without Mercy

 – Jest środek nocy – powiadomił ją Roman, gdy tylko otworzył drzwi. Zrobił to jeszcze zanim zdążyła użyć zardzewiałego dzwonka albo pięści, co trochę wytrąciło ją z równowagi. Nie wyglądał, jakby spał albo szykował się do snu – wciąż miał na sobie swój typowy zestaw złożony z czarnych spodni garniturowych i koszuli z podwiniętymi rękawami. Tylko jego bose stopy świadczyły o tym, że w tej chwili zestaw nie był uniformem służbowym, lecz pełnił rolę stroju domowego.
Minęła sekunda, nim zdołała wymazać ze swojej twarzy wyraz zaskoczenia. Zastanawiała się, czy skoro nie spał, widział lub słyszał, jak kilkukrotnie przeszła korytarzem pod jego drzwiami, zanim zdecydowała się wejść. Jeśli tak, nie zamierzała dać po sobie poznać, że ją to krępuje.
– Długo się zastanawiałam, czy w ogóle tu przyjść – odpowiedziała zgodnie z prawdą rzeczowym tonem, znakomicie pasującym do powodu ich spotkania. Podała szwagrowi ciężką torbę materiałową, którą wcześniej trzymała w ręku i, nie czekając na zaproszenie, przekroczyła próg jego tymczasowego mieszkania.
Było bardzo małe. Wnętrze niewielkiego pokoju rozświetlone było jedynie pomarańczowym światłem ulicznej latarni, a Justice podejrzewała, że mieszkanie jest bardzo ciemne nawet w ciągu dnia. Jedna ze ścian zastawiona była całkowicie regałami zarzuconymi stosami książek, a przytłaczające wrażenie potęgowały pozostałe meble – zbyt ciężki drewniany stół i duża wersalka obita welurem. W najciemniejszy róg pokoju wciśnięto małą lodówkę i kuchenkę. Było to mieszkanie, w którym ktoś mógłby umrzeć ze starości.
Roman położył torbę na malutkim blacie obok zlewu i zaczął wypakowywać zawartość. Justice nie kwapiła się do pomocy. Czuła się niezręcznie. Wycofała się pod okno. Zanim oparła się o parapet, bezwiednie przetarła po nim palcami. Choć na pierwszy rzut oka to miejsce przypominało norę, była to przynajmniej niezwykle czysta nora.
– Mogłabyś? – zapytał, podając jej dwa słoiki z sokiem, a ona rzuciła mu nierozumiejące spojrzenie. Dopiero kiedy wskazał podbródkiem w stronę okna, wzięła od niego słoiki i odłożyła je na małą półkę pod parapetem.
Kiedy wypakował już tygodniowe zapasy żywnościowe przyrządzone przez jego żonę i złożył materiałową torbę w równą kostkę, wręczył ją Justice, która tymczasowo odłożyła ją na puszkę z kawą. Roman rzucił jej zaskoczone spojrzenie, a Justice pomyślała, że pewnie spodziewał się, że jak zwykle wyjdzie, gdy tylko spełni swoją rolę posłańca.
Zanim zdążył jakoś zwerbalizować swoje zdziwienie i tym samym uczynić tę sytuację jeszcze bardziej niezręczną, Justice zdecydowała się jednak odezwać:
– Mógłbyś mi wytłumaczyć, co się właściwie stało? – zapytała chłodno.
Niełatwo przeszło jej to przez gardło, bo wymagało to przyznania się, jak niewiele wie. Biorąc pod uwagę to, że Mercy od miesiąca zbywała ją półsłówkami, oczekując wyłącznie wypełniania funkcji neutralnego pośrednika, nie miała już innej możliwości, by się dowiedzieć, jak po prostu zapytać. Zawiłe intrygi były specjalnością jej siostry i to konieczność stanowienia przeciwwagi dla tej postawy wytworzyła w Justice silną potrzebę doprowadzania do bezpośrednich konfrontacji. Nie zawsze jednak przychodziło jej to z łatwością.
Przez lata wyrzucała sobie na przykład, że milczała w dniu ślubu siostry. Wtedy powstrzymała ją tylko niepisana tradycja, że w dniu ślubu nie powinno się już poddawać pod wątpliwość wyboru małżonka. Długo nie mogła zrozumieć, z jakiego powodu Marcy wybrała sobie właśnie Romana. Ten mężczyzna, starszy od nich o dekadę, wydawał się najmniej odpowiednim z kandydatów. Justice pamiętała, że kiedy go poznała, trudno było jej uwierzyć, że w ogóle udało mu się przyciągnąć uwagę Mercy i nie wierzyła w przetrwanie tego związku – Snicket wydawał się zbyt wycofany i cichy, by móc przetrwać z jej towarzyską siostrą. Kolejne lata pokazały, że się pomyliła – w czasie swojego małżeństwa Mercy i Roman wypracowali pewien kompromis i do niedawna wydawało się, że jedynym powodem, dla którego Justice miała trudności z zaakceptowaniem narzeczonego swojej siostry, była zazdrość o nią. Wiele wskazywało jednak na to, że i Mercy ogarnęły w końcu wątpliwości, a Justice mogła wyobrazić sobie tylko jeden powód, dla którego się tak stało.
– Zdradziłeś ją, prawda? – zapytała agresywniej, kiedy nie odpowiedział na pierwsze pytanie. Słysząc zdenerwowanie w jej głosie, uśmiechnął się lekceważąco, co jeszcze bardziej zirytowało Justice. Czuła, że traktował ją z góry.
– Nie – wyrzucił z siebie z irytującym opanowaniem.
Miał nad nią przewagę, którą częściowo tłumaczyła sobie różnicą wieku – w jego towarzystwie zawsze czuła się jak pierwszoroczniak. Czuła, że jej wysokie buty i elegancki płaszcz wprost krzyczały, jak bardzo jej zależy, podczas gdy Roman sprawiał wrażenie, jakby cała sytuacja niewiele go obchodziła. Była to cecha, która zawsze ją w nim irytowała i Justice podejrzewała, że Mercy też miała trudności, by ją zaakceptować.
Miał też realną przewagę, którą dawało mu to, że był jedyną osobą, która znaczyła w życiu Mercy więcej niż Justice. Było przedziwnym doświadczeniem na zawsze oddać bliźniaczą siostrę komuś zupełnie obcemu.
– Jeśli to zrobiłeś… – wyrzuciła z siebie na wydechu.
– Jeśli Mercy nic ci nie powiedziała, nie zamierzam się tłumaczyć – wyjaśnił stanowczym tonem. Nie mogła wyczytać z jego twarzy żadnej z emocji, którą chciała na niej zobaczyć – żadnej tęsknoty czy skruchy – tylko ciemne oczy pełne beznamiętnej cierpliwości, która do złudzenia przypominała wyrachowanie.
Nie odwróciła wzroku, chociaż czuła, że jej oczy zaczęły łzawić. Jego spokój doprowadzał ją do szału. Jeśli to była próba, zamierzała ją wygrać.
– Jeśli myślisz, że to są jakieś wakacje, to się grubo mylisz – wypaliła Justice. Jej głos zadrżał, całą siłą woli opanowała się, żeby nie zacząć na niego krzyczeć. Zmowa milczenia między Snicketem i jej siostrą powodowała, że czuła się bezbronna i wykluczona. Jednocześnie miała świadomość, jak śmiesznie brzmiały jej wyrzuty. Złapała się na tym, że teraz chciała od niego tylko jednej ludzkiej reakcji, najmniejszego dowodu na to, że czymkolwiek zawinił, teraz tego żałował. – Gdyby zależało to ode mnie, zdechłbyś tu z głodu.
Nie wiedziała już, czy wyładowuje złość na niego czy na swoją siostrę, która co prawda wyrzuciła męża z domu, ale przy tym najwyraźniej nie zamierzała wyciągnąć dalszych konsekwencji ani skończyć z byciem najlepszą żoną.
Roman podszedł bliżej, w końcu opuszczając swoje miejsce przy lodówce. Chwycił butelkę, która stała na parapecie pod oknem i mechanicznie ją odkorkował. Justice nie ruszyła się z miejsca, nawet kiedy musiał ją ominąć, żeby sięgnąć po kieliszek.
– Mamy szczęście, że w ogóle nie zależy to od ciebie – wycedził, wręczając jej wypełnioną po brzegi lampkę wina. To, że jednak udało się go wyprowadzić z równowagi, okazało się nie tyle satysfakcjonujące, co przerażające. Przez dłuższą chwilę Justice nie odważyła się poruszyć, przytłoczona grobową ciszą, która nagle zapadła. Starała się oddychać jak najciszej, co było trudne – sama nakręcała się w swoim rozdrażnieniu. Stykali się ramionami, ona zwrócona w stronę ponurego pokoju, on z wzrokiem wbitym za okno.
– To mieszkanie mojej matki.
Odwróciła głowę w jego stronę. Miał ostry profil, w którym szczególnie wyróżniał się długi, prosty nos. Mercy wyjawiła kiedyś Justice, że miała nadzieję, że ich syn go odziedziczy.
– Co? – zapytała nieco nieprzytomnie, źle znosząc nagłą zmianę tematu. Upiła łyk wina, z trudem odganiając myśli o małym Wolfiem.
– Mieszkała tu.
Justice z całej siły ściskała w dłoni kieliszek. W ogóle nie rozumiała, do czego zmierzał Roman. On przetarł twarz dłońmi. Z bliska nie wydawał się tak niedostępny – wręcz przeciwnie, teraz to on był raczej bezbronny.
– Ciekawa kobieta – powiedziała Justice. Uśmiechnęła się blado na samo wspomnienie. Spotkały się tylko raz, na weselu. – Przepowiedziała mi, kiedy umrę.
Spojrzała na Romana. Spodziewała się, że chociaż trochę go to rozbawi, ale kamienny wyraz jego twarzy nie zmienił się ani odrobinę, kiedy zapytał:
– Uwierzyłaś jej?
Zmarszczyła brwi.
– Chyba żartujesz.
Jego mina spowodowała, że ostatecznie odechciało się jej żartów. Nie rozumiała, co takiego powiedziała; nigdy też nie spodziewała się dostrzec w jego gestach takiej czułości. Pochylił się nad nią i ją pocałował, a ona przez chwilę zwątpiła, czy naprawdę był tak niezdolny do odczuwania, czy nie postawiła mu diagnozy zbyt szybko. Ten magiczny moment przeminął jak mrugnięcie okiem, jednak nie powstrzymało to jego rąk, które zabłądziły pod jej płaszczem. Kiedy go całowała, czuła się jak złodziej.
Tamtej nocy przede wszystkim powinna była zapytać, dlaczego mieszkanie jego matki było puste. To najważniejsze pytanie nigdy jednak nie padło. Później, by nadać wszystkiemu, co wydarzyło się dalej większy sens, Justice czasami dodawała w swoich wspomnieniach kilka szczegółów. Czasami między pocałunkami Roman odgarniał jej jasne włosy z czoła, patrzył na nią z uczuciem i szeptał jej do ucha:
– Jesteście takie podobne.
Nigdy naprawdę tego nie powiedział, ale właśnie to miał na myśli.

Advertisements

Obliviate 8: ulga

Dawno zapadł już zmierzch. Jedynym źródłem światła w motelowym pokoju była blada poświata ulicznej latarni, ale Olga nie zdecydowała się włączyć żarówki, żeby nie ujawnić swojej obecności. Siedziała na łóżku i od dłuższego czasu wpatrywała się w okno w budynku po przeciwnej stronie ulicy.
Nigdy wcześniej nie nocowała w tym motelu, ale mimo to doskonale znała każdy element jego posępnego wystroju, począwszy od koca w kratę pokrywającego łóżko, który z bliska okazał się mieć nie tylko drażniącą fakturę, lecz także nieznośny zapach, poprzez dużą szafę z laminowanej płyty, a skończywszy wyblakłej tapecie w pionowe pasy. Kiedy jeszcze pomieszkiwała u Dymitra, jednodniowe wycinki z życia zupełnie obcych ludzi wdzierały się do jej codzienności za sprawą małej odległości między budynkami i braku zasłon w motelowych pokojach. Zmiana perspektywy była dla niej niekomfortowa – czy ktoś mógł obserwować ją z drugiej strony ulicy i, podobnie jak ona kiedyś, oceniać ją wyłącznie na podstawie tego, co zamierzała robić przez następne godziny? Co by pomyślał, obserwując z dystansu chudą, skuloną kobietę, tak apatyczną, że niezdolną nawet do zdjęcia porwanego płaszcza?
Najważniejsze było jednak to, że pozostawała niewidoczna dla Mitii. Okno jego pokoju było ciemne – była przekonana, że nie wrócił jeszcze do mieszkania. Dawało jej to jeszcze trochę czasu do zastanowienia.
Nie potrafiła jednoznacznie odpowiedzieć sobie na pytanie, co zamierzała zrobić. Wizje, które ledwie do siebie dopuszczała, jeszcze się nie wyklarowały. Wiedziała jednak, co chce osiągnąć, i była zdeterminowana, by to dostać. W wyobraźni z łatwością wpadała do jego mieszkania, obezwładniała go zaklęciem i groziła mu, żądając ujawnienia jego wspomnień z nocy pożaru. Kiedy jednak myślała o tym trzeźwo, wiedziała, że z tym planem zdołałaby dotrzeć najwyżej do jego przedpokoju – nigdy nie była w stanie kontrolować się przy Dymitrze. On zdawał się mieć władzę zarówno nad jej emocjami, jak i nad jej zdrowym rozsądkiem. Z łatwością zdołałby ją rozbroić nawet nie różdżką, ale kilkoma słowami. W ten sposób straciłaby ostatnią marną przewagę, jaką nad nim miała – Olga była pewna, że Dymitr nie miał pojęcia, że nie pamiętała, co dokładnie się wydarzyło. Był jedyną znaną jej osobą, która posiadała kompletną wiedzę na temat tego, dokąd posunęło się ich szaleństwo, ale nie zdawał sobie z tego sprawy.
A jednak musiała wiedzieć – bez względu na cenę.
Nie wyobrażała sobie nic gorszego od trwania w tej nieświadomości. Było coś przerażającego w tym aspekcie modyfikacji pamięci, że nawet ktoś całkowicie pewien swoich kompletnych wspomnień, mógł nie mieć pojęcia, co wydarzyło się naprawdę. W tym sensie uważała, że nikt nie jest zdolny do zabicia w drugiej osobie człowieczeństwa skuteczniej niż amnezjator.
Mimo to nie zawahała się, by odebrać świadomość nie tylko ludziom, wobec których miała ten obowiązek, lecz także dziesiątkom tych, którzy służyli wyłącznie zagłuszaniu jej poczucia winy i wypełnianiu jej zachcianek. W tym nadużywaniu swojej władzy poszła dalej, niż kiedykolwiek się spodziewała – zdołała wyrządzić nieodwracalną szkodę nawet sobie.
Nie było innego wytłumaczenia dla tego, jak wyglądały jej wspomnienia z najbardziej traumatycznej nocy jej życia. Były one do tego stopnia niekompletne i sprzeczne, że wywołałyby niepokój nawet u kogoś, kto nie miał pojęcia o istnieniu zaklęć zapomnienia. Olga wiedziała o pamięci zbyt wiele, by winą za swoją częściową amnezję obarczać wyłącznie nadużywanie alkoholu.
Najwyraźniej zrobiła to sobie sama, chociaż wątpiła, czy była to decyzja świadoma. Nieraz zdarzało jej się użyć czarów bezwiednie, w szczególności gdy miały działać one w jej obronie. Jak jednak mogła choć przez chwilę pomyśleć, że wiedzieć będzie trudniej niż nie wiedzieć, ale podejrzewać? Może ktoś, kto nigdy nie przekroczył własnych granic, nie czułby tego piekielnego poczucia winy, ale Olga nie potrafiła już powiedzieć, czy miała jeszcze jakiekolwiek zasady – czy odkąd związała się z Mitią istniało jeszcze coś, do czego bezwzględnie nie byłaby zdolna.
Najbardziej przerażało ją to, że najwyraźniej od nocy, w której wzniecili pożar, Dymitr traktował ją inaczej, jak równego sobie, jakby przekonał się wtedy, że nie jest samotny w swoich destrukcyjnych zapędach. Trudno jej było odgadnąć, co mogło być tak szalone, żeby zdolne było zaimponować nawet Dymitrowi.
Sądziła, że kiedy założy najgorsze – ze wszystkich koszmarów najgorszy wydawał się ten, w którym pozbawiła życia przypadkowych ludzi, dla zabawy i z powodu własnej głupoty – i kiedy się z tego wyspowiada, będzie mogła się z tym oswoić. Rozmowa z Rogerem ostatecznie utwierdziła ją jednak w przekonaniu, że nie potrafiła sobie przebaczyć niczego, co do czego nie miała ostatecznej pewności. Nie potrafiła czuć prawdziwej skruchy, bo to wyobrażone morderstwo zdawało się tak prawdziwe, jak słuchanie krzyków w sennych koszmarach – dotkliwe, lecz niewystarczające. Dopóki nie miała więc absolutnej pewności, niejednoznaczna interpretacja nie dawała jej szans na odkupienie, którego pragnęła.
Sama myśl o tym, że po latach mogłaby w końcu spojrzeć na siebie w lustrze, przestać wzdrygać się przy każdym wspomnieniu o płomieniach, że mogłaby nareszcie pogodzić się ze sobą, przyniosła jej na chwilę ulgę.
Nie było innej drogi niż przestać bać się prawdy i stawić czoła strachowi przed przysięgą i utratą Dymitra.
Czy przyjechała do Rosji, żeby raz na zawsze to skończyć? Ta myśl była czymś zupełnie nowym – dotąd wydawało się, że przyjechała ostatecznie się poddać. Nagle przed jej oczami stanął obraz, w którym wchodzi do mieszkania Dymitra nie po to, by siłą wyłudzić od niego wspomnienia, do których sama zrzekła się praw. Wyobraziła sobie, że przychodzi do niego całkowicie zdecydowana, żeby je dostać, nareszcie pozbawiona wszelkich skrupułów.
Kiedy w oknie Dymitra zapaliło się światło, Olga mimowolnie się wzdrygnęła. Zupełnie straciła poczucie czasu. Nie zdawała sobie sprawy, że kiedy siedziała, wpatrując się w przestrzeń, wszystkie mięśnie miała napięte. Spróbowała się rozluźnić, ale nie przyniosło to żadnego skutku.
– No chodź – powiedziała do siebie, jakby mierzyła w okno Dymitra z różdżki, czekając w napięciu, kiedy pojawi się jej ofiara, a nie siedziała w bezruchu, bezbronna, ze wzrokiem zafiksowanym na jednym punkcie. – Podejdź bliżej.
Podniosła się z łóżka, powodując tym gwałtowny ból każdego najmniejszego fragmentu jej spiętego ciała. Podeszła do parapetu i poczuła przyjemność na myśl o tym, że gdyby tylko spojrzał w jej okno, mógłby ją dostrzec w delikatnym świetle z ulicy. Bezwiednie zacisnęła dłoń na różdżce i powoli wyciągnęła ją z kieszeni prochowca.
Było jeszcze jedno wyjście, którego wcześniej do siebie nie dopuszczała.
Nigdy nie doszłoby do tego wszystkiego, gdyby nie Dymitr. Bez wątpienia to on był on powodem wszystkich koszmarów, które dręczyły ją przez lata. Przez chwilę pomyślała, jak wyglądałoby jej życie, gdyby nigdy go nie było, i choć jego obecność była w niej tak głęboko zakorzeniona, Olga po raz pierwszy pomyślała, że istniała też droga bez niego, że mogła ją wybrać i gdyby ją wybrała, byłaby innym człowiekiem.
Spojrzała na swoje dotychczasowe życie tak, jakby było tworzywem materialnym – żywym, ale chorym organem. Powoli zaczęła nakreślać w myślach granice, wokół których wystarczyło ciąć, by pozbyć się nowotworu, który toczył jej tkanki. Czy gdyby zdołała go starannie wyciąć, wystarczyłoby jeszcze zdrowego organu, żeby się odbudować?
Ciemna, chuda sylwetka Dymitra pojawiła się w oknie. Olga wpatrywała się w nią intensywnie, zastanawiając się, czy zwróci się w jej stronę. On pozostał jednak obojętny, w pełni pochłonięty swoimi sprawami i przez to nieświadomy decyzji, którą podjęła Olga.
Naprawdę chciała, żeby spojrzał na nią w tym ostatnim momencie, ale nie zamierzała o to błagać ani na to czekać. Sama myśl o tym, że sekundy dzielą ją od tego, żeby Dymitr na zawsze zniknął z jej życia, zabierając ze sobą wszystko, co zniszczył, wystarczyła, by uczynić ten moment najszczęśliwszym w jej życiu. Nie przejmując się tym, że zachowuje się jak wariatka, uniosła wyżej różdżkę i wycelowała nią starannie. Nie obchodziło ją, jak niewielkie ma szanse i nawet nie przeszło jej przez myśl, jak lekkomyślnie postępuje.
Obliviate! – powiedziała głośno, oddając się w pełni uczuciu szczęścia, które całkowicie przejęło nad nią kontrolę. Nigdy wcześniej nie czuła się tak błogo. Jej wspomnienia były w pełni plastyczne, gotowe do kształtowania na nowo.
Nie mogła dłużej powstrzymywać głośnego śmiechu, który cisnął się jej do gardła. Kiedy w końcu wydobył się z niej, rozbrzmiewając głośno w małym pomieszczeniu – śmiech pełen czystej satysfakcji na myśl, jak bardzo dotknie Dymitra to, że w końcu znalazła w sobie odwagę, by żyć bez niego – Olga umarła.

Kości zostały rzucone: rozdział dwunasty

Znalazła go na dywanie w salonie z prawie pustą już butelką wina, osieroconego i niezdarnie naśladującego ich ojca w jego melancholii. Wciąż jednak pił z kieliszka, chwytając się tej zbytecznej elegancji, jakby tylko ona utrzymywała go jeszcze przy zdrowych zmysłach – jego ruchy były precyzyjne, plecy sztywne i tylko ciemnoczerwone plamy na jego szyi zdradzały targające nim emocje. Obejrzał się na nią gorączkowo i widząc jej mokrą od łez twarz, rozpoznał w jej rozpaczy jedynie swoją własną; wyciągnął do niej niecierpliwie rękę, a kiedy zbliżyła się do niego bezwolnie jak po sznurku i uklękła tuż przy nim, on objął ją bez słowa, wczepiając w nią swoje długie, białe palce, chowając twarz w jej swetrze i szukając w niej pocieszenia, którego nie znajdował nawet w tym, że sam przecież ocalał. Ale czy ona nie była ostatnim ocalałym okruchem jego utraconego raju, jedynym stałym elementem pośród tego chaosu, nad którym wciąż jeszcze panował?
Mylił się jednak – nie opłakiwała wcale rozpadającego się na ich oczach świata, który zawsze był tylko jego światem, nigdy jej. Nie opłakiwała Rabastana Lestrange’a, jego brata ani okrutnego losu, jaki czekał ich teraz po aresztowaniu. Nie opłakiwała śmierci Edgara Bonesa, nieuniknionej, a przy tym tak niesłusznej i pozbawionej znaczenia pośród zbyt wielu innych, podobnych śmierci. Wreszcie nie opłakiwała nawet samej siebie. Zbyt długo jednak powstrzymywała się od łez, by odmówić ich sobie teraz, gdy nie został już nikt, przed kim musiałaby się z nimi kryć – gdy nawet on nie potrafił już wykorzystać ich przeciwko niej.
Przeczesała palcami jego ciemne, lśniące włosy; teraz, gdy to ona miała nad nim władzę, czułość przychodziła jej niemal naturalnie, bez wysiłku. Możliwe, że miała ją już wcześniej, tylko tego nie dostrzegała. Czy od zawsze nie była wcieleniem wszystkich jego lęków, rysą na jego ambicji, ostatnim wyrzutem sumienia, którego pragnął się wyrzec? Czy jeszcze w szkole Rabastan Lestrange nie wyśmiał jej, gdy z taką naiwnością wyznała mu, jak niewiele znaczyła dla swojego brata? Już wtedy wiedział, że znaczyła dla niego zbyt wiele, by mógł to znieść; już wtedy wszyscy wokół byli dla niego jedynie sumą ich słabości.
Dotąd karmili się nawzajem jedynie samymi kłamstwami, ale teraz nie mieli już nikogo poza sobą i nie musiała go dłużej zwodzić ani oszukiwać. Wreszcie zostali sami – kiedy więc zapytał ją, co zrobiła ze swoim bękartem, powiedziała mu prawdę, choć na nią nie zasługiwał.
Nie mogła już dłużej być jej matką. Uświadomiła to sobie gdzieś pomiędzy zielonymi wzgórzami północnej Walii a lśniącym od deszczu londyńskim brukiem, spoglądając na jej wykrzywioną, czerwoną od krzyku twarz i nic już nie czując. Nawet nie próbowała jej uspokoić; nie mogła. Czy nie tak miało właśnie wyglądać jej życie? Czy odtąd nie miało być w nim jedynie więcej łez, strachu i cudzych grzechów? Czy to nie ją miała kiedyś za to wszystko winić? Dla świata miała być jedynie bękartem mordercy – a jednocześnie prawda o jej faktycznym ojcu była zbyt okrutna, by mogła przynieść jej ukojenie, poczucie przynależności, zrozumienie. Nie należałaby nigdzie, rozdarta między dwoma ojcami i ich odmiennymi światami, aż w końcu musiałaby poświęcić część siebie i wybrać jeden kosztem drugiego – o ile było to w ogóle możliwe. Raelyn nigdy się to nie udało, choć przecież próbowała. Próbowała.
Amelia Bones wpuściła ją do swojego ciasnego, wypełnionego książkami aż po sufit mieszkania z niechęcią, której nawet nie próbowała ukryć. Była jednak córką swojego ojca, więc uprzejmość wygrała w niej z resentymentem i przez zaciśnięte zęby zaproponowała jej filiżankę herbaty. Nie uroniła ani kropli, lewitując porcelanę swojej matki i usiadła sztywno w fotelu obok, odkładając różdżkę na kolana, jakby śpiące dziecko w ramionach Raelyn to było za mało, żeby jej zaufać. Sama jego obecność wydawała się ją obrażać i tylko prychnęła rozjuszona, słysząc jego imię; nazwanie imieniem jej matki bękarta człowieka, który ją zamordował, musiało jej się wydawać okrutnym żartem.
Jakimi słowami miała ją przekonać? Już wcześniej nie potrafiły się porozumieć, ale wtedy był z nimi Edgar, który zagłuszał całym sobą tę narastającą między nimi ciszę i zawsze w końcu zmuszał je do powiedzenia głośno tego, czego bez niego nie odważyłyby się nawet pomyśleć. Tamtego lata wszystko wydawało się możliwe; teraz jednak każdy oddech miał swoją cenę i Raelyn nie zamierzała trwonić go na skamlenie o litość. Zniecierpliwiona kazała jej spojrzeć na to dziecko, które z taką determinacją omijała dotąd spojrzeniem i nie czekając, aż ta dopiero zasiana w niej wątpliwość zapuści korzenie, powiedziała wprost:
– Nie mogę już dłużej być jej matką.
W surowych, błękitnych oczach Amelii Bones, oczach jej ojca, błysnęła panika. Spojrzała na nią poruszona, na moment zapominając o wszystkim, co dzieliło je teraz i w przeszłości; Raelyn nie potrafiła jednak wyjaśnić jej, co nią kierowało, podobnie jak nigdy nie potrafiła wyjaśnić Edgarowi, przed czym uciekała i że czasem uciekała w jego ramiona jedynie przed samą sobą. Targało nią tak wiele sprzecznych emocji, że równie dobrze mogła nie czuć niczego. Jej gotowość poświęcenia samej siebie była jednocześnie pragnieniem uwolnienia się od ciężaru odpowiedzialności za to kruche życie, które z siebie wydała. Dławiąca, zalewająca ją falami czułość – palącym poczuciem winy. Strach przed tym, co miało dopiero nadejść – przekonaniem, że ten jeden, jedyny raz postępowała słusznie.
Być może nie istniały właściwe słowa na opisanie tego wszystkiego, a może tylko ich nie znała – i chociaż żaden powód z osobna nie wydawał się wystarczający, by wyrzec się własnego dziecka, wszystkie razem sumowały się w nieuniknioną konieczność. Nie dbała o to, co Bonesowie mieli o niej myśleć i mogli przeklinać ją przez resztę jej dni, jeśli tylko mieli zapewnić Susan przyszłość wolną od jej grzechów.
Nie zostawiła im zresztą wyboru.
Reese tylko zamrugał rozpaczliwie, bezradny wobec jej szczerości. Nie był już nawet w stanie wzbudzić w sobie słusznego gniewu z powodu tego kłamstwa, które mogło ich kosztować tak wiele, gdyby zostało odkryte – jakie miało to jednak znaczenie teraz, gdy zostali sami na zgliszczach jego marzeń? Odepchnął ją jedynie rozdrażniony. Czas czułości minął.
W dniu, w którym Lestrange’owie zostali skazani na dożywocie w Azkabanie, rozbił całe szkło, płacząc z wściekłości i ciągnął ten spektakl całą noc; jego rozpacz pozwalała jej jednak zagłuszyć tę zimną pustkę, jaką czuła, przyglądając się białej, ściągniętej twarzy Rabastana Lestrange’a z pierwszej strony Proroka Codziennego, tak przecież różnej, a jednocześnie tak podobnej do twarzy jego ojca, która przed laty spoglądała na nich w Wielkiej Sali z dziesiątek kopii. Sprawiał wrażenie starszego, niż był w rzeczywistości; próbowała jeszcze uchwycić jego spojrzenie, jakby w ten sposób mogła poznać jego myśli i podzielić się z nim własnymi, ale jego oczy wciąż nerwowo śledziły coś poza kadrem.
Czy żałowała tego, co zrobiła? Nie była pewna, czy kiedy powiedziała Amelii Bones o tamtych krzykach w zapomnianej posiadłości, była gotowa skazać go na resztę życia pełnego udręki; czy nie żywiła czasem nadziei, że aurorzy go po prostu zabiją. Teraz chwytała się przekonania, że musiało się to skończyć w ten sposób, że nie była to jej odpowiedzialność i wciąż od nowa czytała, co zdążyli zrobić Longbottomom – a kiedy i to zawodziło, zaciskała powieki i ze wszystkimi detalami wyobrażała sobie morderstwo Susan Bones, licząc jej kolejno obcięte palce, wszystkie dziesięć. Czy przynajmniej ona nie zasługiwała na taką sprawiedliwość, w jaką wierzyła?
O świcie znalazła swojego brata nieprzytomnego na dywanie i usiadła przy nim, wsłuchując się w jego płytki, urywany oddech, każdy brzmiący jak pierwszy zaczerpnięty po wypłynięciu na powierzchnię z lodowatych głębin. Długo przyglądała się jego drżącym, bezkrwistym wargom, śladom wymiocin na jego szacie, strzępom Proroka Codziennego w jego kurczowo zaciśniętej dłoni, zastanawiając się bezwiednie – jakie to uczucie wzlecieć tak wysoko tylko po to, by teraz upaść tak nisko?
W końcu uznała, że już wystarczy.
Przyłożyła swoją drobną, kojąco chłodną dłoń do jego rozpalonej twarzy i odgarnęła mu z czoła mokre od potu kosmyki, a kiedy otworzył oczy, z trudem skupiając na niej wzrok, podała mu szklankę wody. Przyjął ją bez słowa; podniósł się ostrożnie i upił mały łyk, potem drugi i trzeci.
To było niemal zbyt łatwe.
– Pamiętasz, jaki byłeś wściekły, kiedy przyszły moje wyniki sumów? – zapytała w zamyśleniu, wpatrując się w jego poruszającą się z wysiłkiem krtań. Zdawał się jej nie słuchać. – Rozbiłeś mi wtedy wargę, tak bardzo chciałeś, żebym kontynuowała eliksiry. Miałeś oczywiście rację, ale dopiero teraz potrafię to docenić. – Po czym dodała z nadzieją: – Jesteś zadowolony z postępów, jakie zrobiłam?
Wypiwszy ostatni łyk, cisnął szklanką w głąb pokoju, gdzie ta rozbiła się wrzaskliwie na ścianie i dopiero później spojrzał znużony na Raelyn, nic nie rozumiejąc z tego, co do niego mówiła. Nie miało to jednak znaczenia; w końcu miał zrozumieć.
– Wiesz, kto nauczył mnie tak dobrze warzyć ten eliksir? – podjęła pozornie bez emocji, wciąż nie potrafiąc jednak wypowiedzieć jego imienia, nie w tym domu, nie przy nim. Westchnęła z rezygnacją. – Nie musiałeś go zabijać, Reese. Nie w ten sposób.
Przymknął ze zmęczeniem powieki i odwrócił twarz, jakby dźwięk jej głosu sprawiał mu ból. Pochylił się do przodu i oparł na drżących dłoniach, krztusząc się i plując na dywan czerwoną śliną.
– Nie dostrzegasz pewnej ironii w tym, że zawsze tak bardzo mierziła cię słabość charakteru naszego drogiego ojca, choć on przecież zabił naszą matkę za samą próbę zdrady, podczas gdy ty nie potrafiłeś zabić mnie? – ciągnęła, obserwując z pewnym znudzeniem, jak jego ciałem wstrząsają coraz silniejsze konwulsje aż w końcu wymiotuje gęstą, ciemną krwią, łudząc się jeszcze zapewne, że było to tylko wino. – Dlaczego tego wtedy nie zrobiłeś? – drążyła z uporem, ale nawet gdyby chciał, nie mógł udzielić jej teraz odpowiedzi, więc w końcu ucięła: – Powinieneś. Tak byłoby lepiej. Nie tylko dla ciebie.
Wezbrał w niej gwałtownie żal, że mógł zakończyć to już dawno temu, że mógł jej tego wszystkiego oszczędzić, ale tego nie zrobił – ze strachu przed samotnością lub ze zwykłego wyrachowania, nie miało to dla niej większego znaczenia. Pomyślała o Susan, która nie przyszłaby na świat – której nigdy nie musiałaby się wyrzec; o Edgarze, który mógłby wciąż żyć – którego śmierci nie musiałaby opłakiwać; wreszcie o Rabastanie Lestrange’u, który nadal by się ukrywał – którego nigdy by nie zdradziła.
Nachyliła się do niego, czując jak gniew rośnie jej w gardle.
– Może wciąż jeszcze by ich szukali – wyszeptała mu do ucha. – Może nigdy by ich nie znaleźli.
Nie od razu dotarł do niego sens jej słów. Otarł usta wierzchem dłoni i przez sekundę, dwie wpatrywał się jedynie w czerwoną plamę na dywanie przed sobą; dopiero potem z wysiłkiem obrócił głowę w jej kierunku i spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami, nie wierząc jeszcze, że to zrobiła, że była do tego zdolna. A przecież to on ją do tego pchnął – to on latami badał jej granice, przesuwał je coraz dalej i dalej, aż w końcu wydawało się, że nie zostały już żadne.
Zawył jak zranione zwierzę i rzucił się na nią, rzężąc i krztusząc krwią. Przygniótł ją do podłogi całym sobą; był już jednak zbyt słaby, by jej zagrozić i po chwili rozpaczliwej szarpaniny to ona znalazła się na nim, siadając mu na klatce piersiowej i ciężarem swojego wątłego ciała odbierając mu ostatni oddech. Próbował jeszcze sięgnąć do jej szyi, ale jedynie ją zadrapał.
– Śmiałeś się, kiedy obiecałam ci, że cię zabiję – wysyczała mu twarz z zimną wściekłością, czując pod sobą konwulsje wstrząsające jego ciałem. Chwyciła go za szczękę, żeby unieruchomić jego głowę i uniemożliwić mu wyplucie krwi, którą się dławił. – Dlaczego teraz się nie śmiejesz?
Oczy uciekły mu w głąb czaszki i poczuła, jak uścisk jego długich palców na jej przedramieniu słabnie, jak jego ciało napręża się całe w agonii, a potem wiotczeje i w końcu nieruchomieje.
Nie odpowiedział. Nie żył już.
Zapadła cisza, przerywana jedynie jej chrapliwym oddechem. Bała się poruszyć, jakby jego klatka piersiowa znów miała wypełnić się oddechem, jeśli tylko uwolni ją od ciężaru swojego ciała; jakby miał mrugnąć rozbawiony i wykrzywić czerwone od krwi wargi w uśmiechu, gdy tylko odważy się odwrócić wzrok od jego twarzy. Cała się trzęsła i nie od razu uświadomiła sobie, że płacze; minęły długie minuty, zanim uwierzyła, że był martwy.
Podwinęła lewy rękaw jego szaty aż po łokieć, szukając na jego przedramieniu Znaku, ale w miejscu, w którym Rabastan Lestrange nosił swój, jego skóra była jasna i gładka; sprawdziła drugą rękę, nie znajdując na niej żadnych śladów czarnej magii i tylko wrzasnęła przeciągle, oszołomiona i wściekła. Nie myśląc o tym, co robi, złapała kawałek rozbitego szkła i w amoku pocięła jego lewe przedramię, tnąc zajadle, do samej kości; napluła mu jeszcze w twarz i dopiero wtedy zerwała się na równe nogi, przerażona samą sobą.
Czy to możliwe, że wraz z utratą Rudolfusa Lestrange’a zgasło w nim to niezaspokojone pragnienie władzy, ta paląca go ambicja, wreszcie nawet wola przetrwania? Czy był nim opętany do tego stopnia, że nie będąc naznaczonym, nie potrafił wykorzystać szansy na odnalezienie się w nowym porządku bez niego? Zawsze czuła, że ten niebezpieczny, głęboki afekt, jakim darzył go odkąd sięgała pamięcią, prędzej czy później go zgubi; nie podejrzewała tylko, że to ona wykorzysta go przeciwko niemu, a nie sam Rudolfus Lestrange.
Myśl, że zabiła go już w momencie, w którym zdradziła i skazała na Azkaban tego, który znaczył dla niego więcej niż on sam, a nie dopiero teraz, wydała jej się dziwnie kojąca i jej oddech wyrównał się z wolna, a serce zwolniło, wracając do normalnego rytmu. Czy ostatecznie nie było to najlepsze, co mogło go spotkać? Czy nie okazała mu litości, której on nigdy nie okazał jej? Uśmiechnęła się do swoich myśli, spoglądając na jego ciało po raz ostatni niemal z czułością.
Wreszcie była prawdziwie wolna.

Obliviate 7: gniew

Sam widok płomieni spowodował, że serce biło Oldze jak szalone.
Była to reakcja absurdalnie wyolbrzymiona, zważywszy na to, że wpatrywała się w ogień bezpiecznie rozpalony w kominku. Znajdowała się na lotnisku w Moskwie, jednym z niewielu miejsc w całej Rosji, które posiadały kominki podłączone do międzynarodowej sieci Fiuu, i z głową w środku piekła cierpliwie czekała na połączenie, otoczona oślepiającymi płomieniami.
Minęła wieczność, zanim pojawił się Roger.
Wyglądał, jakby wyciągnęła go z łóżka. W pośpiechu zdążył tylko narzucić na siebie koszulkę. Olga z łatwością mogła sobie wyobrazić, że Paige celowo przeciągnęła go jeszcze w łóżku, nie chcąc wypuścić, i jak zasiała w nim zniecierpliwienie, kusząc obietnicami, by przyspieszyć jego powrót.
Ta myśl nieoczekiwanie wzbudziła w niej zazdrość, będącą połączeniem gorącego pragnienia, by znaleźć się na jej miejscu, z gorzkim zrezygnowaniem towarzyszącym myśli, że Roger bez konsekwencji spotykał się z kolejną swoją podwładną, podczas gdy Olga płaciła za swoje romanse najwyższą cenę.
Na widok Olgi Roger zrobił niezadowoloną minę.
– Kopę lat – stwierdził z dezaprobatą. Przyglądał się jej uważnie, a między jego ciemnymi brwiami pojawiła się zmarszczka. Olga wiedziała, że to ze względu na jej fatalny wygląd. Czuła, że jej twarz jest opuchnięta od płaczu, ale Roger to przemilczał. – Co jest?
Silił się na lekki ton, a Olga wiedziała, że nie chciał pokazać jej, że jej niezapowiedziany wyjazd cokolwiek go obchodził. Nie mogła mieć do niego żalu. Zdawała sobie sprawę, w jakiej znalazł się sytuacji po tym, jak bez uprzedzenia opuściła swoje stanowisko pracy, i mogła się tylko domyślać, że wkrótce dowiedział się, co łączyło ją z Adamem. Po tym, jak na jej odejście zareagował Blythe, nie było możliwości, żeby nie doszło między nimi do konfrontacji i to nie konfrontacji między szefem a podwładnym, ale konfrontacji między byłym kochankiem a niedoszłym mężem.
– Muszę ci coś powiedzieć – powiedziała Olga gorączkowo.
W pierwszym momencie Roger zapomniał się i spojrzał na nią ze szczerym zainteresowaniem. Wiedziała, że ta obietnica odrobiny szczerości mimowolnie zwróciła jego uwagę, bo przez cały czas trwania ich związku nie próbował wyłudzić od niej nic więcej.
Była gotowa wyznać mu wszystko, w desperackiej próbie odcięcia się od niewygodnej prawdy o niej samej, którą z taką lekkością objawił jej Dymitr. Jeśli naprawdę czerpała chorą przyjemność z destrukcji, z łamania prawa i odbierania innym wolności, wyjawienie Rogerowi całej prawdy było jedyną drogą, by powstrzymać siebie samą, a przy okazji zrujnować się w oczach ostatniego człowieka, którego zdanie jeszcze trochę ją obchodziło.
Zmrużyła oczy, bo widok płomieni intensyfikował wspomnienia, które skutecznie wyparła, przechowując je na granicy świadomości.
– Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie?
Roger kiwnął głową. Była pewna, że to wspomnienie było dla niego warte niemal tyle, co dla niej. Olga nabrała powietrza. Serce biło jej jak szalone, prawie czuła, jak wzrastające ciśnienie rozwala ją od środka. Całą siłą woli zmusiła się do mówienia.
Nie było łatwo znaleźć w sobie odpowiednie słowa opisujące to, co stało się w przeddzień jej ucieczki z Rosji. Starała się być precyzyjna i rzeczowa, ale nawet w jej głowie ta historia brzmiała tak, jakby ją zmyśliła. Do granic możliwości nasiąknięta głupotą i przemocą, jej historia nie pozwalała oddać swojej istoty za pomocą tak prymitywnego środka jak mowa.
Przeszło jej przez myśl, by podzielić się wspomnieniem i pokazać Rogerowi wszystko takim, jakim było w jej pamięci, ale wiedziała, że ubranie tego w słowa jest jedynym sposobem, by Roger nigdy nie zobaczył, w jak opłakanym stanie są jej poszatkowane wspomnienia. Ich widok zmniejszyłby jej wiarygodność.
Bardzo sucho opowiedziała mu, w jakim stanie opuściła bar wraz ze swoim towarzyszem i jak tułali się po mieście, jak co noc szukając przygody, by zabić nudę pijackich nocy, i jak w końcu doszło między nimi do pojedynku. Jak w wyniku niekontrolowanego przepływu mocy wybuchł pożar, nad którym szybko stracili panowanie. Głos lekko łamał się jej, gdy opowiadała, że mugolska straż pożarna i policja były bezsilne. Niechętnie wycisnęła z siebie wyznanie, że w pierwszym odruchu chciała uciekać, ale była zbyt pijana na teleportację. Próbowała zaklęć, nie zważając na obecność mugoli, ale jej żałosne próby nie mogły powstrzymać piekła, które się rozpętało. Nie wdając się w szczegóły, wspomniała jak ogień trawił kolejne domy, jak jej uszy wypełnił nieznośny wrzask i jak w napadzie paniki zaczęła niechlujnie, na oślep modyfikować pamięć wszystkim świadkom i funkcjonariuszom, jak przyniosło jej to ulgę i pozwoliło odzyskać nad sobą panowanie. Jak o liczbie ofiar i zasięgu pożaru dowiedziała się dopiero, kiedy była już bezpieczna w Wielkiej Brytanii.
Roger nie zapytał, dlaczego jeszcze nie wyjawiła mu nazwiska swojego towarzysza, zupełnie jakby akceptował wersję, w której to ona jest inicjatorem wydarzeń, a on tylko dodatkiem, zbyt istotnym, by go pominąć, ale za mało istotnym, by pozwolić mu działać. Olga wiedziała jednak, że gdyby nie było Dymitra, nie byłoby tej historii. Nie potrafiła jednak racjonalnie wyjaśnić komuś, kto nie znał ich relacji, w jaki sposób Mitia potrafił podsycać w niej wszystkie najgorsze żądze i z jakiego powodu mu na to pozwalała.
Fizjologiczne objawy stresu powodowały, że coraz ciężej było jej wydusić z siebie słowa. Miała wrażenie, że sekundy dzielą jej od utraty przytomności. Trzęsące się ręce splotła na kolanach, zanim odważyła się powiedzieć:
– Moim wspólnikiem był Dymitr Szatow.
Odczekała jeszcze sekundę, ale ponieważ z całą pewnością wciąż była boleśnie żywa, falę paniki zmyła fala złości.
Davies spojrzał na Olgę, jakby nic nie usłyszał.
– Zawsze zastanawiałem się, co za sobą zostawiłaś – powiedział Roger, jego ton nie wskazywał na to, że cokolwiek w jej wyznaniu go zaszokowało. – Czułem, że zostawiłaś znęcającego się nad tobą męża albo jakąś traumę z dziećmi, i rozumiałem to.
Zamilkł, wpatrując się w Olgę intensywnie, jakby próbował skleić jego wykreowany obraz z twardymi faktami. Nie wyglądał, jakby zrobił to z łatwością.
– Nigdy o to nie pytałem. Cieszyłem się, że cokolwiek cię zżera, wylizujesz się z tego i zostawiasz wszystko za sobą. Wierzyłem ci, kiedy budziłaś się w moim łóżku i kiedy mówiłaś, że mnie kochasz.
Nie przerywała mu, przypominając sobie te dni, w których czuła się normalnie, w których chcąc zatrzymać przy sobie ostatnią nadzieję na zwyczajne życie, odgrywała skrupulatnie uczucia, których nigdy nie znała i których objawów uczyła się wtórnie, bacznie obserwując zachowania tych, którzy naprawdę ich doświadczyli. Kiedy patrzyła na Rogera, na którego twarzy odbijały się skrajne uczucia, mieszanina rozczarowania, wstrętu i miłości, wiedziała, że odegrała rolę jego Olgi prawie tak dobrze, jakby naprawdę nią była.
– Jesteś zajebistą aktorką – wyznał nagle, idealnie dopełniając jej myśli. Wyrwał się ze swojego patetycznego monologu, uderzony w twarz szczerością za samym sobą. – Mnie łatwo było oszukać, podszedłem do ciebie z sercem na dłoni, ale masz pojęcie, że udało ci się nabrać Adama? Kurwa. Ten facet naprawdę myślał, że z nim zostaniesz.
Nie zgadzała się z tymi słowami. Zawsze uważała, że musiała zostawić Rogera właśnie dlatego, że miał tendencję do emocjonalnego angażowania się, której jej zdaniem nie przejawiał Adam. Prawdziwym centrum świata Blythe’a był on sam i właśnie dlatego był idealnym kandydatem na męża. Olga uważała, że jej relacja z Adamem polegała na tym, że odgrywali swoje role, wiedząc, że to tylko teatr i akceptując to. Byli sobie wzajemnie potrzebni. Tego samego nie można było powiedzieć o relacji z Rogerem. Prawo nie pozwalało mu mieć tylu kobiet, z iloma był głęboko związany i było to jego osobistą tragedią, jednak zdolności do zaangażowania nie sposób było mu odmówić.
W pełni zdawała sobie sprawę z tego, co mu zrobiła, wiedziała jednak, że zostawienie go za sobą było najlepszą decyzją. Mimo to jego słowa były jak szpilki wbijane w jej posiniaczone już przez Dymitra ciało.
– Dymitr nie jest moim mężem, jest moim kuzynem – powiedziała z głęboką satysfakcją.
Powiedziała to tylko dlatego, że chciała zobaczyć wyraz szoku na twarzy Rogera. Wyraźnie wyobrażał sobie, że wie o niej już wszystko, że dostarczony przez chwilą ostatni kawałek układanki stanowił dla niego klucz do jej tajemnicy. Teraz, kiedy powiedziała mu prawdę i kiedy okazało się, że nawet ta prawda nie mogła jej odkupić, ponownie poczuła się beznadziejnie bezsilna. Jedyną ulgę mogło jej przynieść przekonanie, że inni cierpią tak samo.
Nie musiała mu więcej tłumaczyć, nawet Davies nie był takim idiotą, by pomyśleć, że Dymitr, będąc jej kuzynem, nie był jednocześnie jej kochankiem. Można powiedzieć, że nawet mężem, bo czy ich więź różniła się czymkolwiek od zdegenerowanego małżeństwa, poza tym, że ich przysięga małżeńska była jednostronna i miała skutki śmiertelne? Chciała powiedzieć to Rogerowi, udowodnić mu, że życie może być gorsze niż cokolwiek, co podpowiadała mu wyobraźnia, ale zdążyła tylko nabrać powietrza.
– Kurwa, Olga.
Roger ukrył twarz w dłoniach. Olga milczała, gorączkowo zbierając się, żeby ugodzić go jeszcze bardziej. Skoro już tak zapoznawali się z całą prawdą, mogłaby wygarnąć mu, że nieprzypadkowo był pierwszą osobą, którą spotkała po ucieczce z Rosji, że szef Biura Amnezjatorów był dokładnie tym, kogo wtedy potrzebowała, że nawet niecałą dobę po tym, jak przez swoje groźne poszukiwanie wolności podpaliła masę ludzi, była w stanie kalkulować zyski i straty; że jego dobra aparycja była jedynie miłym dodatkiem, a nie warunkiem koniecznym. Istniało jednak spore prawdopodobieństwo, że już to wiedział.
– Mówisz mi to, bo chcesz się pozbyć tego syfu – powiedział gniewnie Roger, nieoczekiwanie patrząc jej prosto w oczy. – Chcesz sobie ulżyć, tak? Nagle łatwo jest powiedzieć, że, kurwa, uciekłaś z kraju, bo kogoś spaliłaś, spanikowałaś i jeszcze się z tego wyłgałaś? Nagle lekiem na wyrzuty sumienia jest pierdolone wyznanie prawdy? I TO TYLE? – zaśmiał się gorzko i pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Najlepsze jest to, że mówisz mi to nie dlatego, że zawsze chciałem ci pomóc, ale dlatego, że jestem twoim pierdolonym szefem i w mojej mocy jest cię wywalić dyscyplinarnie za pieprzenie się z Fullerem i manipulacje zaklęciami! Mówisz to mi w nadziei, że będę chciał cię, kurwa, dobić, ukarać, poniżyć publicznie. Przyjęcie kary za ten jeden błąd rozszerzyłabyś wtedy na wszystkie winy, ale wiesz co? NIE MA MOWY.
Patrzyła na niego bez zrozumienia.
– Śledziłeś Fullera? – zapytała, szczerze zdumiona, że okazywał tyle uwagi jej akcjom. Przez chwilę poczuła się lepiej, wiedząc, że wciąż zwracał na nią uwagę.
Davies wciąż patrzył na nią z niedowierzaniem, jakby nie mieściło mu się w głowie, że przykładała uwagę do tego, co najmniej istotne. Wiedziała, że zastanawiał się, jak jej to dosadnie wytłumaczyć, ale widocznie szybko stracił wiarę, że mógłby ją jeszcze czegoś nauczyć i powiedział tylko:
– Śledziłem ciebie.
Zapadła cisza wypełniona obustronnym zażenowaniem. Trwała jednak znacznie krócej, niż życzyłaby sobie Olga, bo Roger wstał, a Olga przestraszyła się, że odejdzie bez pożegnania. On jednak znalazł dla niej ostatnie słowa, które wypowiedział, zanim wyrzucił ją za swojego kominka:
– Wypierdalaj z powrotem do tego Dymitra i chroń dalej jego dupę, bo wygląda na to, że jest ostatnim, kto ci pozostał.
Właśnie wtedy Olga nieoczekiwanie zrozumiała, dlaczego jeszcze żyje.

 

08. Atlantic City

Nie myślała o Pokątnej przez całe lata, a jednak w jej głowie ulica ta nieprzerwanie przypominała głośny, jarmarczny niemal korowód, który tworzyły dziesiątki osób zaaferowanych własnymi sprawami, niosących stosy książek, opasłe kociołki czy wrzeszczące sowy. Pokątna pachniała magią, radością i trochę odchodami, które zostawiały za sobą te wszystkie koty i sowy, nim znikły, by stać się mniej lub bardziej wiernymi towarzyszami jakiegoś dziecka. I, nie wiedzieć czemu, Pokątna, która zapisała się w jej myślach, była słoneczna.
Teraz jednak Pokątna była cicha i opuszczona. Amanda spodziewała się, że obrazu dopełni rzęsisty deszcz, ale tym razem się myliła; ulica skąpana była w słońcu, które zdawało się próbować przekonać ją, że jej sytuacja nie jest tak poważna. Amanda jednak pozostała niewzruszona, gdy jej trzewiki stukały na kamiennym bruku ulicy. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie powinna była zabrać ze sobą Rothenberga, ale mimo deklaracji o współpracy nie mogła się pozbyć poczucia, że jest tylko kulą u jej nogi. Nie znał terenu, nie znał ludzi, jeśli miała z tego układu czerpać jakiekolwiek korzyści, to może na nie liczyć dopiero w Nowym Jorku – o ile kiedykolwiek do niego wrócą. Nie była pewna, czy współpraca z Frankiem była dobrym pomysłem. Może powinna wyciągnąć z niego tyle, ile się da, a potem oddać go Selwynowi? Ale sposób, w jaki mówił o tej całej Dawn, sprawiał, że Amandzie nieco miękło serce. Wiedziała, że to uczucie oznacza jedno: zaraz zrobi coś głupiego. Dotychczas ilekroć pozwalała swoim emocjom wziąć górę nad rozsądkiem, kończyło się to źle.
Nokturn, choć przecież był tuż obok Pokątnej, był znacznie mniej słoneczny. Choć teraz magia była przytłumiona w całej Wielkiej Brytanii, tu wyraźnie czuć było jej ślady. Stulecia użytkowania czarnej magii odcisnęły swoje piętno na tych murach i chodnikach, wsiąkając w nie i tworząc niepowtarzalną atmosferę grozy i tajemnicy, która sprawiała, że włoski na karku osób, które nieświadomie zapuszczały się w te strony, mogły się zjeżyć ze strachu. Amanda bywała tam wielokrotnie, jako dziecko przemierzając Nokturn w poszukiwaniu ciekawych miejsc i ludzi, którzy poświęciliby jej czas, którego nie mógł poświęcić jej ojciec. Wielu innych sklepikarzy przywykło do widoku jej bladej buzi przyglądającej się gablotom z asortymentem, nawet kiedy była niewiele wyższa od tych lad. Z czasem zaglądała tam coraz rzadziej, mogąc częściej zostawać w domu bez opieki, ale mimo upływu lat Nokturn i wypełniający go zapach słodkiej zgnilizny wydawały jej się równie znajome, jak znajomy był szyld głoszący „Borgin & Burke”.
Drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Amanda zmarszczyła lekko nos, widząc, że sklep nie był traktowany z należytą troską, która przejawiałaby się nie tylko w naoliwieniu drzwi, lecz także w tak drobnej uprzejmości, jaką byłoby dopilnowanie, by choć jedna osoba była gotowa w każdej chwili powitać klienta.
– Zamknięte! – krzyknął z zaplecza głos, w którym pobrzmiewała irytacja.
Amanda podeszła bliżej lady, dokładając starań, by obcasy jej trzewików stukały głośniej niż zwykle. Gdzieś z tyłu głowy pulsowała świadomość, że Torsten zaraz wyjdzie z zaplecza i będzie musiała zdławić w sobie niechęć do własnego brata. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz rozmawiali, ale wiedziała też, że czasy są na tyle niespokojne, by odłożyć dawne niesnaski na później. Liczyła na to, że Torsten okaże się dostatecznie racjonalny, by to przyznać.
– Mówiłem przecież, że zamk… – zaczął, wychodząc z ciasnego korytarzyka prowadzącego na zaplecze. – O kurwa.
Amanda zmusiła swoje usta do ułożenia się w lekkim, możliwie nieironicznym uśmieszku. Jej brat nadal był źle wychowanym prostakiem, który nie potrafił powstrzymać swoich uczuć przed wymalowaniem się na jego twarzy czy w jego głosie.
– Jest ojciec? Albo Borgin? – zapytała.
Torsten przetarł twarz dłonią, po czym utkwił w niej spojrzenie pełne źle skrywanej niechęci. Nie spodziewała się ciepłego przyjęcia. Jeszcze w Hogwarcie unikali siebie nawzajem, kiedy tylko mogli, zajmując najodleglejsze krańce pokoju wspólnego. Torsten zawsze wtedy upajał się dźwiękiem swojego głosu, którego chętnie słuchali inni, ona zaś – cztery lata młodsza i niezainteresowana pozyskiwaniem wianuszka przyjaciół – siedziała w fotelu z księgą na kolanach i myślami była daleko od Szkocji i zimnych lochów. Potem okazji do rozmów było jeszcze mniej.
Teraz jednak, kiedy stali twarzą w twarz, nie mogli uniknąć rozmowy.
– Nie – uciął. – Czego tu szukasz?
Pytanie nie było sformułowane najlepiej, ale Amanda nie widziała sensu w przeciąganiu gierek językowych, których ewentualne wyrafinowanie i tak umknęłoby uwadze Torstena. Zawsze był typem człowieka, który najpierw działa, a dopiero potem zadaje pytania. Postanowiła dać mu tę drobną wygraną w nadziei, że on da jej większą.
– Pomocy. – Jej postura nie korespondowała z tym słowem, wiedziała o tym. Amanda stała zbyt prosto i sztywno, a jej broda była uniesiona zbyt wysoko, by samo słowo „pomoc” zaspokoiło Torstena.
Oblizał wargi, jakby szykował się do uczty.
– Ostatni raz szukałaś pomocy, jak zrujnowałaś życie porządnego człowieka – przypomniał, z sadystyczną niemal przyjemnością wypatrując cienia słabości na jej twarzy. – Co takiego musiałaś spierdolić, że przybyłaś tu aż ze Stanów czy gdzie tam się szlajałaś przez te wszystkie lata?
Przez myśl przeszło jej, jak łatwo mogłaby sprowadzić go na ziemię. Takim ludziom jak Torsten imponowały okrągłe zdania o delegacjach, misjach dyplomatycznych i międzynarodowych konferencjach. Takim ludziom jak Torsten imponowałoby, gdyby mogli korzystać z tego samego wychodka co Minister Magii.
– Potrzebuję magii – powiedziała, puszczając mimo uszu jego słowa. – Cokolwiek, co będzie działało. Eliksiry, amulety…
– I skąd ja mam to, kurwa, wziąć? – warknął. – Wchodzisz tu jak jakaś cholerna księżniczka i chcesz magii? Niespodzianka, magii już nie ma. Pieprzony Dumbledore i jego świta wykończyli całą magię. Pewnie wszystko, co zostało, mają gdzieś na swoją wyłączność i któregoś dnia postanowią nas stąd wykurzyć.
Amanda rozejrzała się po sklepie. Istotnie, gabloty były niemal puste, ale tu i ówdzie można było dostrzec jakąś księgę czy zapomniany flakon. Torsten kłamał. Nie spodziewała się niczego innego.
– W jakimś celu tu siedzisz – rzuciła zaczepnie. Widziała, że na twarzy pojawiły mu się już wypieki złości, które nijak nie korespondowały z jego jasnymi włosami, sprawiając, że nabierał wyglądu bardziej wieprza niż człowieka. – Nie przyszłam się z tobą kłócić.
– To po co tu przyszłaś? – wysyczał. Na jego szyi wyraźnie pulsowała tętnica. Amanda nie była w stanie zrozumieć, skąd wziął się w nim tak silny gniew. Kiedy widzieli się po raz ostatni, panowało między nimi raczej chłodne milczenie.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, drzwi się otworzyły i wsunął się przez nie Borgin. Wszedł niemal bezszelestnie i gdyby nie jego chrząknięcie, Burke’owie mogliby go nawet nie zauważyć.
– Panna Burke, jak miło – powiedział, świdrując Amandę szarymi oczkami, które potrafiły wycenić wszystko, co tylko napotykały. Borgin ani trochę się nie zmienił, choć osiągnął już wiek, w którym większość ludzi miałaby dość przyzwoitości, żeby umrzeć. On jednak zbyt bardzo lubił to, co robił, a zaaferowany ciągłym szacowaniem wartości dóbr i ludzi zapomniał o własnej śmiertelności.
– Pan Borgin. Cała przyjemność po mojej stronie – odparła sztywno, kompletnie ignorując Torstena.
– Co panienkę sprowadza w nasze… skromne progi? – zapytał, posyłając jej uśmiech, który mógłby być serdeczny, gdyby nie był dowodem na to, że uznał ją za przydatną.
– Potrzebuję magii – powiedziała bez ogródek, pewna, że Borgin spełni jej życzenie, nawet jeśli srogo sobie za to policzy. – Eliksiry, amulety, cokolwiek.
– Och, magia – westchnął, teatralnie zmartwiony. – To towar zbyt deficytowy jak na nasz świat. Stajemy się niemal mugolami. Straszne to czasy, straszne…
Amanda przez chwilę czekała, żeby pochwycić jego spojrzenie. Wiedziała, że musi przedstawić coś wartościowego. Problem w tym, że nie wiedziała co.
– Problem pojawia się dopiero na granicy, wydaje mi się, że mógłby zostać dość łatwo rozwiązany – stwierdziła, starając się zbić cenę.
– To przemyć sobie, kurwa, te eliksiry i amulety – ryknął Torsten.
Borgin posłał mu karcące spojrzenie, które nieco go spacyfikowało.
– Ach, rodzinne kłótnie, te ściany tak dawno ich nie słyszały – rzucił. – Nawet jeśli brak mu ogłady, Torsten zwrócił uwagę na pewien problem. Kontakt z kontynentem nie jest tak prosty i nie każdy może sobie na niego pozwolić.
Śmierciożercy nie mogą zabraniać go handlarzom z Nokturnu, to niedorzeczne, przeszło jej przez myśl. Jaką władzę ma nad nimi wszystkimi Dumbledore?
– A jeśli postaram się o jakiś kontakt? – zaproponowała.
Torsten walnął pięścią w biurko i wyszedł. Borgin posłał jej uśmiech tak fałszywy, że aż przeszył ją dreszcz.
– Nie wątpię w twoje kontakty, panno Burke, ale musisz zrozumieć, że niezależnie od tego, jakie wiatry przygnały cię do Anglii, rzeczywistość się zmieniła.
– Nie jestem już dzieckiem, Borgin. Grajmy w otwarte karty – oświadczyła. Było to stwierdzenie tyleż śmiałe, ile puste, jako że Amanda spodziewała się, że większość jej kart znanych jest już Borginowi.
– Wspaniale – zgodził się. – Przyszłaś tu z własnej woli, panno Burke, czy z woli ministerstwa?
Amanda zacisnęła szczęki. Domyślała się, że odpowiedź na to pytanie będzie uzależniała dalszą dyskusję. Twarz Borgina wyrażała jednak idealną pustkę i nie podpowiadała, jakiej odpowiedzi oczekiwał. W takich chwilach żałowała, że nigdy nie wykazywała większego talentu w kierunku legilimencji. Sama myśl o tym, jak łatwo byłoby wyczytywać wszystko z cudzych umysłów zamiast prowadzić z nimi pertraktacje…
– Współpracuję z ministerstwem – oświadczyła, decydując się na zachowawczą odpowiedź – ale jestem tu z własnej woli.
Borgin przypatrywał jej się uważnie, jakby rozważał jej odpowiedź, rozbijał na czynniki pierwsze i dokonywał starannego pomiaru każdego z nich. Czuła, jakby otwierał jej czaszkę, i ze wszystkich sił starała się powstrzymać to uczucie.
– Myślę, że dojdziemy do porozumienia – powiedział, przywołując na usta chłodny uśmiech, który upodobnił jego twarz do czaszki. Amanda przez ułamek sekundy żałowała, że w ogóle odwiedziła Nokturn, ale wiedziała, że nie mogła się już wycofać.
*
Kiedy wyszła z Nokturnu, słońce przywitało ją jasnymi promykami, jakby próbowało wynagrodzić jej to wszystko, co stało się wśród ciemnych murów, odoru stęchlizny i rozkładu, a do tego w obecności jej brata. Jakaś jej część była tym faktem zdziwiona, jakby w ogóle nie spodziewała się zobaczyć słońca. Dopiero miarowy stukot obcasów o bruk utwierdzał ją w przekonaniu, że wszystko jest w porządku, świat nadal trwa. W torebce miała kilka flakoników i zestaw run, które mogły przyczynić się do tego, że świat będzie dalej trwał. Nie mogła pozwolić sobie na to, by zostać marionetką Selwyna albo Borgina.
– A-amanda? – usłyszała za plecami. Przez chwilę chciała udać, że nic nie słyszała i przeć naprzód, w stronę wyjścia z Pokątnej, ale głos wydał jej się na tyle znajomy, że zwolniła kroku.
Zielone oczy Toma Fawleya patrzyły na nią z niedowierzaniem. Ostatni raz widzieli się na długo przed wyjazdem Amandy, kiedy to doszła do wniosku, że jego status jako jej przyjaciela obojgu przestał odpowiadać jakiś czas temu. Teraz jednak Tom wyglądał niemal tak samo jak przed laty – tak samo się uśmiechał, a brązowe kosmyki tak samo wpadały mu do oczu. Amanda przez chwilę poczuła w żołądku bryłę lodu, a perspektywa rozmowy z Tomem wydawała jej się niemal tak ponura jak wcześniej ponurą wydawała jej się wizja rozmowy z Torstenem.
Tom niezdarnie ją objął, jakby nie dostrzegając, że zesztywniała jak posąg, i cmoknął w policzek.
– To naprawdę ty, niesamowite! – krzyknął, jakby na Pokątnej znajdował się ktoś, kto nie zauważył jeszcze, że przed jego oczami rozgrywa się właśnie spotkanie po latach. Ulica była praktycznie opustoszała, więc jego zachowanie wydawało się pozbawione sensu.
– Tom – powiedziała cicho. – Co za spotkanie.
Próbowała się szczerze uśmiechnąć, ale nie mogła zmusić do tego twarzy. Miała wrażenie, że jej policzki są skute lodem, a samo patrzenie na Toma sprawiało, że myślami wracała do czasów, które przecież zostawiła już za sobą. Jego oczy miały jednak kolor baldachimu nad jej łóżkiem w dormitorium Slytherinu, a uśmiech przywoływał krótkie chwile wesołości w Wielkiej Sali, które przecież wciąż tkwiły w jej pamięci, nawet jeśli przykryły je inne, nowsze wspomnienia. Tom był znajomy jak fotel w pokoju wspólnym, bezpieczny jak biblioteka i nieskomplikowany jak droga przez błonia od zamku do jeziora. Co, rzecz jasna, czyniło go niebezpiecznym. Niezależnie od tego, po czyjej stronie Tom jest teraz, wszystko, co od niej usłyszy, będzie mógł przekazać dalej – najpewniej w dobrej wierze i pewnej nieświadomości. Fawleyowie byli rodem od stuleci utrzymującym czystość krwi, a mimo to niektórzy jego członkowie wciąż nie pojęli reguł, jakie rządziły światem.
– Myślałem, że już dawno wyjechałaś z kraju – powiedział, nie przestając się uśmiechać.
Amanda skrzywiła się lekko. Nie był to wyrzut, nie było w jego tonie zdziwienia, a jednak poczuła, jakby to ona zrobiła coś źle, jakby swoją decyzją wpłynęła na więcej niż jedno życie, o czym właśnie przypominał jej w najbardziej delikatny, Puchoński sposób, na jaki tylko było go stać.
– Wróciłam.
Tom parsknął ze śmiechu.
– Ależ sobie czas wybrałaś! Tyle się dzieje, że… A zresztą, sama widziałaś. Widziałaś, prawda?
Pokiwała głową, niepewna, co powinna odpowiedzieć i do czyich uszu dotrze jej odpowiedź.
– Koniecznie musimy powspominać stare czasy. Zostajesz na dłużej? – dopytywał, a Amanda poczuła, że powinna jak najszybciej stamtąd odejść, że im dłużej stoi na środku tej słonecznej ulicy, która wciąż niemal dźwięczała wspomnieniem wszechobecnego gwaru, tym pewniejsze jest, że wypadnie z gry, a Selwyn z uśmiechem zrobi z nią to samo, co on lub jego ludzie zrobili z Marie i resztą jej delegacji.
A jednak… Przecież to był Tom. Tom, który wiedział o tak wielu rzeczach i wciąż był przy niej. Nie mogła popadać w paranoję.
– Przez jakiś czas będę w Londynie – zapewniła. – Co powiesz na kawę? Jutro?
Tom pokiwał głową, posyłając jej jeden z tych uśmiechów, które sprawiały, że Kate miękło serce, przez co potrafiła nocami zadręczać Amandę opowieściami o tym, jak idealną rodzinę stworzyliby z Tomem, gdyby tylko mogli. Amanda była pewna, że żadnej rodziny nie stworzyli, ale kiedy ostatni raz widziała Kate, wciąż była blisko Toma. Może nadal była?
– A co z Kate? – zapytała. – Masz z nią kontakt?
Tom przez chwilę milczał, po czym podał adres jednej z kawiarni, które Amanda znała. Nie była ona na tyle blisko hotelu, by wzbudzić w Amandzie podejrzenia o to, że Tom współpracuje z ministerstwem. Zresztą trudno było jej to sobie wyobrazić – samo zestawienie Toma z Selwynem wzbudzało w niej śmiech – ale czyż w tak ponurych czasach nie zdarzały się dziwniejsze mariaże z rozsądku?
– To jesteśmy umówieni. – Posłał jej kolejny uśmiech, a promienie słońca bawiły się jego włosami, wydobywając z nich kasztanowe refleksy, których nigdy wcześniej nie dostrzegała.
Amanda skinęła głową, dziwnie pewna, że temat Kate będzie jednym z tych, które przyjdzie im poruszyć między kawą a szarlotką. Innym tematem będzie sytuacja w kraju. Nie potrafiła sobie wyobrazić Toma po żadnej ze stron, ale gdyby musiała – widziałaby raczej po stronie ruchu oporu. Czy jednak byłoby to możliwe, żeby wpadła na tak wartościowy kontakt przypadkiem i to na środku Pokątnej? Nie śmiała wierzyć we własne szczęście.

Obliviate 6: radość

Dymitr pojawił się w barze pod koniec października.
Na pierwszy rzut oka w ogóle się nie zmienił. Tacy jak on nigdy się nie starzeli. Ich sylwetka nie nabierała masy, ręce i nogi pozostawały kościste, obciągnięte półprzezroczystą skórą, z wyraźnie zaznaczonymi, niebieskimi żyłami. Miał chyba nieco dłuższe włosy, przez co jego fryzura zupełnie straciła kształt, a czarne kosmyki kręciły się lekko, uciekając we wszystkie strony. Z bliska widać było, że rysy tylko nieznacznie mu się wyostrzyły, a nieliczne, płytkie zmarszczki mimiczne na stałe odciskały na jego twarzy charakterystyczny ironiczny uśmiech. Mimo że golił się na gładko, ciemna broda odznaczała się na skórze w postaci sinego cienia. Zasadniczo wciąż wyglądał, jakby wczoraj skończył siedemnaście lat.
Zauważył ją od razu.
– Wróciłaś – rzucił entuzjastycznie na powitanie, oplatając ją ramieniem i składając mokry pocałunek na jej ustach. Bez pytania rozsiadł się na miejscu obok. Omiótł ją badawczym spojrzeniem, a potem stwierdził fachowo: – Wciąż żyjesz. Niezłe osiągnięcie, co nie, Szatow?
W ciągu ostatnich tygodni Olga przychodziła tutaj i siadając codziennie na tym samym miejscu, nieustannie odgrywała w głowie scenę tego spotkania, dopuszczając całą gamę scenariuszy. Teraz zrozumiała, że najbardziej bała się, że Dymitr nie pojawi się w ogóle, że będzie zmuszona odgrywać ten refren bez końca, aż umrze tu z przepicia, braku snu lub szaleństwa. Nie mogła więc czuć nic poza ulgą. W pewnym sensie jego widok był dla niej wybawieniem.
– Jak życie? – zapytał nagląco.
– Jak widać – odpowiedziała chłodno.
– Musiałem cię trochę pogonić – dodał przepraszająco, przybliżając się nieco, tak że mogła teraz oglądać go z bliska, topiąc się w czarnych oczach. – Zaczynałaś zapuszczać korzenie.
Nawet jej to nie obeszło.
Początkowo myślała, że to naprawdę paranoja – nawet Adam, który okazywał jej najwięcej zrozumienia z racji miejsca, jakie zajmowała w jego życiu, nie uważał, by strach przed ogniem mógł być tak silny, by nie być zdolną do kasowania pamięci ofiarom większych pożarów. Z czasem jednak uznał to za niegroźną przypadłość, coś jak alergię na kurz. Olga jednak nie mogła się uspokoić – te drobne incydenty rozpoczęły się zbyt nagle, zwieńczone wybuchem Szatańskiej Pożogi w czerwcu. Kiedy Adam albo Paige wspominali o jakimkolwiek pożarze, Olgę ogarniała panika, która jak trucizna rozlewała się po całym jej ciele, paraliżując jej ruchy. Kiedy tylko zobaczyła Dymitra, zadowolonego, jakby właśnie udało mu się wyciągnąć mysz z nory tylko po to, by za chwilę zatrzasnąć ją w pułapce, nie miała już żadnych wątpliwości. Właściwie mógł się nie odzywać. Powiedział już wszystko, podpalając mieszkanie Adama.
Wpatrywała się w swojego oprawcę pustymi oczyma; taka już była rola myszy.
– Zdradziłam cię na milion sposobów – powiedziała mu jadowicie w twarz. Nawet by nie mrugnął, gdyby na niego napluła.
Uśmiechnął się tylko, jakby z grzeczności chwalił ją za odrobienie pracy domowej.
– Ale nigdy nie powiedziałaś policji, co naprawdę się stało – zauważył. Czekał na jej reakcję z sadystyczną przyjemnością wypisaną na twarzy. Pożerał ją wzrokiem.
Olga prychnęła.
Myślała o tym wcześniej setki razy – naprawdę uważał, że nie brała tego pod uwagę? Podejrzewała, że naprawdę uważał, że tamtej nocy pokazał jej jakiś swój sekret, odsłonił słabość, w pewnym sensie naraził się, pokazując jej, co go napędza. Czy wyjawienie tego komuś byłoby zdradą? Wałkowała ten temat bezustannie, ostatecznie zawsze wybierając milczenie. Gdyby powiedziała prawdę, to ona byłaby skończona – w żadnym razie nie milczała, by go chronić, chroniła tylko swoją ostatnią drogę do normalnego życia.
Zupełnie jakby taki powrót był jeszcze możliwy.
– To by mnie zabiło? – zapytała obojętnie.
Było to jedno z pytań, które najczęściej sobie zadawała. Czy to mnie zabije? Z czasem odpowiedzi „tak” i „nie” przestały się od siebie różnić –„tak, umrę” wydawało się identyczne z „nie, przeżyję”, bo w pewnym sensie dawno czuła się martwa.
– Nie – odpowiedział jej natychmiast. – Bez znaczenia, dopóki wciąż chciałaś do mnie wrócić. Czy to nie jest prawdziwa lojalność?
Nazwałaby to raczej prawdziwym szaleństwem.
Wypili jeszcze kilka drinków, zanim przenieśli się do jego zapyziałej kawalerki.
Uprawiali seks na blacie we wnęce kuchennej – był to najwygodniejszy punkt najbliższy drzwi, wybrany starannie podczas wszystkich wcześniejszych razów. Tyłek Olgi wpasował się idealnie pomiędzy puste kieliszki do wódki i porozrzucane fiolki po eliksirach. Nie dała się rozproszyć przez nieprzyjemne uczucie na gołej skórze, gdy przykleiła się do plamy zaschniętego wina, bo to było jak powrót do domu – niezbyt ekscytujące, ale rozluźniające, zaspokajające podstawową tęsknotę. Znali swoje ciała zbyt dobrze, by mogła wystąpić jakąkolwiek niezręczność, ta idealna synchronizacja dążyła prosto do celu. Zawsze wydawało jej się dziwne, że ktoś tak niestabilny, niepogodzony z samym sobą potrafił wygenerować poczucie absolutnej harmonii.
Po wszystkim przenieśli się do łóżka i Dymitr natychmiast zasnął, a Olga przez kilka godzin leżała, rozczochrana, naga, wplątana w jego ciało i zmiętą pościel tak, jak ją zostawił, i napawała się poczuciem idealnej pustki. Pustka była znacznie lepsza niż to, co odczuwała w ostatnich tygodniach – narastający lęk, stopniowo ogarniający ją obłęd. Nie potrafiła sobie wyobrazić, co stałoby się z nią, gdyby miała tak żyć przez kolejne tygodnie, świadoma nadchodzącego wybuchu.
Poruszyła kilkakrotnie biodrami, próbując pobudzić Mitię, ale ten spał jak kamień.
Przewróciła się na plecy i zapaliła papierosa, którego końcówka była jedynym jasnym punktem w pomieszczeniu.
Gdyby miała być ze sobą zupełnie szczera, musiałaby przyznać, że oczekiwała jednak czegoś więcej. Nie pamiętała już, jak to było za pierwszym razem. Ku jej zdziwieniu, ze znajomości z Mitią pamiętała więcej z pocałunków niż z pieprzenia; pewnie dlatego, że była wtedy prawdziwie naiwna, że czuła, że znalazła swoje idealne dopełnienie, do którego ciągnęła ją jakaś niewyobrażalna siła, pierwotna i niemożliwa do przezwyciężenia. Wydawało jej się, że nawet jeśli wiedziałaby, że to uczucie ją zgubi, dałaby się zniszczyć jeszcze raz i tak bez końca.
Wtedy myślała, że to jakieś absolutne spełnienie, że do tego punktu dąży każdy człowiek, że desperackie pragnienie utrzymania się w tym najwyższym punkcie to cały sens życia.
Nic dziwnego, że tak bała się to stracić.
Nic dziwnego, że to, co przyszło później, tak nią wstrząsnęło.
Czy w całym świecie ktoś poza nią przeżył coś takiego? Uwielbiała zadawać sobie to pytanie, gdy tylko ogarniał ją żal za straconą duszą. Wracała do tej chwili za każdym razem, gdy tłuści mężczyźni leżeli na niej, poruszając się leniwie. Miała jedno wspomnienie, które było jak pstryczek w jej mózgu, aktywujący podniecenie i doprowadzający ją na szczyt; działo się tak w pewnym oderwaniu od tego, jak reagowało jej ciało.
Czy w całym świecie ktoś poza nią przeżył coś takiego? Kiedy uciekła od Dymitra, czuła tylko bezdenną beznadzieję. Uciekła do Anglii, zastanawiając się, czy ma to jakikolwiek sens, a śmierć była jedynym, czego pragnęła. Nigdy nie powiedziała Rogerowi, że kiedy przespała się z nim po raz pierwszy, była absolutnie przekonana, że każdy kolejny, głośniejszy oddech będzie jej ostatnim. Wtedy jeszcze rządziło nią przekonanie, że taka prosta zdrada od razu ją zabije, ale kiedy tak się nie stało, brnięcie w to dalej, pozwalanie sobie na coraz więcej w tej szalonej fantazji na temat samobójstwa, zaczęło sprawiać jej masochistyczną przyjemność. Za tym pierwszym razem doszłaby nawet, gdyby Roger dotknął ją tylko raz.
To rzecz jasna szalenie wysoko postawiło poprzeczkę poszukiwania czegoś, co zapewniłoby choćby podobny poziom adrenaliny, daleko przekraczając przy tym granice tego, co kiedyś uważała za moralne. Choć szukała wiele lat, nigdy nie poczuła już niczego podobnego.
To, że przeżyła, rodziło kolejne pytania. Może przysięga była pijacką halucynacją, a może to, że nigdy nie wypowiedziała jej na głos, blokowało jej egzekucję?
Była to idiotyczna nadzieja, która dusiła sama siebie.
Kiedy w chwilach spędzonych z Rogerem czuła, że serce jej topnieje, że na widok jego gęstych rzęs albo orlego nosa zaczęła czuć coś prawdziwego, przychodziła jej na ratunek przeciwwaga, która była wystarczającą i prawdziwą odpowiedzią. Rozsądek podpowiadał milion powodów, dla których Roger zasługiwał na bycie tylko zabawką, a cisnący wnętrzności instynkt przetrwania zabijał każdą myśl naznaczoną czułością. To było jak sztucznie wykreowany wyrzut sumienia. Może właśnie na taki zasługiwała, skoro w naturze żadnego nie wykształciła.
Zapomniana końcówka żarzącego się papierosa spadła na skórę Olgi, przywracając ją do rzeczywistości. Syknęła głośno i odskoczyła, zrzucając z siebie popiół i z przerażeniem patrząc na czerwony ślad poniżej jej obojczyka, który był widoczny nawet w gęstej ciemności.
Dymitr przebudził się, zbliżył nos do jej ucha i powiedział cicho zaspanym głosem:
– Czegoś mi jednak brakuje.
Olga zamarła, niepewna, co może się wydarzyć. Mitia nie znosił, gdy czegoś mu brakowało. Dzięki temu tak długo, jak długo Olga zaspokajała wszystkie jego zachcianki, była bezpieczna i mogła trwać w swojej pustce.
– Chciałbym, żebyś powiedziała to głośno – wyjaśnił.
Olga wciąż milczała, bojąc się poruszyć.
– Żebyś się przyznała, że to ci się naprawdę podobało. Że nie powiedziałaś nikomu nie przez jakąś durną przysięgę, nawet nie żeby mnie chronić, ale dlatego, że naprawdę cię to jarało. Piękne były te płomienie, no nie, Szatow? Wzbijające się wysoko, dzikie, niepokonane… Wiesz, czym jest dobra zabawa. Powiedz to.
W Oldze wezbrała się odraza, niepodobna do niechęci, którą czuła wobec Dymitra czy Adama, wobec wszystkich swoich przypadkowych kochanków – był do głęboki wstręt do siebie samej, jakiego nie poczuła nigdy wcześniej.
Nie odpowiedziała. Odwróciła się w stronę Dymitra i pocałowała go gwałtownie. Dymitr uznał to za wystarczającą zachętę i wszedł w nią niecierpliwie. Było boleśnie; szybkimi ruchami wbijał się w nią głęboko, próbując ją rozerwać.

 

Obliviate 5: smutek

Olga przetarła twarz dłońmi, wpatrując się tępo w kieliszek. Niespecjalnie pamiętała, jak w ogóle się tu dostała, gdzie sypiała, czy miała przy sobie portfel, kiedy ostatnio jadła i czy myła włosy albo zęby – było jej to zupełnie obojętne tak długo, jak długo utrzymywała w żyłach odpowiednie stężenie alkoholu.
Bez namysłu sięgnęła po kolejną porcję wódki. Siła pędu, z jaką uniosła kieliszek, żeby wlać sobie do gardła uzdrawiającą ciecz, spowodowała, że zachwiała się na wysokim stołku.
Jej wzrok mimowolnie padł na lustro za barem. Między butelkami dostrzegła odbicie, w którym z trudem rozpoznała swoją własną twarz. Odbicie zmrużyło oczy co najmniej dwie sekundy po tym, jak zrobiła to Olga, jednak nawet wówczas nie udało mu się skupić wzroku ani utrzymać ostrości w jednym punkcie. Olga zaśmiała się sobie w twarz i uniosła kolejny kieliszek na znak toastu. Niema, żałosna towarzyszka z naprzeciwka poszła w jej ślady.
Grupka podejrzanych typów pokazywała sobie Olgę palcami, a ona chciała ich zganić, zagrozić im, może nawet ich zmiażdżyć – Olga, która potrafiła to wszystko, pozostała jednak w Wielkiej Brytanii. Olga, która przekroczyła granicę Rosji, do której obiecała sobie przenigdy nie wracać, była całkowicie bezsilna wobec ludzi, którzy ją wyśmiewali.
Mogła co najwyżej na nich krzyknąć, jednak dźwięk, który wydobył się z jej gardła, okazał się cichym chrząknięciem. Czuła przemożną chęć wyplucia na blat flegmy, która zalegała w jej ciele, ale na samą myśl o śliskim, zielonym roztworze, który wypełniał ją po brzegi, poczuła mdłości.
Podparła ciężką głowę ręką, a jej łokieć zahaczył o rząd kieliszków i sto albo dwieście mililitrów wódki powoli rozlało się na blacie, leniwie wypuszczając ruchome odnóża w stronę Olgi. W końcu dotarły do brzegu blatu i zimna struga alkoholu rozbiła się o jej prochowiec.
Zniosła to, z wyższością ignorując mokrą plamę. Zamknęła oczy, dając ukojenie ciężkim powiekom i zmęczonym oczom, którym szkodziła każda ilość światła.
Barman podszedł najpierw do Dymitra, któremu polał to, co zawsze, klepiąc go po ramieniu. Wymienili kilka słów, których Olga nie dosłyszała, choć zajęta była obserwowaniem tej sceny z drugiego końca lady barowej. Ani Dymitr, ani barman zdawali się jej nie zauważać. Powoli sączyła swoją wódkę z sokiem pomarańczowym zastanawiając się, co właściwie myślała sobie, przychodząc do tej speluny w piątek wieczorem, w dodatku zupełnie sama.
Dymitr wprawionym gestem wychylił szklankę swojego trunku i zupełnie nieoczekiwanie, zanim jeszcze Olga zdążyła odwrócić wzrok, wstał i podszedł w jej stronę. Czuła się, jakby ktoś ją spetryfikował, nie mogła ruszyć się o milimetr.
Przysunął sobie stołek i usiadł niemożliwie blisko niej.
Pochylił się nad nią, a ona poczuła jego ciepły, alkoholowy oddech na swojej szyi.
Wciągnęła powoli powietrze.
– Co jest, Szatow? – zapytał beztrosko, z wyraźną przyjemnością mówiąc jej po nazwisku, które w jego ustach brzmiało jak przekleństwo. Nie zadał sobie trudu, żeby patrzeć jej w twarz. Pstryknął na kelnera, co zainicjowało powtórkę sceny z nalewaniem trunku z tą różnicą, że tym razem barman ją zauważył, zmierzył oceniającym wzrokiem i uśmiechnął się krzywo, a potem nalał jej to samo. – Chciałaś się zabawić?
Miał drażniący, ochrypły od picia i papierosów głos.
Olga czasami zastanawiała się, czy rzucał swoimi prostackimi uwagami na oślep, czy może niepostrzeżenie czytał jej w myślach, zanim je formułował, by móc dręczyć ją jeszcze dotkliwiej. Chociaż z ich dwojga to ona naprawdę znała się na legilimencji, nigdy nie miała odwagi tego sprawdzić.
– Coś w tym stylu – powiedziała obojętnie, nieoczekiwanie odzyskując głos. Podniosła rękę i podtrzymała jego brodę wyżej, kierowana uzasadnioną obawą, że jeszcze chwila, a jego twarz wylądowałaby w jej dekolcie.
W odpowiedzi wyprostował się, uśmiechnął się drwiąco i objął ją w pasie. Olgę przeszył dreszcz, tym silniejszy, że desperacko powstrzymywany. Dymitr zignorował go, odgarnął z czoła swoją czarną czuprynę, a potem sięgnął po swoją szklankę, drugą podając Oldze.
– W takim razie zróbmy to – zadecydował za nich dwoje.
Trzy godziny później niemal leżeli na blacie.
Morze alkoholu spowodowało, że Olga śmiała się histerycznie, wpatrując się w Dymitra. Byli tak blisko siebie, że niemal stykali się nosami. Mówiła mu rzeczy, które zalegały na samym dnie jej podświadomości. Bez cienia zażenowania, bez żadnej kontroli i bez najmniejszej obawy przed konsekwencjami. Miała wrażenie, że przez tych parę godzin zdążyła zarazić się od niego jakąś nieznaną, egzotyczną chorobą, która teraz powodowała, że wszystko ją paliło, ale też że czuła się żywa jak nigdy wcześniej.
– Zawsze… – wyznała z trudem, cedząc słowa, które nie chciały wychodzić z niej w normalnym tempie, hamowane przez alkohol. – Zawsze kojarzyłeś mi się z wolnością.
Dymitr prychnął jej w twarz i zaśmiał się krótko.
– Ty zawsze byłaś dla mnie nudziarą – powiedział po prostu.
Nie protestowała i nie oburzała się. Gdyby nie była nudziarą, nigdy nie ciągnęłaby w jego stronę. Właśnie fakt, że uosabiał wszystko to, czego sama nie mogła w sobie wykrzesać, tworzył tę niezrozumiałą chemię. Znała go, od kiedy się urodził. Przez lata obserwowała go z boku, zafascynowana jego niedojrzałością, niezdolnością do zaangażowania, skłonnością do podważania każdej zasady i – choć jego gwałtowny i bezsensowny bunt prowadził jedynie do autodestrukcji – zazdrościła mu go z całego serca.
– Powiem ci coś – obiecał, pokazując jej, żeby przysunęła się bliżej. Zrobiła to, jakby przyciągana magnesem. Pocałował ją mocno, zabierając jej oddech. Olga na chwilę się zamknęła, by po kilkunastu sekundach wybuchnąć mu w twarz śmiechem.
– Mówię poważnie – powiedział poważnie.
Olga cała była znakiem zapytania.
– Mój sekret– powiedział. – Jeśli tylko obiecasz, że nigdy mnie nie zdradzisz.
Zaśmiała się. Obiecać to było tak łatwo, jak oddychać.
– Obiecuję, że nigdy cię nie zdradzę – odpowiedziała gorliwie, nieco brzydząc się swojego służalczego tonu. Czuła, że ciekawość wypełnia ją po brzegi, że zrobiłaby w tym momencie wszystko, by tylko ją zaspokoić.
Pokręcił głową i wrócił do swojego drwiącego uśmiechu.
– Myślałaś, że uwierzę ci na słowo?
Z trudem podniósł głowę i wyciągnął różdżkę z tylnej kieszeni spodni. Zachwiał się na stołku, jednak wprawa pozwoliła mu szybko odzyskać równowagę.
Nie od razu zrozumiała, co miał na myśli, a kiedy w końcu to do niej dotarło, w jej głowie nie włączył się żaden alarm. Wspaniale było nie słyszeć w głowie natrętnego głosu rozsądku – czyżby dotarła do granicy, za którą nic już nie było przeszkodą?
Ich gwarantem był barman, którego nie obchodziło zupełnie, że dwoje zalanych w trupa ludzi związuje się na śmierć i życie przysięgą, której nawet nie wypowiedzieli na głos. Nie obchodziło go to tak długo, jak długo zarzekali się, że wyjdą natychmiast po tym, jak przypieczętuje im Wieczystą.
Światło z różdżki, które splatało ich dłonie było tak jasne, że Olga mimowolnie przymknęła powieki, aby nie wypaliło jej oczu.
Ocknęła się gwałtownie.
Podniosła obolałą głowę, czując już nie tylko mdłości, lecz także silny ból wewnątrz czaszki, po którym rozpoznała, że musiała uderzyć głową w ladę. Kątem oka widziała, jak zbliża się barman. Ostrożnie postawiła nogi na ziemi, starając się ignorować silne zawroty głowy. Wytarła mokre ręce w mokry płaszcz.
Barman chwycił ją za rękaw i spojrzał na nią groźnie.
– Odwal się – powiedziała mu z serca tym samym zachrypniętym głosem, którego używała wcześniej w beznadziejnej próbie dania nauczki menelom.
– Vladimir cię odwiezie.
Spojrzała na barmana z nienawiścią. Po tylu latach nie potrafiła przypomnieć sobie, czy to właśnie on był gwarantem, gdy w tym właśnie barze nieodwracalnie zniszczyła sobie życie. Właściwie nie miała nawet pewności, czy był to dokładnie ten sam bar, wszystkie one wyglądały tak samo – zresztą, jakie znaczenie miały te drobne szczegóły?
Żadnego, gdy pamięć zawodziła ją nawet w kwestii odpowiedzi na najważniejsze pytanie.
– Nie potrzebuje twojej litości.
Wyrwała się, z całych sił usiłując się nie zatoczyć.
– Chcę rozmawiać z Mitią – rzuciła na odchodne. – Sprowadź go.
Nie mogła poczekać na odpowiedź. Odległość dzielącą ją od drzwi przebyła jak najszybciej, całą siłą woli skupiając się na tym, by nie zawadzić o żaden stolik. Wypadła z baru z pełnym impetem i tuż za progiem zwymiotowała soczyście w chłodną noc.
Pytanie, przed którym uciekała przez całą Europę, wróciło z pełną mocą, gdy tylko otrzeźwiała, znów w pełni zdolne do tego, by doprowadzić ją do szaleństwa. Jakie były dokładne słowa przysięgi, którą wypowiedziała tamtej nocy?
Nie pamiętała; wiedziała, że prędzej umrze, niż je sobie przypomni.