rosiera chodziło w tym wszystkim, to dla niego trwało Wielkie Przedstawienie. Ale skoro on ją pokonał – a nie mogło być tak, że przegrała ostatecznie, a nie mogło być tak, że nie miała ostatniego słowa – musiała poszukać kogoś słabszego, zadowolić się resztkami z pańskiego stołu.
– Rano ma go tu nie być – zażądała kategorycznie, a ja czułam, że złość burzy się w moich żyłach, że skoro nie trzyma jej już paraliż strachu, nic nie jest w stanie jej zatrzymać, że…
Ja również nie zdążyłam; Ellie odwróciła się, wymachując swoim szlafrokiem niczym szatą arcymagów z dawnych czasów i odeszła, tupiąc niemiłosiernie bosymi stopami.
Zostaliśmy sami.
Nic nie wskazywało na to, że Rosier planował podnieść się z sofy lub choćby odezwać. Choćby na mnie spojrzeć. Kiedy w końcu przeniosłam na niego wzrok – dotąd utkwiony w drzwiach, za którymi zniknęła moja babcia – odkryłam, że bardziej ode mnie interesowała go jego różdżka; z ostentacją skupiał na niej całą swoją uwagę. Obudziła się w nim nieistniejąca kreatywność – w tym akcie uporu odkrył w sobie artystę i postanowił wypełnić cały mój salon – a przynajmniej przestrzeń nad swoją głową – chmurami kolorowego dymu, które, chociaż piękne, nie były niczym poza manifestacją.
Nie miałam siły na jego zabawy, nie miałam siły na udawanie, że nic się nie stało, nie miałam siły na pokorne padanie u jego stóp. Czułam, że w każdej chwili mogę wybuchnąć, że powiem coś, czego nie powinnam, a skoro całe moje życie kręciło się wokół tego, co powinnam, co muszę i co wypada, nie mogłam tego ot tak zaprzepaścić, nie mogłam pozwolić sobie na to, by skończyć jak moja babcia.
Chciałabym zapomnieć o tym momencie frustracji, wyrzucić go z pamięci, nie skupiać się na tym, jak stałam tam, bezczynna, wpatrzona w chmury kolorowego dymu, tu czerwonego, tu zielonego, a tu jeszcze pomarańczowego, ale nie długo, bo potem zaraz zmieniał się w fioletowy i w niebieski, i w żółty, a potem wcale nie był już dymem, zbijał się w wielką kulę i stawał się przerośniętą żabą, a potem wyliniałym kocurem, aż wreszcie…
Przeskakuję w myślach do momentu, w którym próbowałam wyjść, ale on mnie zawołał; przeskakuję tam bez najmniejszego problemu, bo mimo całej swojej złości gdy ponownie na niego spojrzałam, nie było już ani chmur dymu, ani niedbałości. Był tylko Evan Rosier, szalenie poważny, szalenie skoncentrowany i szaleńczo spokojny.
Przez moment łudziłam się, że w jego oczach zobaczyłam coś więcej niż obsesję człowieka, który kocha posiadać.
Ile miesięcy – lat – zajęło mi odkrycie tego, że Rosier mnie kochał? A może raczej: ile lat Rosierowi zajęło odkrycie tego, że mnie kochał? Wtedy… Kiedy siedział na mojej kanapie, wpatrzony we mnie uważnie, przecież wcale o tym nie wiedział, tak sobie mówię, nie wiedział, nie – nie kochał. To drugie było zbyt prawdopodobne.
– Gdzie się wybierasz? – spytał zimno, szlag by cię trafił, Rosier, z tym twoim zamiłowaniem do spektakli, wcale nie będę za nimi tęsknić! Nie będę za nimi tęsknić. Nie… Nie za bardzo. – Przyszedłem w odwiedziny, a ty już mnie zostawiasz?
– Nie mam na to ochoty, Evan – odwarknęłam, chociaż sama nie wiedziałam, że potrafię zdobyć się na coś takiego.
Rosier też nie wiedział – uniósł do góry lewą brew w geście teatralnego zdziwienia. Myślałam, że to dopiero początek, że w ten sposób rozpocznie długą tyradę dla samej tyrady, ale nie mogłam się bardziej mylić. Najwidoczniej wyglądałam tak źle, że nawet Evan Rosier musiał mi odpuścić, nawet on zmuszony był odnaleźć w sobie człowieka chociaż raz, chociaż na chwilę.
Podniósł się z sofy i powoli podszedł do mnie, nie za blisko, jakby bał się, że go pogryzę, gorzej, że go uduszę, gorzej, że podbiję mu oko i nie będzie już takim pięknym, rudym aniołkiem. Pięknym, rudym aniołkiem, co się ze mną dzieje, jego odejście odbiera mi już nie tylko rozum, ale i język.
– Przyszedłem ci powiedzieć, że wróciłem.
Otworzyłam usta, żeby mu odpowiedzieć, ale on uciszył mnie gestem dłoni, a ja, zamiast go zignorować, wybrałam nieme kumulowanie w sobie frustracji i rzucanie śmiertelnie śmiesznych, z założenia przerażających spojrzeń.
– Znajomy kupił sobie mieszkanie w Hogsmeade – kontynuował więc. – Chciałem, żebyś wiedziała, że gdybyś… Gdybyś już okiełznała te niepotrzebne wyrzuty, będę w pobliżu.
Zanim zdążyłam zaprotestować, wykonał jeszcze jeden krok do przodu, a ja, ja nie potrafiłam wykonać kroku do tyłu. Byłam zła, owszem, sfrustrowana, zdenerwowana, rozczarowana, zdruzgotana, każda byłam i nie byłam jednocześnie, ale jak bardzo tego wtedy chciałam, tak bardzo nie wykonałam tego kroku do tyłu. Z dumy? Żeby pokazać mu, jak niewiele mnie obchodzi? Czy z tego poczucia fizycznej tęsknoty, z tej potrzeby bycia blisko, która męczyła mnie przez te parę tygodni bez niego?
Nie wiem. Do dzisiaj nie wiem.
– Evan, nie wiem, co sobie wyobrażasz, ale…
– Zawsze miło cię widzieć, Arbanddel.
Jedno krótkie muśnięcie jego ust na moim policzku i już nie było się na kogo denerwować. Evan Rosier teleportował się z mojego salonu pozostawiając mnie sam na sam ze wszystkim, jak to miał w zwyczaju.
Dla Eci, bo to zawsze była jej ulubiona scena, nawet jeśli od lat z uporem maniaka cytuje ją na odwrót.

06.

Nie wiem, ile czasu zajęło Wilkesowi przekonanie Rosiera, że cała ta scena była tylko fatalnym porozumieniem. Nie wiem, jakich argumentów użył, nie wiem, co musiał poświęcić, niczego nie wiem, bo przecież to, co działo się między nimi zawsze było jedną, wielką tajemnicą, zawsze, bo przecież Rosier sam był tajemnicą, do której nawet ja nie miałam dostępu. Wiem, że cokolwiek się stało, Evan postanowił puścić tamten incydent w niepamięć.
Nigdy nie usłyszałam ani jednego przepraszam.
Pamiętam, jak mnie to wtedy zabolało, jak bardzo chciałam wykrzyczeć mu w twarz, jakim jest łajdakiem, jak nie mogłam uwierzyć w to, że może tak po prostu udawać, że nic się nie stało. Ale pamiętam też dłoń Wilkesa na moim ramieniu, przygniatającą mnie do ziemi ciężarem rzeczywistości, ciężarem tego, że Rosier już taki jest, że złość niczego nie zmieni.
Wybaczyłam mu i bez tego przepraszam, tak jak wybaczyłam mu za każdym innym razem, bo Wilkes miał rację: musiałam pogodzić się z tym, że Rosier nie rozumiał winy i skruchy. Któregoś dnia po prostu przestało boleć, któregoś dnia sięgnęłam w końcu dna swojej wartości i uznałam, że on nie musi przepraszać. Ale nie ma co przybliżać tego momentu, nie ma się co spieszyć, to wciąż było jeszcze daleko przed nami, Rosier stopy jeszcze nie postawił w Albanii, jak mógłby z niej już dwa razy wrócić? Nie, pamięci, chcąca mnie obezwładnić natłokiem zdarzeń, nie pędźmy tak, to może Rosier nigdy nie um…
W ostatniej chwili chwytam się pani Wilkes i dopiero szorstki materiał jej sukienki pod moimi palcami pomaga mi przyciągnąć do siebie rzeczywistość, uchronić się przed nadciągająca utratą kontroli, przed utonięciem.
Ostatnie tygodnie nauczyły mnie, że ludzie toną i bez wody.
Tamtego wczesnego lata Rosier uczył mnie, jak ignorować to, co niewygodne. Był w tym mistrzem. I chociaż moje pierwsze zauroczenie nim minęło, chociaż tamta sytuacja podziałała na mnie trzeźwiąco, chociaż nasza bańka mydlana prysła – wciąż nie potrafiłam w Rosierze dostrzec żadnych wad, musiałam więc przyjąć, że jego postawa jest jedyną słuszną.
Szkoła się skończyła; dla nich na zawsze, dla mnie na parę miesięcy. Nie miałam odwagi spytać Rosiera, co dalej – nie byłam pewna, czy będę w stanie znieść jego odpowiedź. Czekałam z tym do ostatniego momentu, jak małe dziecko, które zostawia warzywa na sam koniec, licząc, że mama o nich zapomni, że zmieni zdanie. Ja też liczyłam; liczyłam na to, że Rosier sam mi to powie.
Kiedy jednak tylko wysiedliśmy z pociągu, on pocałował mnie krótko i jakby rozpłynął się w tłumie. Słowem – przeliczyłam się aż nazbyt okrutnie.
– I to by było na tyle – mruknął do siebie Wilkes. Wilkes, który choć nigdy nie stracił do Rosiera cierpliwości, nigdy też nie pochwalał jego stylu bycia. – Chodź, odprowadzę cię.
Otwieram na chwilę oczy, żeby spojrzeć na panią Wilkes. Zastanawiam się, czy ona też go słyszy, czy głos syna rozbrzmiewa w jej głowie. Patrzę na nią przez chwilę, taką drobną, taką bezbronną – Wilkes zawsze się o nią tak martwił – ale szybko uświadamiam sobie, że wciąż się o nią opieram i ogarnia mnie koszmarny wstyd zakazanego i odsuwam się od niej. Pani Wilkes odwraca się, jej oczy są tak przejmująco puste, ale próbuje się uśmiechnąć i ten uśmiech po raz pierwszy od wielu lat pozwala przyznać mi się przed samą sobą do tego, co wydarzyło się – czy raczej pomyślało się – tamtego dnia, gdy Wilkes odprowadził mnie do domu.
Londyńskie ptaki ćwierkały wykończone pośród londyńskich drzew, jak zawsze, małe istoty, którym mugolskie lampy odebrały i noc, i sen, i spokój. Wilkes mówił coś o tych ptakach, mówił do tych ptaków, a ja nie słuchałam i jego, i ćwierków, nic mnie to nie obchodziło, bo znowu nie było przy mnie Rosiera; Wilkes, on nigdy nie był wystarczający.
Londyńskie ptaki ćwierkały, a ja myślę o nich teraz, chociaż nie myślałam o nich wtedy, bo przez te kilka lat nauczyłam się sztuki omijania kłopotliwych tematów. Myślę więc nie tylko o ptakach, lecz także o tym przeraźliwym cieple czerwcowego popołudnia, cieple, przed którym nie ma ucieczki nawet we własnych wspomnieniach. Było tak strasznie gorąco, krople potu spływały po jego sczerwienionym z przegrzania czole, pamiętam, że właśnie to oderwało mnie od własnych rozmyślań, właśnie to, jaki był rozgrzany i spocony. I chyba rację mają ci, którzy nazywają je pytaniem demonów, ale właśnie wtedy zapytałam sama siebie – dlaczego, Wilkes? Dlaczego jesteś tu ze mną, zamiast odpoczywać wewnątrz chłodzonego magią domu?
Przez te wszystkie lata starałam się zapomnieć o tej odpowiedzi, bo gdybym ją pamiętała, musiałabym sobie obiecać, że go zostawię, że już nigdy przenigdy go nie zobaczę. Tyle okrucieństwa – wiedzieć i nie działać, mieć zdolność ukojenia i pozwolić cierpieć. Czasem myślę, że zasłużyłam na wszystko, co mnie spotyka, że nie należy mi się nic więcej za to, jak zmarnowałam Persusa Wilkesa.
Ale on przecież nie zasłużył na to, żeby umrzeć.
Kiedy w końcu objął mnie na pożegnanie, tak jak zawsze – przecież nie zrobił nic nowego, przecież nie przekroczył żadnej granicy – marzyłam tylko o tym, żeby mnie już puścił, żeby się już odsunął. Czy powinnam była go od siebie odepchnąć? Tak. Wilkes, tak bardzo przepraszam, tak bardzo, bardzo przepraszam, byłam taka słaba, taka zagubiona, taka… Wiedziałam, że nie powinnam, właśnie wtedy dokładnie to wiedziałam, ale potem poczułam ten uścisk i cała ta wiedza wydała się taka nieważna, taka maleńka i taka leciutka, ot, można ją było odepchnąć od siebie jednym palcem, podczas gdy Wilkes, ty, ty byłeś taki ciężki i taki materialny, i taki… taki ciepły, za ciepły i za ciężki, i za bliski, i mogłam tylko czekać. Musiałam tylko czekać.
– Zostajesz teraz zupełnie sama?
Nie chciałam patrzeć prosto w jego orzechowe oczy, ale musiałam, szlag by cię, Wilkes, z twoim hipnotyzującym spojrzeniem twojej matki.
– Jestem dorosła, Wilkes. Nie potrzebuję opiekunki. – Podrapałam się po lewym ramieniu, pamiętam, żeby przez chwilę mieć wymówkę, żeby przez chwilę na niego nie patrzeć. – Zresztą, jestem jedynym dziedzicem rodzinnej fortuny. Nie muszę się o nic martwić. Wystarczy czekać, aż kiedyś wypuszczą mojego ojca.
– A co, jeśli nigdy go nie wypuszczą?
Było tak koszmarnie gorąco, jego oczy przewiercały mnie na wskroś, a w dodatku… w dodatku wiedziałam, czemu się tak martwi, dlaczego musiałam się dowiedzieć? Ta obrzydliwa niemożność, która mnie ogarniała, ta potrzeba zaduszenia w sobie wszystkiego, ona musiała przekształcić się w coś jeszcze gorszego, w złość – nie na siebie, ale na Wilkesa, bo kto mu pozwolił tak po prostu…?
– Wiesz co? – warknęłam w odpowiedzi, warknęłam, nigdy nie powinnam była na niego warczeć, to on był tym dobrym, a ja tą złą. – Idź do diabła.
– Luna, ja tylko…
– Przestań! Nie masz prawa mówić takich rzeczy, słyszysz? Nie masz prawa!
Ostatnie słowa wykrzyczałam mu już prosto w twarz, w twarz zupełnie zagubioną i skołowaną, bo przecież Wilkes nie miał prawa wiedzieć, dlaczego się złościłam, dlaczego zareagowałam tak wybuchowo na jego małą uwagę, jakże prawdziwą uwagę.
Nie odpowiedział.
Przez chwilę stałam bardzo blisko niego – gdybym była chociaż odrobinę wyższa, moglibyśmy stykać się nosami – stałam za blisko, czułam jego oddech na swojej skórze, czułam jego oddech na jego skórze, bo przecież z tej odległości mogłam niemal wyczuć wibracje jego oddychającego ciała i właśnie to zaczęło mnie uspokajać, właśnie to doprowadziło mnie do porządku – ten jego spokojny oddech, ta jego niekończąca się cierpliwość. A może nie? A może przez sekundę poczułam dokładnie to, co musiał czuć on? Może przez sekundę pomyślałam, że gdyby…
I może właśnie dlatego odsunęłam się od niego równie gwałtownie; nie chciałam już krzyczeć, ale nie chciałam też stać tak blisko, bo bałam się tego gdyby.
Już nigdy nie przestałam się go bać, nawet wtedy, gdy się wydarzyło, nawet wtedy gdy gdyby stało się gdy, a potem wtedy.
Wilkes wciąż nie rozumiał, co się wokół niego dzieje. Z tym zmieszaniem wypisanym na twarzy wyglądał tak… tak… a ja nie mogłam dłużej na niego patrzeć, bo czułam, że rumienię się jak mała dziewczynka.
– Nie potrafię ci powiedzieć, kiedy zobaczysz Rosiera – odezwał się w końcu, bo nie wypadało dłużej tak milczeć, bo Wilkes zawsze robił tylko to, co należało zrobić. – Poproszę go, żeby przyszedł, obiecuję, ale nie mogę go do niczego zmusić. Z nim nigdy nie wiadomo. Czasem znika na całe tygodnie bez słowa. Przerabialiśmy to już nie raz.
Nie wiedziałam, co mam mu teraz powiedzieć, jak zareagować. Poprzednie kilkanaście minut spędziłam w świecie, w którym nie pamiętałam, że Evan Rosier w ogóle istnieje – jak miałam się z niego tak szybko wyrwać? Podniosłam głowę, ale on czekał na coś więcej, czekał na jakąś formułkę, konwenans, coś, co pozwoli mu odejść, bo tacy jak Wilkes nie znikają bez pożegnania.
Trwało to może z trzydzieści sekund. Trzydzieści sekund mierzenia się wzrokiem, trzydzieści sekund bitwy, której wynik leżał już tylko i wyłącznie w moich rękach.
Trzydzieści sekund, a potem delikatny ruch jego nogi, ruch, to takie duże słowo, drżenie, nieznaczna zmiana stanu położenia, bo nawet nie wiem, czy naprawdę planował ten krok do tyłu, to by było takie teatralne, a przecież to ja byłam teatralna, nie on, to do mnie należały takie manewry.
Nie wiem więc też, czy mnie złamał, czy sama siebie złamałam, czy wyobraziłam sobie to złamanie. Grunt, że trzydzieści sekund minęło, a ja wypaliłam:
– Możesz przyjść sam.
Przez chwilę wciąż uporczywie milczał, jak gdyby nie zauważył, że tamta scena się skończyła, że decyzja zapadła, a z nią i kurtyna poprzedniego wyboru, że czas ruszyć naprzód, założyć nową maskę i zagrać w nowym przedstawieniu. Krótka była ta chwila, ale wystarczyła, żebym przeżyła przez nią trzy życia, a przynajmniej wtedy mi się tak wydawało, wtedy, gdy nie wiedziałam, co to tak naprawdę znaczy zestarzeć się ze smutku.
Potem jednak roześmiał się i pokręcił głową, i było po wszystkim, kryzys został zażegnany, wszystkie bestie pokonane, a spod bram odegnano Hanibala. I było naprawdę po wszystkim, prawie na zawsze po wszystkim, bo kiedy w trzy dni później zobaczyłam go po raz kolejny – a potem po raz kolejny i po raz kolejny, i po raz kolejny – tamtej myśli już nie było, udało mi się zamurować ją na dnie swojej pamięci w nadziei, że umrze tam z głodu, bo przecież nie byłam dość silna, by tak po prostu ją zadusić na śmierć i na zawsze.
Wilkes powiedział, że nie wie, kiedy pojawi się Rosier, i z uporem maniaka powtarzał to za każdym razem, nie wiem, nie wiem, nie wiem, od tego natłoku nie wiem można dostać zawrotu głowy, nie wiem, nie dziś, może jutro, nie wiem. Ja też nie wiedziałam, znaczy – bałam się przyznać, że może nigdy, że nigdy też jest opcją, a nie tylko paranoją zaniedbanej dziewczyny.
Mój dom był taki pusty bez nikogo, przez lata tylko ubywało mu ludzi, najpierw moja matka, potem babcia, a teraz i mój ojciec, za duży był na jedną mnie. Chociaż jeszcze rok wcześniej narzekałam na krzątającą się po nim kuzynkę, teraz chciałam mieć na kogoś narzekać. Potrzebowałam nie tyle towarzystwa, co po prostu kogoś, bo dusiłam się z nadmiaru tlenu, z nadmiaru przestrzeni. Próbowałam przespać te dni, przerozpaczać te dni, ale nie potrafiłam, bo moim głównym problemem nie była samotność, nie była nuda – moim głównym problemem była pustka. Nie miałam na czym lub na kim skoncentrować swojego istnienia, nie miałam porównania dla samej siebie, słowem, nie wiem nawet, czy można powiedzieć, że istniałam, skoro nie było niczego, co mogłoby to potwierdzić. Zniknęłam. Pochłonął mnie mój własny dom.
Pamiętam to jedno poniedziałkowe popołudnie, w które płakałam. Płakałam, bo zaczynałam się bać, że to już zawsze, że nic się nie zmieni. Chciałam odwiedzić Narcyzę, ale nie miałam siły zsunąć się z fotela i choćby doczołgać do szafki, na której zostawiłam swoją różdżkę. Po prostu płakałam, godzinę, dwie, może trzy, nie wiem, a może pięć minut, pochowałam wszystkie zegary, bo denerwowały mnie swoim zbyt powolnym ruchem.
Ale potem było już lepiej, potem udało mi się i wstać z fotela, i nawet wyjść z tego koszmarnie pustego domu, potem nie było już tamtego poniedziałku, a ja czułam, że jestem gotowa na moje nigdy i na moje zawsze. Minął pierwszy tydzień, a jego nie było. Potem minął drugi i trzeci, a jego nie było. Potem byłam już pewna, że nigdy nie będzie.
A mimo to – świat trwał dalej.
Narcyzę widywałam wtedy już prawie codziennie; jej matka zajęta była urządzaniem wesela, Belli przecież wtedy też już nie było, więc jej też zostałam tylko ja. Nie rozmawiałyśmy o Malfoyu. Nie rozmawiałyśmy też o moim ojcu, Wilkes musiał powiedzieć jej o naszym małym incydencie. Głównie spacerowałyśmy nad Tamizą i jadłyśmy na wskroś mugolskie lody cytrynowe. Czasem goniłyśmy wiewiórki w parku. Jakby chociaż na chwilę oddano nam dzieciństwo, jakby życie chociaż przez chwilę nie bolało, jakbyśmy były po prostu wolne, to jest – jakbyśmy naprawdę na chwilę umarły.
Kiedy nadszedł sierpień, nie musiałam już spać przytulona do swojego kota, nie musiałam już skradać się po własnylim domu i nie musiałam już bać się słońca. Kiedy nadszedł sierpień, pogrzebałam to, co było.
Szkoda tylko, że nie pogrzebałam tego dość głęboko.
Ponoć na starość powinnam stać się sentymentalna czy coś, tymczasem uparciuch zwany mną nie znosi romansów jeszcze bardziej i bardziej.
Cieszcie się, bo jak mnie tu śnieg zasypie (AHA, ŚNIEG, A TUTAJ ŚNIEG JEST TRAGEDIĄ), to już nigdy niczego nie napiszę.
p.s. Jo mnie zawiodła po raz kolejny, nikomu nie można ufać. Całe UK kończy semestr w połowie lipca, ale nie, w Hogwarcie musi być hipstersko, żebym musiała to z rana guglać zamiast wżerać naleśniory 😦

05.

Te pierwsze dni z Rosierem, ta nieufność, ta gra i ta ciągła manipulacja, ale przecież też i to pierwsze szczęście, nieśmiałe i kalekie, szczęście bycia z drugą osobą, choćby i dziecinnie jeszcze, choćby połowicznie – to wszystko doprowadza mnie do rozpaczy, krzyczy jak mogłaś nie zauważyć? jak mogłaś być taka ślepa? To, co kiedyś cieszyło najbardziej, teraz przynosi największy ból, nie tylko dlatego, że już nie powróci, że już go nie będzie, lecz także z powodu zazdrości o tamtą mnie, która jeszcze nie wiedziała. Pierwsze dni, tygodnie, miesiące były bezkrytyczne, nieświadome. Nie potrafię o nich myśleć. Nie potrafię myśleć o tej idylli, która zrodziła się jeśli nie tyle z kłamstwa, to przynajmniej z niedomówienia.
Zamiast tego próbuję skupiać się więc na innych sprawach, które zaprzątały mi głowę tamtej wiosny, tyle że żadne testy, żadne szkolne dramaty, żadna mglista wizja przyszłości – nic nie wygrywa mojej uwagi, nic mnie nie absorbuje na tyle, żebym przez moment choćby zapomniała o bezsensownym szczęściu tamtych miesięcy.
Czuję na swojej dłoni uścisk matki Wilkesa, ale i on nie pomaga. Wilkes przecież nic dla mnie wtedy nie znaczył, nikt nic dla mnie nie znaczył, rzuciłam się w tamto uczucie z egoizmem właściwym młodości i pewnie tylko cudem jakoś utrzymałam się na powierzchni i nie zakończyłam przygody z Hogwartem na szóstym, niezaliczonym roku. Dużo miałam szczęścia, a Wilkes cierpliwości, której zabrakło wcześniej Esterze, bo nie dość, że znosił moje uporczywe włóczenie się za Rosierem, to bez pytania kończył moje niezaczęte eseje i z niesłabnącą wiarą we mnie wstawiał się za mną u Notta, którego, jak się później okazało, w najmniejszym stopniu moje oceny z obrony przed czarną magią nie interesowały.
Dopiero z początkiem czerwca grunt zaczął palić mi się pod stopami, a wszystko to przez Leah, która za naszymi plecami podejmowała jedną z najważniejszych decyzji swojego życia.
Leah. Dlaczego nie potrafię myśleć o Rosierze, a Leah wciąż jest dla mnie taka ważna? Dlaczego w ogóle ją wspominam? Przecież jeśli nie byłoby Leah, byłby ktoś inny i nie uczyniłoby to żadnej różnicy. A tymczasem moja pamięć uczepiła się jej, tej dziewuchy znikąd, tego nikogo, bo przecież nawet mój ojciec patrzyłby na nią z pogardą, gdyby wciąż był przy mnie w chwilach, gdy Leah stała się nieodłączną częścią mojego życia.
Tyle że to jeszcze nie było wtedy. Wtedy… Wtedy dopiero wykonywała krok na drodze do naszych salonów.
Właśnie z pierwszym tygodniem czerwca rozniosła się fama, że Nott opuścił zamek z cokolwiek wątpliwych moralnie przyczyn.
– Podobno sypia z uczennicą. – Rozchichotane, rozkucykowane, rozkoszne byle co z Gryffindoru ledwo powstrzymywało się przed krzykiem. Nic tak nie porusza ludzi jak cudzy skandal przed własnym nosem. – Grizel słyszała od Lily, że Slughorn w wielkiej konspiracji rozmawiał o tym z McGonagall przed eliksirami. Taka afera! – dorzuciła, gdy otaczający ją tłumek jej podobnych Gryfoniątek pokiwał głowami w pełnej synchronizacji z jej słowami. – Syriusz. – Uśmiechnęła się triumfalnie. Napawała się nie tylko władzą swojej plotki, lecz także faktem posiadania przystojnego chłopaka. – Syriusz mówi, że tak to już jest, jak się tym arystokratycznym żmijom w czymkolwiek zaufa.
Nie wiem w zasadzie, dlaczego zdecydowałam się na obronę przed czarną magią, jeśli tak lekko ją sobie ważyłam. Grunt, że odejście Notta sygnalizowało śmierć ostatniej nadziei na zaliczenie końcowego egzaminu i nawet w tym okresie oderwania od świata musiałam w końcu się nim przejąć. A przynajmniej spróbować dowiedzieć się, czy Gryfoneczka nie konfabuluje. Chcąc więc czy nie chcąc, zmuszona byłam przysłuchiwać się tej absurdalnej rozmowie, czekając przed biblioteką na Rosiera.
– Dumbledore powiedział ponoć, że zachowa to w tajemnicy, jeśli…
Ale dziewczynie nie dane było dokończyć zdania, bo w blasku czerwonego światła upadła bezwładnie na ziemię. Tłum, wciąż w pełnej synchronizacji, westchnął głośno i z niedowierzaniem, wykonując krok do tyłu, każda osoba w swoim kierunku. To cud, że nie rozproszyli się nerwowo. Widocznie tłum dodaje sobie odwagi tam, gdzie brak jej jednostce.
Kilkanaście kroków od nich stała sprawczyni tego nagłego zwrotu akcji, Leah. Z tym nieodłącznym szaleństwem w oczach i niepokojącym uśmiechem sprawiła, że nawet mnie dreszcz niepokoju przebiegł po plecach.
– Szlamy milczą! – wrzasnęła, a kamienne mury Hogwartu echem spotęgowały jej krzyk. Wciąż nikt nie drgnął nawet, by pomóc nieprzytomnej Gryfonce. – Oczerniać im się zachciało lepiej urodzonych; i co jeszcze, może niedługo zaczniecie się nazywać czarodziejami?
Nawet jeśli kątem oka zauważyła moją obecność, nie dawała tego po sobie poznać. Tłumek przestraszonych uczniaków w pełni absorbował jej uwagę; w końcu nie często zdarzało się, że mogła bez przeszkód dawać upust swojej agresji.
– Komentarze wam się nagle skończyły?
I wciąż czekało na nią tylko milczenie.
Prychnęła lekceważąco, bo co innego jej pozostało? Trudno demonstrować swoją wyższość, gdy adresat tej wyższości nie reaguje. Leah nie była z gatunku tych, którzy z uporem maniaka powtarzają drzewu, że się myli, rosnąc gdzie rośnie, że zasłania im słońce. Leah była z gatunku tych, którzy po prostu chwytali za siekierę.
Z właściwym sobie pozornym spokojem ruszyła więc w kierunku niemego tłumu, który niemalże fizycznie ugiął się pod ciężarem tego gestu. Bo choć ich było zdecydowanie więcej, bo choć oni mieli rację, bo choć wreszcie oni stanowili łącznie siłę znacznie przewyższającą jedną, dość nikłej postury blondyneczkę, to przewaga Leah nad całym tym zbiorowiskiem była niewątpliwa – oni się jej bali, a ona, cóż, miała pod ich stopami dowód swojej bezwzględności.
Wkrótce, jakby naprawdę miała do tego prawo, jakby nikt nie mógł jej powstrzymać, jakby to było właściwe, wkrótce miała go i pod swoją stopą. Pamiętam, jaka byłam zdziwiona, jaka sparaliżowana tym, że się odważyła, że na oczach tylu ludzi podeszła do unieruchomionej dziewczyny i lekko kopnęła ją w podbrzusze.
– Szlamy – mruknęła, pochylając się nad nieszczęsną.
Nie mogłam oderwać od niej wzroku. Wcale nie dziwiłam się już sparaliżowanemu tłumowi – ja przecież nie miałam powodów, by się jej bać, by poddawać się temu wszystkiemu, a mimo to… Za każdym razem, gdy tylko Leah poczuła odrobinę władzy, odrobinę kontroli nad sytuacją, wstępowało w nią coś nie tylko niepokojącego, lecz także absolutnie nie do odparcia i nie do odrzucenia. W mgnieniu oka stawała się zupełnie innym człowiekiem.
Hipnotyzowała.
Stałabym tam pewnie dalej i pozwalałabym jej na to wszystko, bo jak miałabym jej na to nie pozwolić, gdyby nie to, że ktoś postanowił otworzyć drzwi biblioteki, o które się opierałam i na moment straciłam równowagę. Ten ułamek sekundy wystarczył, bym wyrwała się z mojego transu.
– Uważaj, niezdaro.
Pierwszoroczna Puchonka, która przecież niczym nie zawiniła, która przecież chciała tylko wyjść z biblioteki – dlaczego warknęłam na nią bez powodu? dlaczego żyłam cudzą nienawiścią i agresją? dzisiaj zupełnie tego nie rozumiem – wróciła do środka, nie zająknąwszy się nawet jednym słowem sprzeciwu. Gdyby była starsza, pewnie próbowałaby przezwyciężyć moją niestraszną przecież nikomu złość, ale na szczęście, na szczęście powtarzam, bo czy Leah nie wtrąciłaby się i w to?, na szczęście była wciąż na tyle mała i na tyle rozsądna, by nie wierzyć w bunt.
Bunt nigdy przecież nikomu nie wyszedł na dobre, prawda?
Niemniej jednak, kiedy już zniknęła, kiedy znowu mogłam spojrzeć w stronę sparaliżowanego tłumu, jego wcale tam nie było. Została tylko Leah, Leah, która już nie tylko kucała koło bezwładnej dziewczyny, lecz także najwidoczniej starała się określić stopień rozciągliwości gryfońskiej twarzy.
– Daj jej już spokój.
Nie podniosła głowy, gdy do niej podeszłam. Moja obecność wciąż jej nie obchodziła. W tej małej zemście przeszkadzałam jej nie bardziej niż tłum, który musiała ostatecznie rozgonić. Bo czy liczyło się dla niej coś więcej niż ta przypadkowa dziewczyna, co to miała dość pecha, by wejść jej w paradę?
Nawet nie jestem dziś pewna, czy to się dla niej liczyło, czy nie była to tylko jedna z wielu prób zabicia w swojej głowie tego głosu pełnego zawiści, tej potrzeby udowodnienia sobie, że może być, kim tylko być zechce, że nieważne jest to, jaką cenę zapłaci, by odciąć się od wszystkiego, czym jest.
Nawet nie wiem, czy nie była to tylko jedna z wielu prób zabicia w sobie tego głosu, który był naprawdę, który brzmiał naprawdę i który został naprawdę.
– Leah, proszę.
Ukucnęłam tuż przy niej i położyłam dłoń na jej ramieniu, ale ona szybko ją strząsnęła. W pierwszym odruchu byłam zdziwiona, że ona wiedziała, że tam jestem. Jak miałaby nie wiedzieć? Na to pytanie bym wtedy nie odpowiedziała, a mimo to było dla mnie niepojętym, że tym nieznaczącym przecież gestem w końcu akredytowała moją obecność, w końcu dała jej podstawy istnienia.
Ta niespodziewana manifestacja świadomości dodała mi sił i spróbowałam ponownie. I tym razem odtrąciła moją dłoń, zrobiła to jednak agresywniej, z większą niecierpliwością. Była zajęta. Była zajęta i nie chciała, żeby ktoś ją powstrzymywał.
Z niepokojem obserwowałam, jak przykłada różdżkę do skroni Gryfonki, jak jej usta układają się do zaklęcia, jak…
– Leah, do diabła, opanuj się! – krzyknęłam na tyle głośno, by mieć pewność, że tym razem mnie usłyszy.
Sama nie wiem do dziś, skąd wzięłam w sobie dość przekonania, by z absolutną premedytacją wytrącić jej wtedy różdżkę z ręki. Wytrącić, a raczej spróbować wytrącić, bo Leah trzymała ją zbyt pewnie, zresztą moje przekonanie nigdy nie miało szans z jej szaleństwem, nawet wtedy, gdy było najsilniejsze.
Osiągnęłam jednak to, co najważniejsze. Leah spojrzała na mnie. A ja od razu tego pożałowałam.
– Stul pysk, Arbanddel – warknęła. – Nic ci do tego.
Nie miałam ochoty się z nią kłócić, ja… Ale na to było już za późno. Cała jej uwaga była już skupiona na mnie. Dziewczyna na podłodze mogła równie dobrze nie żyć, ba, mogła po prostu wstać i odejść, Leah zupełnie by to nie przeszkadzało. Ona szybko zmieniała swoje cele.
– Nie powinnaś jej tak traktować. Na środku szkolnego korytarza, Leah. A jak ktoś cię zobaczy? – Do głowy przychodziły mi jedynie absurdalne argumenty. – Wyrzuciliby cię z miejsca, nie pamiętasz, jaka była afera z MacDonald i Averym? Przecież…
– Stul pysk! – przerwała mi w połowie zdania.
Dobrze pamiętam, jaka czerwona była ze złości, jaka wykrzywiona, dobrze pamiętam, jakie to wtedy zrobiło na mnie wrażenie, bo oto po raz pierwszy mogłam zobaczyć Leah, gdy traciła nad sobą panowanie. Nigdy nie przywyknę już do tego widoku, nawet teraz, kiedy te ataki się nasilają, kiedy mało co potrafi już ją powstrzymać.
Nie potrafiłam jej nie posłuchać. Język splątał mi się we wcale nie taki mały supełek i nic nie potrafiło go rozwiązać. Czułam, jak rośnie mi w gardle, jak je całe zapycha, jak żywi się moją bezradnością i dławi mnie, obrastając w tłuszcz niemocy, czułam i nic nie mogłam z tym zrobić, byłam przecież i bezradna, i w niemocy. Jedyne, co mogłam, to patrzeć, jak wyciąga różdżkę, której nie udało mi się jej odebrać, jak wyciąga ją w moim kierunku, jak celuje prosto w mój nos, jak wreszcie dotyka nią tego mojego nosa, na samym koniuszku, ledwie co, ale jednak tak, żebym ją poczuła, żebym wiedziała, co chce zrobić.
Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, dlaczego ludzie boją się Leah.
Mogłabym przysiąc, że trwałyśmy tak miesiąc, rok, stulecie. Czas nie tyle stanął w miejscu, ile splątał się jak mój język, tak jak on upasł się moją bezradnością. Leah nie zamierzała uderzyć szybko – ją bawiła ta chwila, to czekanie na atak, ten strach. Ofiara po to żaden sport, tak potem wielokrotnie mówiła, sama to słyszałam, sama temu przytakiwałam. Ofiara przed jest najsmaczniejsza.
W końcu jednak usłyszałam stanowcze:
– Co tu się do cholery dzieje?
Różdżka jednak nie opadła, wciąż stykała się z moim nosem i nigdzie się nie wybierała.
– Ona broni szlamy.
Po raz kolejny tego dnia odpowiedziało jej milczenie.
Nie musiałam unosić głowy, żeby wiedzieć, kto za nią stoi. Rosier. Evan Rosier, na którego czekałam, a który to nie raczył powiedzieć nawet słowa w mojej obronie. W tamtym momencie zarzekałam się, że nigdy mu tego nie wybaczę, że jak mógł… A mimo to mu wybaczyłam, ten pierwszy raz i te wszystkie następne.
– Arbanddel, no powiedz coś, taka byłaś wygadana.
Tyle że nawet jeśli chciałam jej coś powiedzieć, to przecież nie mogłam, przecież ten supeł z języka, ta gula w moim gardle, to dławiące mnie coś, przecież nie mogłam! Z braku powietrza ciemniało mi przed oczami, jak miałam je jeszcze marnować na obronę? Jak?
Do dzisiaj nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie ta biblioteka, pod którą staliśmy, gdyby nie ta pierwszoroczna Puchonka, którą wcześniej przestraszyłam. Pewnie nic – pewnie skończyłoby się na strachu, na pokazie siły. W Hogwarcie nie było pola na większe wyskoki, tu świat jeszcze nie rozpadł się na miliony małych kawałeczków. Ale co, gdyby nie było nas w Hogwarcie? Pozwoliłby jej? Nie wiem. A przynajmniej udaję przed sobą, że nie wiem.
Wolę nie wiedzieć.
Puchoneczka po raz drugi zaryzykowała wyjście z biblioteki. O wiele ostrożniejszy Evan, który przecież nie mógł wiedzieć, że to jedynie nic nieznacząca pierwszoklasistka, chwycił Leah za rękę i jednym ruchem odciągnął ją ode mnie. Nie protestowała. Zniknęli zanim zdążyłam odplątać swój język i wydusić choćby krótkie: to nie tak, jak myślisz.
A ja zostałam sama z bezwładną dziewczyną, dla której zaryzykowałam tak wiele, a której twarzy nawet przecież dzisiaj nie pamiętam.
Wewnętrzną niespójność tej notki sponsoruje fakt, że miało być o jednym, a jak zwykle wyszło o czymś innym i zrobił się bałagan. A ja to chyba jestem ostatnią osobą na świecie, której by się chciało ten bałagan sprzątać. Tylko biedny ten Nott, nie załapał się w ogólę na nocię, która w planie bsa zatytułowana była jego własnym imieniem.